Izolacja nie jest moim naturalnym stanem…

Wczoraj zerwałam się ze smyczy. Skuszona słońcem i temperaturą zaciągnęłam Tomka i Freję na spacer do lasu koło Dąbrówki. Godzina po lesie. Nie dość, że w moich ulubionych okolicach bo przecież wciąż kocham tamten las i zapach wspomnień to jeszcze las jako taki, który chyba nie tylko dzięki imieniu uwielbiam . Las wiosną zawsze mnie przyciągał. A śpiące lenistwo ostatnich dwóch tygodni musiało że mnie wyjść. Wracałam z językiem na wierzchu i prawie łzami w oczach ze zmęczenia. Freja polatała bez smyczy, swobodna, z nosem w patyczkach, oczami za każdym motylkiem. A potem zachciało mi się kwiatków. I pojechaliśmy do ogrodniczego. I tak, olałam zasady izolacji. Bo w sklepie jednak trochę ludzi było. Kupiłam bratki, stokrotki, tylko lawendę ominęłam tym razem, bo była brzydka. Po powrocie spałam jak zabita. Obudziłam się gdy już zmierzchało i przez następną godzinę te kwiatki sadziłam. Chyba schudłam przez to wszystko jakieś 500 g. Zmęczył mnie ten wczorajszy dzień ale tak zdrowo, poczułam się jakby świat nie stał w miejscu. Przez chwilę… Przez chwilę było normalnie…

Poniżej wklejam link do innego bloga. Bo to jest dokładnie to, co teraz myślę. To są moje wątpliwości i strachy…

Dlaczego akurat teraz warto porządnie posłać swoje łóżko

Pamięć fotograficzna

Kiedyś, chyba w jakimś filmie, padło stwierdzenie, że orki robią takie jakby zdjęcia temu co widzą, np.zapamietują w ten sposób ludzi.. Jestem zatem ludzką orką…

Ujęć mnóstwo. Klatek. Zatrzymanych w danym momencie. Część nieprzyjemnych, odpychanych jak tylko się pojawią, najczęściej te z ojcem w kontaktach raczej nie rodzicielskich. Klatka: noc, cisza, Jego oddech… Klatka: ja na Jego kolanach.. Klatka:oczy Seby podczas tej nocnej rozmowy… Klatka:oczy Kaja gdy Mu mówiłam, że się wyprowadzam. Klatka: zwłoki Taty wynoszone z mieszkania w Łodzi. Klatka: ostatni oddech Nory. Klatka: dławiący strach jak pogotowie wynosiło mnie z Dąbrówki i powtarzane do Tomka „powiedz Kajowi, że Go kocham”.

SA też milsze.. Klatka:granatowe oczy Kaja tuż po narodzinach, zapach Jego skóry przy karmieniu. Klatka: uśmiechnięte niebieskie oczy Tomka na mój widok na pierwszej randce. Klatka: Jego ciepłe ręce obejmujące mnie na pożegnanie. Klatka:Jego ciepła dłoń trzymająca moją w Piaskach gdy przy Nim zasypiałam chora w gorączce. Klatka: moje rozciagniete w uśmiechu policzki na naszym ślubie. Klatka:Kaj śpiewający Timberlake’a na jakichś tam dniach szkoły podstawowej. Klatka: uśmiechnięty pysk Nory na wiosennym spacerze w lesie. Klatka:strach wymieszany z radosnym oczekiwaniem tuż przed pierwszym ukłuciem igły na karku przy pierwszym tatuażu. Klatka: pierścionek zaręczynowy od Tomka na palcu i natychmiastowy telefon do Donaty, żeby się pochwalić. Klatka: czarny rozgwieżdżony kwadrat okna w dachu kajuty jachtu przed wypłynięciem jeszcze w pierwszym porcie w Chorwacji i zapach lawendy, którą Seba na mnie rozsypał przez to okno.

CDN.

Porażki..

