Zadanie domowe…

Dobrze, że Młody prowadzi raz w tygodniu audycję w studenckim radio – mam przynajmniej wtedy okazję Go usłyszeć, dowiedzieć się, że żyje.. Wciąż walczę z chęcią zadzwonienia. Wciąż chodzi mi po głowie myśl, że rolą rodziców jest oczywiście wychowywać ale przede wszystkim być zawsze do dyspozycji i kochać pomimo wszystko. Jestem, kocham, ale jednocześnie odczuwam coś w rodzaju złości, jestem urażona, czuję się obrażona i potraktowana niesprawiedliwie w zemście za to, że rzeczywistość jest inna niż by chciał i niż sobie wyobrażał. Nie wiem czy wrócił na studia, czy znalazł jakąś pracę, czy je jakoś w miarę przyzwoicie. Chciałabym mu dać nauczkę a jednocześnie tęsknię cholernie. „coś na kształt złości” to był właśnie powód mojej pracy domowej na terapii. Paulina spytała czemu nie jestem zła? Po pierwsze boję się złości jako takiego wqurwienia, które kiedyś potrafiło mnie zaślepić i pozbawić resztek rozsądku. Boję się tak silnych emocji że względu na swój nadwyrężony mózg. No i przede wszystkim boję się, że Go stracę. Panicznie się tego boję. Ale tak,  przegiął, potraktował mnie jak worek treningowy,wykorzystał jako argument na wszystko. Wyrzygał w ten sposób złość na rzeczywistość, która pewnie nie spełniła oczekiwań. Moja terapeutka twierdzi, że utkwił gdzieś pomiędzy przekonaniem o swej dorosłości a potrzebą opieki. I miota się nie wiedząc za bardzo co wybrać. Boję się, że w tym zapamiętaniu zrobi coś głupiego, nieodpowiedzialnego, czego konsekwencje będzie ponosił długo. Ja pitolę Synu jak śmiałeś mnie tak potraktować? Bez serca, empatii, współczucia. Przecież jestem Twoją matką nie jakimś tam obcym człowiekiem. I bardzo dobrze zdaje sobie sprawę ze swoich błędów, z traum, których doświadczyłeś, z tego, że byłam kiepską mamą. Ale do cholery nie tylko!! Byłam obok Ciebie tak często i tak blisko jak tylko umiałam. Przytulałam, słuchałam, wycierałam łzy, objaśniałam świat. Starałam się, często za dwoje… Bez wsparcia, bez oparcia, bez pochwał, w pojedynkę. Bo przecież Jego nie było prawie nigdy. Na odległość, na telefon, na weekend. I jeszcze śmie mi powiedzieć, że nie wie co się między nami działo… Że niby co??? Fuck… Fakt nie byłam idealna ale przecież są gorsze prawda? Więc może porozmawiaj w końcu ze mną jak dorosły z dorosłym pamiętając, że choroba mnie zmieniła i ta twarda Zosia samosia, którą znałeś już nie wróci!! Mam hiper wrażliwość, płaczę często, nic na to nie poradzę. Zaakceptuj wreszcie mnie po chorobie i po rozstaniu z Twoim Ojcem. Pewne rzeczy i stany już nie wrócą, też żałuję czasem, że czasu nie da się cofnąć. Ale masz mnie jedną a ja mam Ciebie. I kocham Cię nad życie. I tęsknię…

Reklamy

Testament?! Jednak nie….

