Bezsłońcowe nieróbstwo…

 

Lato sobie gdzieś poszło z Polski. Po kilku wrzących tygodniach nastała ciepła jesień. Deszcz niby potrzebny ale ja znów usypiam. Tym razem w towarzystwie ciepłego, futrzanego kłębka z mokrym nosem. Wreszcie mamy psa. Z Facebooka od kobitki, która wynajduje różne bidy i szuka im dobrych domów. Najpierw były na tymczasie u nas we dwie z siostrą ale to Freja właśnie podbiła moje serce. Swoją odwagą, odstającymi, nietoperkowymi uszami, umaszczenie trójkolorowym. I jest z nami na stałe od 29go czerwca, mój prezent na rocznicę ślubu. I niewyspani od tego czasu lazimy oboje i skończyła się wygodna, bezproblemowa współobecność. Moja terapeutka śmiała się, że zbiegło się to dziwnie w czasie z narodzinami syna Sebastiana. Cóż… Nie zaprzeczam, że może coś być w tym podobieństwie powiększania naszych rodzin. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jak bardzo brakowało mi merdającego ogona na powitanie i ciepłego ciałka do przytulania. Choć oczywiście czasem wkurza mnie ilość obowiązków z nią związanych i czasem tęsknię do blogiego lenistwa sprzed. Co do pracy… Dupa totalna. Tyle rozmów, spotkań, wysłanych aplikacji i nic. Przeraża mnie to bardzo i zasmuca. Boję się, że za niskie jednak są te moje kompetencje a nie przebija ich już młoda długonogość ze skłonnością do flirtu i przygód. Czyli te braki, które jeszcze niedawno przykrywałam urodą i wdziękiem dziś są już tylko rażącymi brakami. Znów proszę o wsparcie Tego Co Zawsze Mnie Wspiera…. I znów mam nadzieję, że także z tego zakrętu wyjdę bez większych obrażeń…

Reklamy

Smród.

Długo się zbierałam do napisania kolejnego wpisu. Miał być o naszej nowej życiowej psiej towarzysce. Ale… Będzie o ostateczności. Lubię czytać kryminały. Polskie, skandynawskie. Do tej pory opisy momentu znajdowania rozkładającego się trupa, te wszystkie szczegóły, ludzie zatykający nosy, zasłaniający twarze, wymiotujący, cóż, opisy jak opisy. Do wczoraj.. Wczoraj na prośbę Mamy pojechałam do szpitala w Puszczykowie, do którego mieli odwieźć z domu opieki Babcię. Bo w  odleżynę  na stopie weszła martwica… Idąc wzdłuż budynku słyszałam krzyk i byłam pewna, że to Ziuta. Weszłam do sali skąd prawie od razu wypchnął mnie smród, po chwili dopiero widząc stopę Babci z której lekarz odcinał martwe kawałki ciała zrozumiałam, że czuję odór rozkładającego się ciała właśnie… Babcia krzyczała choć lekarz zapewniał, że skoro to martwa tkanka to Ona nic nie czuje. Qrwa! Trzymałam Ją za rękę powstrzymując łzy… Tak strasznie było mi Jej szkoda. Na koniec usłyszałam, że jeśli to dalej będzie postępować trzeba będzie amputować. Amputować!!! Pojechałam potem do niej do tego domu opieki, pieprzonej Rezydencji Seniora. I płakałam trzymając Ją za rękę i przepraszając sama nie wiem za co. Potem prosiłam Ojca, któregokolwiek, Sylwka czy Boga, żeby Ją już zabrał i pozwolił dłużej się nie męczyć. A wracając zrobiłam awanturę Mamie, która dopiero wtedy łaskawie znalazła dom pod Łodzią i zorganizowała transport na początek sierpnia… Strasznie mnie to przygnębiło i zmusiło do zastanowienia się nad starością, konsekwencjami tego czy nas najbliżsi kochają czy nie, czyli w sumie tego jacy byliśmy przez całe swoje życie… Wiem, co powoduje moją Mamą, wiem jaki ma straszny żal w sercu, wiem, że nie była kochanym i rozpieszczanym dzieckiem, ale nikogo nie można tak upodlić, nikogo!! Przeraziłam się swojej starosci i śmierci…