Nie sprawdziłam się jako pierwsza żona, nie sprawdziłam się jako matka, zawiodłam tyle razy, że w sumie wciąż się dziwię, że oddycham… Nie naprawię już żadnej z tych rzeczy…. Mogę tylko żyć swoim nowym życiem tu i teraz i modlić się żeby już więcej nie zawieść… Cieszyć się z chwili zabawy z psem, uwielbiać Tomasza i szanować go i wspierać tak jak nigdy nie robiłam tego wobec Sebastiana. I błagać Boga żeby kiedyś pogodził mnie z Synem… Bo drugiego mieć nie będę… Żeby pomógł mi nie popełniać tych samych błędów, nie dać się sprowokować, nie reagować impulsywnie, móc przemyśleć każde słowo w rozmowie, kochać Go wreszcie za to, że jest a nie jaki jest. Magda, sąsiadka z dołu, której syn zabił się po zawodzie miłosnym parę lat temu i którego zwłoki zbierała w częściach z torów ostatnio powiedziała „Sylwia ale Go masz.”. Aż mi się głupio zrobiło. To prawda mam ale przecież jakby Go nie było… Mam i nie mam… Mam i za każdym razem nie umiem normalnie z Nim pobyć,porozmawiać… I za każdym razem wyję z żalu i wściekłości na samą siebie… Mój Syn. Mój największy sukces i moja największa życiowa porażka…

Wspomnienia…

Trzy lata temu (oczywiście przypomniał mi Facebook) była niedziela, wróciłyśmy tuż przed południem jakoś z Sarą i z Kubą z kilkudniowego wypadu do Barcelony, wypadu, który bardzo mi pomógł, dodał sił i wiary. Wróciłam prawie wprost w ramiona faceta, z którym się wtedy spotykałam, który wzbudzał we mnie ogień namiętności, do dziś nie wiem dlaczego tak na mnie działał. Uwielbiałam jego wzrost i to, że ginęłam w jego objęciach i że podnosił mnie do góry jak piórko. Qrczę nie pamiętam już za bardzo nawet jak miał na imię? Bartek? Prosty człowiek, zawodowo tzw „fizyczny” , kompletnie nie z mojego świata, nie pożegnany z poprzednim życiem prawie tak jak ja, paradoksalnie unikający zbliżeń. Rachunek za telefon za wrzesień potem mnie powalił, non stop słałam gorące SMS-y, zawiedziona brakiem takiej samej intensywności w odpowiedzi. No i godzinę po wyjściu z samolotu byłam znów sama. Wściekła do granic możliwości, znów zawiedziona, rozczarowana i niezaspokojona… Pamiętam tą złość. Pamiętam jak zabolało mnie, że użył mojego alkoholizmu jako głównego powodu rozstania. Był dupkiem. Do dziś tak uważam. A czemu o tym piszę? Bo uderzyło mnie jaka szczęśliwa teraz jestem, jaki los/Bóg/życie dało mi cudowny prezent, tym wspanialszy, że taki wyczekany i niespodziewany. Pojawienie się Tomasza, dopasowanie naszych temperamentów, Jego wyrozumiałość i współczucie od pierwszych słów mojej historii, poczucie bezpieczeństwa, które mnie przy Nim ogarniało już od pierwszej randki, ciepło, które wokół siebie roztaczał, uśmiech błękitnych oczu, czułe objęcie… Dziękuję Skarbie za to, że jesteś i za to jaki jesteś.

RIP…

Odeszła. Dziś około 18stej. Podobno od rana było z Nią już gorzej i od jakiegoś czasu już krzyczała z bólu w nocy… Strasznie mi przykro Babciu… Tak jak mówiłam Ci kiedy się widziałyśmy po raz ostatni. Przepraszam… Za brak miłości, za lenistwo, za totalne olanie… Niby znam ciąg przyczynowo-skutkowy ale… Mam oczywiście wyrzuty sumienia… Nie będę wspominać tego co złe.. Teraz i tak to już niczego nie zmieni… Życzę Ci spokoju i wiecznego odpoczynku… Nie cierpisz już i to jest dla mnie najważniejsze… Odpoczywaj… Wdzięczna Ci jestem Boże, że wysłuchałeś moich modlitw i pozwoliłeś Jej w końcu odejść… Dziękuję

Bezsłońcowe nieróbstwo…

 