„Testament”

Jesteś jak marzenie senne i koszmar nocnej samotności
jak piękno życia i niepokonana groza przemijania
gdyby ktoś jednak miał w spadku dostać dar mojej miłości
tylko Ty miałbyś prawo do jej zatrzymania
tylko Ty mógłbyś jednym nikłym gestem
wstrzymać upływ czasu – jak w tym wierszu Boy’a
Ty – ponieważ jesteś
a nic nie jest tak nieodzowne jak obecność Twoja…

wrzesień”94

http://wiersze.kobieta.pl/autor/wiedzma-30386

Ostatnio miałam trochę okazji sprzyjających myśleniu o śmierci. Bez dramatyzowania. Tak po prostu, jak o czymś co nieuniknione i nieprzewidywalne…Myślę, że przestałam się jej bać… dużo bardziej przeraża mnie wizja kalectwa, niesprawności fizycznej czy umysłowej, samotności i braku miłości… Poza tym już wiem, że może przyjść zupełnie niespodziewanie, niezaplanowana… Rzadko jesteśmy na nią gotowi, w końcu nadzieja umiera ostatnia… Ten ponad rok temu bałam się jej tylko przez chwilę, bałam się, że nie zdążę naprawić relacji z Synem, że nie będę miała szansy niczego mu wyjaśnić… Żal mi też było rozpoczynającego się dopiero związku z Tomaszem… Potem, ktoś litościwy wyłączył mi świadomość i bali się o moje życie już „tylko” moi bliscy. Obrzęk mózgu… Dziś przez przypadek trafiłam w tv na jakiś dokument o którymś z polskich szpitali, gdzie nie rozpoznali udaru u pięćdziesięcioparoletniego faceta, nafaszerowali go przeciwbólowymi lekami i odesłali do domu… Oczywiście zmarł…Miał obrzęk mózgu… Daje do myślenia…. Tak bardzo chciałam wyprostować wszystkie relacje, pozamykać wszystkie sprawy….I co? Nawet na tym polu poległam… Udało mi się „po drodze” stracić kogoś, kogo uważałam za przyjaciółkę… A co do prostowania relacji… Niektóre plączą się jeszcze bardziej… Kłótnia z Kajem ciąży mi na sercu bardzo… Wciąż zadaje sobie pytania co robić dalej… Czy w ogóle coś… Czy zostawić, odpuścić, dać Mu czas na przemyślenia… Qrwa przecież mam Go tylko jednego, nie chcę stracić kontaktu z Nim, ale z drugiej strony nie chcę pozwolić się tak traktować… Bo Jemu się należy.. Dziś usłyszałam, że mam to szczęście, że to mój były mąż spełnia w całości prawnie określone potrzeby naszego Syna. I te hasła „powinniśmy”, „powinnaś”… Kto mu dał prawo mówić mi co powinnam?? Powinnam kochać moje dziecko, powinnam wiedzieć jakie błędy popełniłam i próbować je naprawić… Ale czy zadośćuczynieniem mają być pieniądze?? Jasne, że wolałabym aby nic strasznego nam się nie przytrafiło, chciałabym cofnąć czas o te co najmniej 15 lat, zatrzymać się wtedy w pędzie nie wiadomo po co, odstawić butelkę z whisky, wyrzucić papierosy, poprosić Sebę żeby nie robił kariery kosztem rodziny, odrzucić te czy tamte zaloty, pójść na terapię co najmniej 10 lat wcześniej, nie spełniać każdego kaprysu Kaja… Ale nie mam tej mocy… Muszę żyć ze świadomością tego, co spieprzyłam, spieprzyliśmy…Bojąc się, że niczego już nie naprawię… A o odkupienie będę błagać tego faceta u góry….

Ale nie do końca o tym chciałam pisać… Chciałam napisać, że gdyby kolejnym razem mi się nie udało… Tak, chciałam napisać coś w rodzaju testamentu… Ale… Zmieniłam zdanie… Nie chcę kusić losu… więc…. co ma być, to będzie…

 

Przeprowadzka…

Krótko informacyjnie.. Niestety zamykają tą platformę a ja jestem właśnie w trakcie podejmowania decyzji co dalej… Jeszcze nie wiem czy założę własną stronę czy po prostu przeniosę bloga gdzie indziej. Na pewno nie jestem gotowa go zakończyć. Podoba mi się to pisanie, porządkuje mi nieco w głowie, wprowadza konieczny dystans, pomaga ubrać w słowa myśli nieuczesane… Więc… Będę pisać o nowym adresie!