Finansowo nie ogarniam…

Jestem kompletnie nie ogarnięta finansowo. Nie oszczędzam, wydaję co do grosza wszystko co mam, a przecież wcale nie mam mało. Ciuchy, jedzenie na mieście, kaprysy, kosmetyki. Nie umiem nad tym zapanować, odleciałam kompletnie. Jeszcze niedawno bez problemu ogarnialam rehabilitację prawie 3 razy w tygodniu i co miesiąc do następnej wypłaty jakoś wystarczało. Teraz gdzieś mi się to wszystko rozp…o kompletnie. Risk mnie dobił to pewne. I nonszalancja finansowa i beztroska i bezrefleksyjność totalna. A zegar tyka. Do końca sierpnia już coraz mniej czasu. A i alimenty od Seby kiedyś się skończą. Brak mi silnej woli, siły charakteru, wkurzam się, że pewnie Seba miał rację…. Jakieś rady na szybkie i skuteczne ogarnięcie? Nie liczę, że bezbolesne…

I znów dziwię się zmianom…

Dokładnie rok temu wróciłam do pracy po chorobie. Rok później już jej nie mam… Zdecydowałam się na sąd choć szkoda mi kasy na prawnika i nie jestem przekonana czy się uda. A tak chodzę na rozmowy, wysyłam oferty, długo śpię, tęsknię za Tomaszkiem, który w delegacji, obżeram się truskawkami ale w sumie jakoś mi nie bardzo… Boję się, że nikt mnie nie zatrudni. Brak twardych, konkretnych umiejętności. Co z tego, że przebojowa, kontaktowa, inteligentna? Spiep…m sobie ścieżkę zawodowa już dawno, pewnie wtedy kiedy zrezygnowałam ze studiów. Nigdy specjalnie nie lubiłam się uczyć… Może poszukam jakiś kursów, choć za free to chyba tylko jako oficjalnie zarejestrowana bezrobotna. Chcę mi się powrotu na wakacje, morza, plaży.. Albo chociaż wyjazdów jakiś… Boże pomóż i tym razem. Odnaleźć sens i wiarę w siebie i motywację i chęci do zmian…

Tylko nie mów nikomu…

Głośno w necie dziś o tym filmie. A ja nie mam odwagi go obejrzeć. Tym bardziej w kontekście ostatnich snów.. Czego się boję? Ogromu cierpienia ofiar? Na pewno.. Przerażającej obojętności katów? Oczywiście. Ale najbardziej boję się wgranych lata temu reakcji i odruchów. Czystej fizycznosci tego wszystkiego, która pozwalała mi siadać ojcu na kolanach samej bez specjalnego zapraszania… Tego nad czym wiem, że trudno jest zapanować dorosłemu a co dopiero dziecku stykającemu się ze swoją fizycznością po raz pierwszy.. Szkoda, że wszyscy krzywdzący w ten sposób nie zdają sobie sprawy jak wielkiego spustoszenia psychicznego dokonują. Jak potrafią namieszać w głowie, wywrócic wszystko do góry nogami, zamienić miejscami uczucia, pomylić ich odbiorców, pomylić potrzeby, pokręcić instynkty. I tak jak przy gwałtach najbardziej rozwala mnie poczucie winy ofiar. Ich wieczne why? Co takiego zrobiłam/em. Czym sprowokowałam/em? A u wierzących jeszcze: jakiego grzechu dopuściłem/am się, że tak zostałam/em ukarana/y? Myślę, że gdyby człowiek, który posuwa się do takiego czynu poczuł ciężar tego wszystkiego jednak zawahałby się. I te tłumaczenia „to było takie ojcowskie..”.Fuck! Albo odwoływanie się do sumień ofiar, ich empatii i współczucia”ale co ja teraz zrobię, gdzie pójdę? „. A do diabła idź i tam szukaj pokuty. Nie ma we mnie krzty wyrozumiałości, krzty współczucia, odrobiny litości czy próby zrozumienia. Zabijałabym za to. Nie tylko okaleczała, nie tylko sądziła, więziła…. Jest to dla mnie zbrodnia niewybaczalna, nienaprawialna, gorsza od morderstwa.