Lato sobie gdzieś poszło z Polski. Po kilku wrzących tygodniach nastała ciepła jesień. Deszcz niby potrzebny ale ja znów usypiam. Tym razem w towarzystwie ciepłego, futrzanego kłębka z mokrym nosem. Wreszcie mamy psa. Z Facebooka od kobitki, która wynajduje różne bidy i szuka im dobrych domów. Najpierw były na tymczasie u nas we dwie z siostrą ale to Freja właśnie podbiła moje serce. Swoją odwagą, odstającymi, nietoperkowymi uszami, umaszczeniem trójkolorowym. I jest z nami na stałe od 29go czerwca, mój prezent na rocznicę ślubu. I niewyspani od tego czasu łazimy oboje i skończyła się wygodna, bezproblemowa współobecność. Moja terapeutka śmiała się, że zbiegło się to dziwnie w czasie z narodzinami syna Sebastiana. Cóż… Nie zaprzeczam, że może coś być w tym podobieństwie powiększania naszych rodzin. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jak bardzo brakowało mi merdającego ogona na powitanie i ciepłego ciałka do przytulania. Choć oczywiście czasem wkurza mnie ilość obowiązków z nią związanych i czasem tęsknię do błogiego lenistwa sprzed. Co do pracy… Dupa totalna. Tyle rozmów, spotkań, wysłanych aplikacji i nic. Przeraża mnie to bardzo i zasmuca. Boję się, że za niskie jednak są te moje kompetencje a nie przebija ich już młoda długonogość ze skłonnością do flirtu i przygód. Czyli te braki, które jeszcze niedawno przykrywałam urodą i wdziękiem dziś są już tylko rażącymi brakami. Znów proszę o wsparcie Tego Co Zawsze Mnie Wspiera…. I znów mam nadzieję, że także z tego zakrętu wyjdę bez większych obrażeń…

Smród.

Długo się zbierałam do napisania kolejnego wpisu. Miał być o naszej nowej życiowej psiej towarzysce. Ale… Będzie o ostateczności. Lubię czytać kryminały. Polskie, skandynawskie. Do tej pory opisy momentu znajdowania rozkładającego się trupa, te wszystkie szczegóły, ludzie zatykający nosy, zasłaniający twarze, wymiotujący, cóż, opisy jak opisy. Do wczoraj.. Wczoraj na prośbę Mamy pojechałam do szpitala w Puszczykowie, do którego mieli odwieźć z domu opieki Babcię. Bo w  odleżynę  na stopie weszła martwica… Idąc wzdłuż budynku słyszałam krzyk i byłam pewna, że to Ziuta. Weszłam do sali skąd prawie od razu wypchnął mnie smród, po chwili dopiero widząc stopę Babci z której lekarz odcinał martwe kawałki ciała zrozumiałam, że czuję odór rozkładającego się ciała właśnie… Babcia krzyczała choć lekarz zapewniał, że skoro to martwa tkanka to Ona nic nie czuje. Qrwa! Trzymałam Ją za rękę powstrzymując łzy… Tak strasznie było mi Jej szkoda. Na koniec usłyszałam, że jeśli to dalej będzie postępować trzeba będzie amputować. Amputować!!! Pojechałam potem do niej do tego domu opieki, pieprzonej Rezydencji Seniora. I płakałam trzymając Ją za rękę i przepraszając sama nie wiem za co. Potem prosiłam Ojca, któregokolwiek, Sylwka czy Boga, żeby Ją już zabrał i pozwolił dłużej się nie męczyć. A wracając zrobiłam awanturę Mamie, która dopiero wtedy łaskawie znalazła dom pod Łodzią i zorganizowała transport na początek sierpnia… Strasznie mnie to przygnębiło i zmusiło do zastanowienia się nad starością, konsekwencjami tego czy nas najbliżsi kochają czy nie, czyli w sumie tego jacy byliśmy przez całe swoje życie… Wiem, co powoduje moją Mamą, wiem jaki ma straszny żal w sercu, wiem, że nie była kochanym i rozpieszczanym dzieckiem, ale nikogo nie można tak upodlić, nikogo!! Przeraziłam się swojej starosci i śmierci…

