Plotą się nasze losy nieprzewidzianie…

Tak dobrze widzicie… To mój Były, z uśmiechem szamie obiad  podany przez moją Mamę a ja obok duszę się ze śmiechu. Tomaszek robił zdjęcie. Obok mnie, poza kadrem, siedziała moja była Teściowa… Tak nam się weekendowy pobyt w Łodzi rozpoczął…  Wrażenia? Cóż jeśli chodzi o Sebę to żadne… Współczuję mu mierzenia się z chorobą Mamy i tyle… I w sumie miło było zamienić parę słów, pożartować trochę… Nie chcę już Go nienawidzić… Za dużo czasu minęło, za dużo dobrego mnie spotkało, za dużo Nas kiedyś łączyło… Co mi z resztą przyszło z tej nienawiści?? Może w pewnym momencie była dla mnie motorem do działania. Teraz wolę móc spokojnie porozmawiać czasem, wiedzieć, że jakoś tam na siebie liczyć możemy, w mocno ograniczonym zakresie ale zawsze… Jedynie o Marcie nie jestem w stanie wciąż pozytywnego zdania w jakiejkolwiek kwestii… Wiem, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, co się stało, jednak… Cóż, może jeśli kiedyś się poznamy… Zadziwiające jest jednak takie spotkanie z perspektywy czasu…

Reklamy

Szczęście…

Kiedyś mówiłam, ze ja tylko bywam szczęśliwa… Ciągle miałam jakieś ale… Niby nadal mogłabym się czepiać ale… Jestem szczęśliwa, permanentnie, codziennie mam tego poczucie, czasem gapię się niby bezmyślnie na Tomasza i po chwili zaczynam się zastanawiać nad czym tak dumam. W końcu dochodzę do wniosku, ze ja po prostu odczuwam szczęście. Bez względu na to czy leżymy przytuleni, czy się kochamy, czy oglądamy film na Netfliksie, czy coś czytamy, czy przesuwamy palcami po ekranach naszych telefonów, czy robimy zakupy, czy siedzimy w poczekalni u lekarza, czy łapczywie jemy lody z migdałami, czy tłuczemy razem kotlety… Mogłabym tak jeszcze długo… Permanentnie odczuwam szczęście i radość z bycia razem i taką bezpieczną pewność… Ostatnio znów miałam powód do myślenia o śmierci, tym razem z powodu bardzo poważnej choroby mojej teściowej, pierwszej teściowej, toczy ją rak niestety, ciężki, złośliwy, trudny i ja jak zwykle ogarniam w głowie wszystkie scenariusze. I pomyślałam sobie, że gdyby przyszedł kolejny udar czy jakaś inna cholera, która tym razem zabrałaby mnie na drugą stronę to nie byłoby to takie straszne… Oczywiście pragnę przeżyć z Tomaszem jeszcze dużo lat i doświadczać różnych przeżyć razem i zwiedzać i być po prostu jeszcze długo ale doświadczenie takiego szczęścia jakie dzięki Niemu mam szansę przeżywać napawa mnie wystarczającą wdzięcznością by nie oczekiwać już za dużo więcej… Oczywiście chciałabym zaadoptować jeszcze razem psa by przeżyć wspólną miłość do innego stworzenia. Tak, coś na kształt miłości do dziecka, z której świadomie zrezygnowaliśmy. Zrezygnować świadomie z tego kokonu komfortu i wolności, w którym nam tak dobrze i pożyć dla kogoś innego znów… Mając nadzieję, że zmusi to nas do ruszenia tyłków z łóżka w weekendy . Czy jednak nie będzie powodem do zazdrości? Wiem jak potrafię kochać psy… Traktować je jak członka rodziny, podporządkować im resztę i poświęcać swój czas. Czy mój Mąż. który do tej pory był obdarzany bezwarunkową całością mojej miłości i uwagi zniesie podział tego? ( nie wkurzaj się Skarbie, po prostu głośno myślę…). Czy nasze finanse nie ogarniane zbyt do tej pory wytrzymają dodatkowe obciążenie? Dużo pytań i wątpliwości a na jednej szali tylko albo aż potrzeba kochania czworonoga… A przecież ciężar wychowywania spocząłby na Jego barkach głównie, przecież ja pracuję…. Wracając do szczęścia… Żałuję, że dzielić się nim nie mogę z najbliższymi, że Syna swego Jedynego nie mogę obdarzyć nim , zasypać Jego wątpliwości, niezgody, bunty i oskarżenia. Zaspokoić Jego apetyt, Jego ciągłe ale… Uspokoić Jego temperament, złagodzić ból wewnętrzny, zlikwidować poczucie odrzucenia . Zasklepić Jego rany, wlać w Jego serce zadowolenie z każdego kolejnego dnia… Miłość mu dać , żeby ją poczuł każda komórką swego ciała i poleciał na jej skrzydłach…. Tak trudno mi się z Nim dogadać, tak trudno Go lubić…W tym Jego zacietrzewieniu, skupieniu na sobie, poczuciu krzywdy, ciągłym oczekiwaniu więcej i więcej… Nie rozumiem Go i nie umiem z Nim porozmawiać o tym… Nie czuje się w obowiązku realizowania Jego zachcianek i potrzeb… Tyle lat byłam skupiona tylko na Nim i Jego celach…. Dodatkowo straciłam trochę serca , nie ukrywam, żal mam o to, że mnie opuścił wtedy, kiedy był potrzebny, że nie pomagał w chorobie, że liczyć na Niego nie mogę raczej…. Że nie czuję Jego miłości do siebie… Że nie jest taki jaki chciałabym , żeby był… To prawda, przyznaję, nie akceptuję Go takiego jakim jest i pewnie w tym leży wina wszystkiego…. Jak to zmienić?