Strumień świadomości…czyli rozmaite refleksje…

Odkryłam wczoraj blog młodej dziewczyny, która przeszła udar http:/lewaczka.pl/ – jak cudownie poczytać o takich samych odczuciach i refleksjach… wiedzieć, że ktoś jak ja boi się śmierci, niepewnie patrzy w przyszłość. Poniżej mój komentarz do jej posta o „udarowych urodzinach”, które od choroby obchodzi co rok. Bliskie jest mi takie traktowanie naszej choroby…

„Wg Twojej nomenklatury obchodziłam 11 grudnia 2017 roku pierwsze poudarowe urodziny. Krótko po tych prawdziwych 43cich…Ja z kolei zawsze uwielbiałam urodziny, z resztą świętuję każde możliwe okazje. Postanowiłam sobie właśnie, że będę świętować te drugie także, chociażby przez sprawienie sobie tego dnia jakiejś osobistej przyjemności…Piszesz o zmianach, które przynosi choroba,tych mniej oczywistych, bo na lepsze.. tak trudno je zauważać na co dzień…Konsekwencje choroby są straszne , czasem w tych gorszych dniach myślę, że oddałabym wszystko co się polepszyło za powrót do stanu zdrowia sprzed… Chociaż tak naprawdę wcale nie wiem jaką decyzję bym podjęła gdybym stanęła przed takim wyborem… Byłam dumna ze swej fizycznej samodzielności, takiej wówczas normalnej.. Wsiadałam za kierownicę własnego autka kiedy tylko naszła mnie taka ochota, chociażby po to by „pospacerować”… Godzinne spacery po lesie z psem , kiedy tylko czas, pogoda i humor pozwalały… Schody w górę i w dół kilkanaście razy dziennie… Podbiegnięcie do autobusu – pestka… Długi namiętny seks pełen większych czy mniejszych akrobacji…. Robienie sobie samej paznokci co najmniej raz w tygodniu…Bezstresowe wyjście na basen czy siłownię… Tuż przed chorobą odkryłam na nowo przyjemność z jazdy rowerem…. No tak ale miało być o zmianach na lepsze… Większa niż kiedykolwiek empatia, uwrażliwienie uczuciowe, czasem nawet przewrażliwienie,… Przewartościowanie życia, zmiana priorytetów, podział na rzeczy ważne i ważniejsze… Rzucenie fajek oczywiście, choć do dziś szczególnie wieczorami muszę zajadać chęć zapalenia… Załatanie dziury w sercu kończące napady migreny, wyłączające mnie często z życia na parę dni… Naturalna segregacja znajomych i przyjaciół… Chociaż tę akurat zaliczyłam już wcześniej przy okazji zaprzestania spożywania procentowych napojów wszelkiej maści… Ciężko mi idzie selekcja zmian na te poudarowe ponieważ ten nieszczęsny 2016 obfitował w traumatyczne przeżycia, które wypaliły ogromne ślady w mojej psychice… Rozstanie po 21 latach z mężem, rozbicie rodziny, wyprowadzka Syna, pożegnanie wieloletniej psiej przyjaciółki, przeprowadzka z uroczego domku z ogródkiem do mieszkania w bloku w centrum Poznania… Udar był wisienką na torcie….Moja terapeutka twierdzi, że wciąż jeszcze nie pogodziłam się z chorobą, nie zaakceptowałam jej a co za tym idzie zmian, które przyniosła… Pomimo aktualnego osobistego szczęścia uczuciowego , ogólnie dobrego stanu zdrowia ( lekkie kulenie, sporadyczny ból lewego ramienia, niedoczynność tarczycy , rosnąca waga to „drobiazgi” przecież w porównaniu do tego co mogło mi zostać…) Ojej, przepraszam , że się tak rozpisałam , cudownie „ gadać” z kimś kto przeszedł tą samą chorobę….”.