Finansowo nie ogarniam…

Jestem kompletnie nie ogarnięta finansowo. Nie oszczędzam, wydaję co do grosza wszystko co mam, a przecież wcale nie mam mało. Ciuchy, jedzenie na mieście, kaprysy, kosmetyki. Nie umiem nad tym zapanować, odleciałam kompletnie. Jeszcze niedawno bez problemu ogarnialam rehabilitację prawie 3 razy w tygodniu i co miesiąc do następnej wypłaty jakoś wystarczało. Teraz gdzieś mi się to wszystko rozp…o kompletnie. Risk mnie dobił to pewne. I nonszalancja finansowa i beztroska i bezrefleksyjność totalna. A zegar tyka. Do końca sierpnia już coraz mniej czasu. A i alimenty od Seby kiedyś się skończą. Brak mi silnej woli, siły charakteru, wkurzam się, że pewnie Seba miał rację…. Jakieś rady na szybkie i skuteczne ogarnięcie? Nie liczę, że bezbolesne…

I znów dziwię się zmianom…

Dokładnie rok temu wróciłam do pracy po chorobie. Rok później już jej nie mam… Zdecydowałam się na sąd choć szkoda mi kasy na prawnika i nie jestem przekonana czy się uda. A tak chodzę na rozmowy, wysyłam oferty, długo śpię, tęsknię za Tomaszkiem, który w delegacji, obżeram się truskawkami ale w sumie jakoś mi nie bardzo… Boję się, że nikt mnie nie zatrudni. Brak twardych, konkretnych umiejętności. Co z tego, że przebojowa, kontaktowa, inteligentna? Spiep…m sobie ścieżkę zawodowa już dawno, pewnie wtedy kiedy zrezygnowałam ze studiów. Nigdy specjalnie nie lubiłam się uczyć… Może poszukam jakiś kursów, choć za free to chyba tylko jako oficjalnie zarejestrowana bezrobotna. Chcę mi się powrotu na wakacje, morza, plaży.. Albo chociaż wyjazdów jakiś… Boże pomóż i tym razem. Odnaleźć sens i wiarę w siebie i motywację i chęci do zmian…

Tylko nie mów nikomu…

Głośno w necie dziś o tym filmie. A ja nie mam odwagi go obejrzeć. Tym bardziej w kontekście ostatnich snów.. Czego się boję? Ogromu cierpienia ofiar? Na pewno.. Przerażającej obojętności katów? Oczywiście. Ale najbardziej boję się wgranych lata temu reakcji i odruchów. Czystej fizycznosci tego wszystkiego, która pozwalała mi siadać ojcu na kolanach samej bez specjalnego zapraszania… Tego nad czym wiem, że trudno jest zapanować dorosłemu a co dopiero dziecku stykającemu się ze swoją fizycznością po raz pierwszy.. Szkoda, że wszyscy krzywdzący w ten sposób nie zdają sobie sprawy jak wielkiego spustoszenia psychicznego dokonują. Jak potrafią namieszać w głowie, wywrócic wszystko do góry nogami, zamienić miejscami uczucia, pomylić ich odbiorców, pomylić potrzeby, pokręcić instynkty. I tak jak przy gwałtach najbardziej rozwala mnie poczucie winy ofiar. Ich wieczne why? Co takiego zrobiłam/em. Czym sprowokowałam/em? A u wierzących jeszcze: jakiego grzechu dopuściłem/am się, że tak zostałam/em ukarana/y? Myślę, że gdyby człowiek, który posuwa się do takiego czynu poczuł ciężar tego wszystkiego jednak zawahałby się. I te tłumaczenia „to było takie ojcowskie..”.Fuck! Albo odwoływanie się do sumień ofiar, ich empatii i współczucia”ale co ja teraz zrobię, gdzie pójdę? „. A do diabła idź i tam szukaj pokuty. Nie ma we mnie krzty wyrozumiałości, krzty współczucia, odrobiny litości czy próby zrozumienia. Zabijałabym za to. Nie tylko okaleczała, nie tylko sądziła, więziła…. Jest to dla mnie zbrodnia niewybaczalna, nienaprawialna, gorsza od morderstwa.