Małżeństwo..

 

Ponad tydzień już minął.Od tego wyczekanego ale i wystrachanego dnia. I co? W sumie żal,że już po… Bo było cudnie. Radośnie, ciepło, z pewnością, z uśmiechem nie schodzącym mi z twarzy, z trzymaniem się za rękę, z pocałunkami, głaskaniem wzajemnym, patrzeniem w oczy, krzykiem wewnętrznym „Tak!! Wreszcie!!”. Oczywiście  były też zgrzyty, Mama , która strofowała, że od uśmiechu takiego robią się zmarszczki,że zrób, że powiedz, że usiądź, że stań, że… FUCK! odczep się babo! Siostrzycy mej przysrała jakby sama figurą łani chwalić się mogła, czepialska kobieta, wiem, że nie specjalnie złośliwa jest, niestety mam po niej te zagrania, wobec Kaja szczególnie, qrczę chciałabym przestać i nauczyć się kochać Syna po prostu…. Bez wymówek, przynajmniej tak jak On to odbiera… trudne są kontakty dziecięco-rodzicielskie…. Waga przywiązywana do wyglądu własnego i cudzego, do tego co wypada i co przystoi… To odziedziczyłam po Mamie i z tym staram się walczyć… Panna Młoda w conversach, w lawendowej ramonesce, bez ślubnego bukietu, śmiejąca się od ucha do ucha, przytulająca gości  nie tylko całym sercem ale i całą sobą…. To nijak się miało do jej wizji… Ale za to było spełnieniem wizji mojej! Czułam się piękna aczkolwiek obszerna nieco… Genialny makijaż i fryzura dzięki Kasi, sama zadbałam o każdy lawendowy detal  stroju i wystroju i dumna z tego byłam na swój sposób… Tomaszek wyglądał mega przystojnie, patrząc na Niego tez czułam dumę choć lekki niedowiarek w środku mnie szeptał ” Jakim cudem Nam udało się spotkać i tak się nawzajem uszczęśliwiać?” Ucieszyli mnie bardzo wszyscy, którzy dotarli na ślub a rozczarowali Ci, których zabrakło.. Oczywiście rozumiem czemu zagranica nie przyleciała ale czemu nie dojechała Łódź i tyle znajomych z Poznania nas olało? Wiedzieli tyle miesięcy wcześniej, gdyby im zależało postarali by się i poprzekładali nieco plan dnia, wygospodarowali tą godzinę… Cóż, kolejna nauczka na przyszłość… Wiemy przynajmniej dla kogo ważni jesteśmy… I tego będziemy się trzymać. Żal też ,że wieczorem więcej ludziów nie wpadło na torta i lawendową lemoniadę.  Ale ucieszyła mocno obecność Anity z Młodymi, dysfunkcja oczywiście choć w niepełnym składzie, Monia, Oleńka z przyszłym małżonkiem …. Zmęczenie zaczęło mnie dopadać już przed 22gą, stres odpuścił, tygodnie przygotowań opadły mgłą na mózg…. Noc poślubna przespana snem twardym przy boku i w dotyku Męża ukochanego… Kawa rano wypita w prezentowych kubkach, wspólne czytanie życzeń, liczenie kasy, rozpakowywanie prezentów… Fajnie przeżywać to jako osoba dorosła, świadomie bardziej dużo niż te 20 parę lat temu… Właśnie… Przykro mi jest, ze Były nawet maila ani sms-a z życzeniami nie napisał… Czemu? Specjalnie? Wiedząc, że mnie to zaboli? Kij mu w tyłek… A codzienność poślubna może i nie różni się od tej przed niczym więcej niż jeszcze większą moją radością codzienną, błyskiem obrączki na palcu i mnóstwem formalności do załatwiania… No i podróżą poślubną, w którą za dni parę polecimy… W upale hiszpańskiego słońca i morza Śródziemnego wygrzewać nasze małżeńskie stadło… I wspomnienia kolekcjonować kolejne…. Jestem wdzięczna, że jest mi dane doświadczać tego wszystkiego….