Tomaszek wyjechał a ja siedzę przy laptopie i ogarniam. Trochę „sprzątam” w mailach, dokumentach, plikach, zdjęciach. Oczywiście za dużo tego na raz ale od czegoś przecież trzeba zacząć… Wlazłam oczywiście w foldery rozwodowo-Sebastianowe. Posłuchałam sobie naszej radosnej konwersacji sprzed zaraz dwóch lat na temat tego kto weźmie na siebie winę w sądzie , jego lodowaty beznamiętny ton nawet mnie już specjalnie nie poruszył, dużo bardziej wstrząsnął mnie mój głos, udawana obojętność, lekkie drżenie, odgłos kolejnych odpalanych papierosów… Szkoda mi się zrobiło mnie samej, taka byłam wówczas przerażona , niepewna, ten ból słychać w każdym wymawianym słowie… Jednocześnie pamiętam tą ogromną kontrolę wypowiadanych słów, przecież to ja wiedziałam, że nagrywam i musiałam planować te słowa tak aby on powiedział to, co chciałam usłyszeć… Gorsza dużo jest dwu i pół godzinna rozmowa z 1 kwietnia 2016- ławka na Cytadeli, tuż po powrocie od Siostry mej, po przesranych Świętach, podszyta szlochem i błaganiami o powrót… Boże daj mi siłę do usunięcia tego wraz z całym materiałem dowodowym, który zbierałam do rozwodu z orzekaniem o winie… Ta korespondencja z Martą, Z Gośką, która okazała się jednak nie tak lojalna jak myślałam…Jasne, znając ją i jej światopogląd wiem jak trudno jej było ukrywać wszystkie moje grzechy… Ale zdanie, że zawsze życzyła Sebie odwagi w walce o własne szczęście…. Jakim qrwa prawem , nie znając jeszcze wówczas całego kontekstu, to mnie obarczyła winą za wszystko…. Sara zrobiła podobnie, choć jej pobudką była złość na mnie…… A podobno my kobiety powinnyśmy trzymać się razem i wspierać bez względu na wszystko… Oczywiście przez wsparcie nie rozumiem ślepego poparcia tylko konstruktywną krytykę a nawet kop w dupsko czasem, byle w świadomej chęci pomocy osobie bliskiej…

Odpływam gdzieś dziś w tym pisaniu… Wielowątkowość tworzy wrażenie chaosu… Nazywam to strumieniem świadomości, jak w nocnych bezsennych godzinach kiedy nie umiem tego powstrzymać i wyciszyć…

Co się jeszcze zmieniło? Stałam się jeszcze bardziej szczera w wypowiadaniu swoich opinii i mówieniu o tym co czuję… tyczy się to przede wszystkim bliższych znajomości… Choć bolą mnie te stracone, walę prosto z mostu co mnie boli i czego nie akceptuję… Niektórzy wówczas oskarżają mnie o okrucieństwo, egoizm i zadufanie… A ja tylko nie chcę już w swoim życiu udawania, sztuczności, zastępstwa, bycia na niby… Nigdy więcej…