Norka..

Przypadkiem obejrzane zdjęcie na insta Kaja jest powodem tego posta.. Nora… Tęsknię za nią mocno wciąż mimo upływu czasu… Była wyjątkowa. Ciepła uważna wierna kochana mądra zabawna.Siedziala przy mnie z łbem na kolanach jak wyłam po ojcu, siadała cierpliwie obok na spacerze czekając aż minie mi szloch i atak paniki po rozstaniu z Sebą, nie zapomnę tego szeroko uśmiechniętego pyska na spacerze w lesie kiedy każdy patyczek był jej. Kiedy pozwalaliśmy jej zamoczyć dupkę w jakimś potoczku. Miny nieszczęśliwej kiedy wsadzaliśmy ją do wanny i potem szalonego kołowrotka na ogrodzie po kąpieli. Podgryzania Kajowych pięt i spodni jak była malutka. Szaleństw podłogowych z Sebastianem, uwielbiała go. Głośnego „gadania” na przywitanie Mamy z Ojcem potem z Zygmuntem. Ogona zrzucającego wszystko z ławy. Poduszek pachnących psem. Zapachu psich łap. Krecika od kluczy noszonego z dumą w pysku podczas powrotu ze spaceru. Biegu przy rowerze kiedy była młodsza. Obrony swoich ludzi podczas incydentu z jakimś durnym wsiokiem, który wyskoczył na nas drąc się i machając łapami. Do dziś pamiętam wyszczerzone białe zęby i gardłowy warkot. Cierpliwość wielką przy wszystkich weterynaryjnych zabiegach. Mój strach jak odpływała po narkozie przed jakąś kolejną operacją. Pamiętam jak się z Tatą lubili. Na początku mieściła mu się na dłoni. Kiedy odszedł a Seba przywiózł ją do Łodzi pobiegła do sypialni głośno węsząc. Zawsze głodny wzrok podczas każdego naszego posiłku. Wymowne patrzenie na zegar kiedy przychodziła pora jej jedzenia. Poranne stukanie pazurów na panelach. Jedwabista delikatność sierści w jednym miejscu na nosie. Klapiastość ciągle chorych uszu. Otrzepywanie się po kąpieli w jeziorze jak najbliżej któregoś z nas. Kochałam ją całym sercem a jednak zostawiałam samą uciekając z domu, z którego wszyscy się wyprowadzili. Kochałam ten wzrok, który wszystko rozumiał. Już wiem, że nikt mi jej nie zastąpi. Była tak idealnym psim towarzyszem, że nawet obawiam się zbyt wysoko podniesionej poprzeczki dla następcy. Niunia strasznie chciałabym jeszcze kiedyś cię przytulić….i chciałabym żebyś wiedziała jak mi przykro, że nie umiałam Cię uratować,ze do dziś męczą mnie pytania co jeszcze można było zrobić, że myśl o tym jak chłopcy zakopywali Twoje zimne już ciałko dręczy mnie do dziś, że oddałabym wiele, żebyś….

Synu…

 

To nieprawda, że miłość rodzicielska jest bezwarunkowa i bezkrytyczna. Przynajmniej moja nie jest. Jasne, że gdzieś tam w głębi wybaczam wszystko i jestem gotowa w każdej chwili wyciągnąć rękę. Ale nie chcę zgodzić się na Twój stosunek do mnie. Nie pozwolę Ci obarczyć mnie winą za wszystko. Nie pozwolę się traktować jak worek do bicia. Mam wobec Ciebie oczekiwania i chyba po raz pierwszy to powiedziałam. Czy teraz Cię stracę? Czy całkowita akceptacja Ciebie jest ceną za Twoją miłość? Ja nie jestem gotowa jej zapłacić…. Przykro mi…