Mężczyźni mojego życia-cz.5

Postaram się z całych sił żeby to nie była laurka..

Pewnego dnia, zainspirowana tekstem Mariusza o księciu, który raczej nie podjedzie do Dąbrówki w białym mercedesie, zarejestrowałam się na portalu randkowym…Byłam do bólu szczera wychodząc z założenia, że jeśli znaleźć mam kogoś poważnego i być może ważnego, to nie mogę udawać, a poza tym już wcześniej podjęłam decyzję, że jeśli nie będę musiała to nie będę grać… Zastanawiałam się nad kimś tylko od seksu albo tylko od kin i kawiarni ale chyba chciałam kogoś od wszystkiego… Kompletnie nie brałam pod uwagę, że mogę się zakochać… Kilku facetów mnie zaintrygowało, z kilkoma popisałam ale chemia zadziałała tylko w jednym przypadku. i oto pojawił się w moim życiu budowlaniec, niby rozwodnik Bartosz. Na szczęście sam ze mnie zrezygnował używając mojego alkoholizmu jako argumentu. Pomógł mi na tyle, że doszło do mnie, że nadal jestem w stanie przeżyć fascynację facetem… Polatać ciut nad ziemią… pisać setki sms-ów, flirtować… Zranił jednak moją dumę na tyle głęboko, że planowałam już prędzej skorzystać z sugestii Karli niż rozpoczynać całą zabawę od nowa. W końcu znalezienie kogoś od zaspokajania potrzeb naszego ciała jest najmniejszym problemem. Jeszcze przed Barceloną, jakby przeczuwając kosza, postanowiłam spróbować jeszcze raz, z ciekawości i bez zbędnej nadziei. Poczytałam kilka profili i zainteresował mnie opis starszego ciut ode mnie rozwodnika z Konina. Wysłałam mu uśmiech i parę komentarzy. PO powrocie, już porzucona, otarłam łzy złości i zajrzałam na swój profil. Facet odesłał uśmiech i zaczęliśmy trochę pisać a chwilę później rozmawiać przez telefon. Na dość szybko zadane pytanie czy mam ochotę się spotkać zareagowałam ” wiesz, w środę mam wolne…”. Na randkę oczywiście się spóźniłam, pospiesznie po pracy wzięty prysznic, szybki make-up, zwykła ale oczywiście krótka kiecka i czarne sandałki na obcasie… Widziałam jak śmieją Mu się oczy na mój widok… Wysoki, dość postawny łysy facet z bardzo ciepłym uśmiechem i oczami, które od początku mnie ujęły… Zupa dyniowa w Silva, mnóstwo wypalonych fajek i świetna rozmowa… Jego ciepło, to mi najbardziej utkwiło w pamięci… Na pytania Mamy i koleżanek jak było, odpowiadałam” super tylko szkoda, że jest łysy…”. Teraz kocham tę Jego łysinę…I szaleję na punkcie lodowato błękitnych oczu… I wszystko dalej potoczyło się w błyskawicznym tempie…. Bardzo szybko zaczął zostawać na noc, bardzo szybko powiedziałam Sebie, że jest Ktoś, kto nocuje w jego