Święta, święta i po…czyli o tym jak trudno się zmienić…

Drugi dzień świąt… kurz już trochę opadł… nawet nieco odzyskałam oddech po świątecznym wyścigu po perfekcyjne święta… w którym jak co roku zajęłam jedno z ostatnich miejsc.. świąteczny zajob nie wiadomo o co i po co jak zwykle skosił to, co w teorii przynajmniej powinno być najważniejsze… może właśnie odnalazłam przyczynę bólu głowy, który mnie trzyma czwarty dzień… może jednak to nie kolejny udar czający się w moim ciele, nie guz mózgu, nawet nie skutek uboczny wznowionego niedawno antydepresantu, tylko przegrana z góry walka sama nie wiem o co….lampeczki świecące się gdzie się da nie rozjaśniły mi w głowie na tyle, żebym uniknęła sama siebie… z resztą… wyłazi ze mnie okropna żona byłego męża, którą tak trudno znieść, że należy ją wymienić na inny, ulepszony model… i nie mówię o wieku ani o tuszy czy rozmiarze biustu… wredota, krytykująca, poprawiająca, oczekująca ch…j wie czego… bo ona sobie wyobraziła, że będzie tak i nie daj Boże, żeby ktoś miał inny pomysł…. Tomaszowi zaczyna brakować cierpliwości…”daj mi święty spokój”… ha… skąd ja to znam? dopadł mnie ostatnio dół jakiś potężny, brak cierpliwości i wytrwałości w rehabilitacji, złość na nogę wciąż kulejącą, na ciało nie takie jak rok temu, na tęsknotę spływającą nieposkromionymi wciąż łzami, miłość i troska Ukochanego przestała wystarczać… wciąż mi mało… wszystkiego…

ale było też mimo wszystko miło usiąść w końcu razem przy stole… pogadać z Młodym, popatrzeć na Niego… zjeść talerz ukochanej grzybowej… i cudnie było przecież budzić się w świąteczny poranek przy Jego boku… czuć Jego ciepło… obejrzeć w nocy serial… pokochać się ostrożnie  i cicho… wypić poranną kawę z makowcem zamiast śniadania….

Życzę Wam wszystkim silnych nerwów i żołądków, umiejętności ogarniania własnych bzików i tej radości z bliskości na cały następny Rok…

Kinematografia, czyli o wpływie filmów…

Kocham kino.Uwielbiam oglądać filmy, zarówno w kinie, po ciemku, z popcornem i tajemniczymi odgłosami z widowni, jak i w domu, na tv czy laptopie… oglądam namiętnie, nie tylko wielkie, oskarowe produkcje, nie tylko mądre, z przesłaniem, lubię też tandetne komedie, ckliwe romansidła, banalne tematy i mało odkrywcze ujęcia…mogłabym spędzać w kinie każdą wolną chwilę… Oczywiście najwspanialej jest gdy reżyser jest najwyższych lotów, aktorzy wprost z oskarowej czołówki, scenariusz stworzony przez mistrza pióra, a za kamerą stoi Artysta. Gdy historia prowadzi nas za sobą, a my nie możemy się doczekać rozwoju akcji… Dziś obejrzałam „Chemię’… Historia oparta na faktach, które większość nas zna z gazet, wzruszająca opowieść o normalności wobec wyroku śmierci, o sile miłości, o sile w ogóle… Od czasu choroby na tego typu filmy patrzę inaczej… Potrafię się utożsamić, nie ma we mnie dystansu, pomimo tego, że jednak moja historia jest raczej lżejszego kalibru. Czasem , jak dziś, czuję złość na samą siebie, że jestem tak leniwa, tak mało konsekwentna, tak rozciapana, tak ciężko mi samą siebie zmobilizować, zmusić do jakiegokolwiek wysiłku… Jeszcze teraz, kiedy Tomek w delegacji, bez Jego towarzystwa, Jego motywacji, robienia pewnych rzeczy razem, nie potrafię ruszyć tyłka spod kołdry…. A przecież są ludzie dużo bardziej dotknięci przez życie, przez choroby, doświadczeni dużo ciężej, bardziej zmęczeni, mniej sprawni Chciałabym jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki obudzić się jutro naładowana jak bateryjka Duracella, żeby robota paliła mi się w rękach…. Sprzątanie, prasowanie, układanie książek i pościeli, mycie okien, a na koniec dnia radosny marsz na siłownię…

A do tego jeszcze ta fura wątpliwości, które ostatnio ogarniają mnie przy byle okazji… A to prezent nie ten , kupiony jak zwykle pod wpływem nagłego impulsu, pozbawiony rozsądku i nie przemyślany…. A to rzucone przez Syna podczas rozmowy telefonicznej zdanie-szpilka, a to perspektywa utraty pracy, słowotok myślowy atakuje mnie co wieczór tuż po zgaszeniu światła…Jedynie ciepły dotyk Ukochanego daje chwilę wytchnienia, rozmowa z nim, spokojny ton Jego głosu, opiekuńczy uścisk Jego ramion… Chyba uzależniłam się…

Kłamstwo jako przedsmak, panika czy wypadek przy pracy?