domu…Seks rozkręcił się również błyskawicznie do poziomu, którego jeszcze nie zaznałam, do zabawy, bez oceniania, bez konkursu, kto lepiej. Świat zawirował, na totalnym haju oświadczyłam Mu się, pędziłam sama nie wiem dokąd. Chyba była w tym chęć udowodnienia całemu światu jak to sobie świetnie poradziłam… Od początku czułam się przy Nim bezpiecznie, ogarniał mnie jakiś spokój… Oczywiście zdarzyło nam się pokłócić…Ujął mnie opieką nad Norą… Czułością jaką otoczył nas obie…. Ugotowaną na obiad chińszczyzną, brakiem speszenia podczas spotkań z moimi bliskimi… Poczuciem humoru, otwartością… Pomocą we wszystkim, akceptacją mnie całej, mimo odkrywania coraz ciemniejszych moich sekretów… Wiem, że się bał, że wciąż kocham Sebę, że do niego wrócę… I pewnie miał czego w pewnym sensie… Zaczęło się szaleństwo przeprowadzkowe, pakowanie, zakupy, sprzątanie… Pomagał z całych sił mimo, że wiedział, że być może jednak ze mną nie zamieszka… No i BUM! Przyszedł udar… Niespodziewanie zmieniło się wszystko. Z faceta na teraz stał się facetem na zawsze… Uratował mi życie, będę to zawsze powtarzać… I wtedy kiedy zadzwonił po karetkę i potem kiedy dawał mi powód do walki, dawał nadzieję, uśmiech….Ocierał łzy, przyjeżdżał codziennie, przez parę miesięcy praktycznie żył moim życiem… Nie wiem jakim cudem znajdował jeszcze czas na pracę… Jadł byle co, spał niewiele no bo przecież jeszcze trzeba było mnie przeprowadzić, zapakować, rozpakować, kontaktować się ze wszystkimi… Nie jestem w stanie wyobrazić sobie co przeżył w szpitalu wiedząc, że walczę o życie, stojąc obok mojego wciąż legalnego męża, obok mojego Syna, mojej Mamy… Tak, to jednak będzie laurka… Moja wdzięczność nie da się opisać… Mój podziw dla miłości, którą mi ofiarował… Po trzech miesiącach znajomości stanął oko w oko z sytuacją traumatyczną i wyszedł z niej zwycięsko. Mój prywatny Bohater…. A teraz? Cóż, żyjemy jak małżeństwo, którym będziemy za parę miesięcy… Kochamy się, kłócimy czasem, przeżywamy swoje różne pierwsze razy, już nie bawimy się w dom tylko żyjemy prawdziwym życiem… Bywa ciężko, bywa trudno, bywa łzawo… Ale nadal jest moim Bohaterem i będzie Mężczyzną mojego życia już zawsze, bez względu na wszystko…. Nadal szaleję za błękitem Jego oczu i tym wszechogarniającym ciepłem. Nadal uwielbiam z Nim rozmawiać, budzić się koło Niego i zasypiać… Nadal tylko On mnie uspokaja i tylko przy Nim czuję się bezpieczna… Mam pewność, że poradzi sobie w każdej sytuacji a ja razem z Nim… Kocham Cię Tomaszu jak nigdy nikogo….