Zostałam wychowana przez Mamę w chronicznym braku zaufania do ludzi, facetów przede wszystkim… Na przeciwnym biegunie był Ojciec z sercem na dłoni, pomocą każdemu i wiarą w dobre intencje… Mama zawsze miała jakieś ale.. I snuła wizję różnych dramatów, które mogą mnie spotkać gdy zbyt komuś zawierzę… I szczerze mówiąc bujałam się pomiędzy tymi dwoma postawami, miotana w zależności od tego co akurat działo się w moim życiu… Bliższa jednak mimo wszystko była mi postawa Taty, kocham ludzi, ciągle w nich wierzę, lubię ich towarzystwo… Wielokrotnie doznałam z ich strony dobra, pomocy, szczególnie przez ostatni rok, kiedy tak źle mi było samej ze sobą.. Pisałam już o tym… O przynoszonych zupach, spacerach z psem żebym mogła później wrócić do domu, wyciągania za uszy z mentalnego dna…

Oczywiście dostałam też parę razy po dupie, zaufałam za bardzo i za szybko, cierpiąc potem ciszej lub głośniej…

Teraz zaufałam na sto procent, bardziej niż kiedykolwiek i komukolwiek, pomimo szeptów Mamy w tle, oddałam całe serce, cały umysł, powierzyłam całe życie temu Jedynemu… Zapragnęłam inaczej niż do tej pory, trzymać za rękę kogoś, przed kim nie będę miała tajemnic, sekretów, wstydów i ograniczeń, kogo nigdy w życiu nie będę musiała się bać… Dostał dostęp do bloga, choć zdawałam sobie sprawę, że będzie mu ciężko „publicznie” czytać o naszym wspólnym życiu… Ten wpis mu tego nie ułatwi… Sorry Darling, obiecałam tu być szczera w 100 %.

Pomimo tej naszej związkowej szczerości miałam w sobie strach przed powtórką życiowej klapy… W końcu prawie każdy Mężczyzna mojego życia w końcu mnie zawodził…

Do dzisiaj nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo zaufałam Tomaszowi… Jedno małe kłamstwo, mini oszustwo, próba ukrycia czegoś przede mną rozwaliło mnie totalnie.. Świat przez chwilę zatrząsł się w posadach, w wyobraźni widziałam już siebie bez Niego, widziałam już samotne noce i konieczność układania wszystkiego od nowa… No bo jeśli w ogóle może skłamać, jeśli w ogóle przeszło mu przez myśl wyłączyć mnie z czegoś to przecież może zrobić wszystko.. To samo co Seba… A może i więcej… Mama jak zwykle doradziła ograniczenie zaufania, brak wspólnoty majątkowej, brak posunięć, które mogą mnie finansowo wykończyć gdyby jednak okazał się świnią.. Qrwa nie chcę tak, albo na sto procent albo w ogóle! Dość mam związków na pół gwizdka, dość ukrywanych dochodów, potajemnych romansów, poczucia samotności pomimo dzielenia łóżka i życia… Warunek jest jeden.. Nigdy więcej albo żegnaj… Nie piszę się już na nic na niby, na nic na wszelki wypadek, na nic zamiast… Na nic ze strachu przed samotnością czy finansowym dnem… Kompromis w tym wypadku jest poza moimi możliwościami… I choćbym miała już nigdy więcej nie kochać nie pozwolę się tak ranić… Tak cholernie mi przykro…. Uwierzyłam w bajkę a przecież bajek nie ma i księcia na białym rumaku też nie….