Mężczyźni mojego życia-odc.4

Oj, jak bardzo nie mam ochoty pisać tego wpisu…ale po pierwsze obiecałam tu być szczera a po drugie miałam skupić się na facetach w swoim życiu żeby coś zrozumieć…wolałabym napisać o Tomaszu ale to chyba jeszcze nie ten moment. Poza tym On jest przecież w każdym wpisie ostatnio. Tyle już o Nim napisałam…więc… mężczyźni w moim życiu…jak bardzo je skomplikowali to już wszyscy wiemy… Ojciec wyznaczył pewien wzorzec, wzór, do którego wpasowywałam się przez tyle lat. Ale to wszystkiego nie usprawiedliwia. Przecież wybierałam ich świadomie, może potem upijałam się przed pójściem z nimi do łóżka… tak jakbym jednak robiła to wbrew sobie.. często flirtowałam, prowokowałam i nawet jak miałam ochotę uciec, zastopować, zmienić zdanie uważałam, że już jest za późno, że nie wypada…I potem budziłam się rano pełna obrzydzenia do samej siebie i wstydu.. wystarczało do następnego razu… flirt dawał mi siłę i pewność siebie, rodzaj władzy… że niby to ja ich wybierałam i to ja decydowałam co dalej i w jakim tempie… co za bzdura… ten sam schemat przez lata.. starszy facet zwykle grubo po 40-stce (sorry to było naście i dziesiąt lat temu) często mój bezpośredni przełożony zagubiony w życiu osobistym i zawodowym, zapatrzony w rezolutną śliczną młódkę, przy której mógł się wreszcie wygadać i poczuć się męski. Na tym etapie nie był ważny jego stan majątkowy ani rodzinny, do dziś nie mogę sobie wybaczyć romansu z Piotrem i rozbicia jego rodziny, łez jego żony i późniejszej jej choroby, do której na pewno się przyczyniłam. Ale ten schemat jeszcze jakoś jestem w stanie sobie wytłumaczyć. Natomiast jednorazówek bez sensu i przyszłości juz nie. Ci wszyscy faceci. Starsi, młodsi.  Często po latach już bezimienni. Jezu, nie jestem w stanie policzyć ile razy zdradziłam męża. I czego do k…y  nędzy szukałam w trenerze Kaja czy kumplu przyjaciela?? Oczywiście czasem łączył mnie z nimi niezły seks ale często to też były rozczarowania. Nie pojmuję dziś sama siebie. Próbowałam się jakoś wczuć, przypomnieć sobie co czułam i myślałam. Nie potrafię. Nie rozumiem. Jakbym wchodziła w obcą babę, puszczającą się nie wiadomo dlaczego. Tak, było mi źle w domu, tak, byłam samotna, tak, miałam furę kompleksów, z których niby mieli mnie wyleczyć. Nie wierzyłam ani w swoją inteligencję ani możliwości.  Liczyła się tylko uroda… Większość z nich z miejsca oferowała mi małżeństwo, nie mając krztyny  skrupułów wobec mojej rodziny… większość znała mojego syna, część pomagała mi w domowych obowiązkach,  był nawet taki, który dał mi kasę na gwiazdkowy prezent dla Seby… wozili mnie, karmili,  ubierali,  upijali… pewnie niektórzy nawet mnie kochali na swój sposób… tak mi dziś przykro, że byłam kompletnie nie warta obrączki na palcu… tak trudno uwierzyć, że jestem warta teraz… tak bardzo czasem się boję… I modlę się żeby nigdy nie wróciła tamta Sylwia… tak trudno pokochać teraz samą siebie wiedząc ile zła wyrządziłam kiedyś… I trudno uwierzyć, że Tomek może mnie taką kochać… z takim bagażem…

Rozmawiałam dziś z przecudowną, mądrą, wspaniałą, okrutnie doświadczoną przez życie kobietą, która tak jak ja odbudowuje właśnie swoje życie. W ogóle mam szczęście ostatnio do takich świetnych, pokaleczonych babek, których mądrość zachwyca mnie nieodmiennie równie mocno jak ich uroda. A głupota ich facetów poraża i wkurza mocno… Silne babki, znoszące przemoc, alkohol, ciężkie choroby.. a mimo to błyszczące dziś odzyskanym szczęściem… jestem dumna, że zaliczają mnie do bliskiego sobie grona… to też zobowiązuje… więc może dość już kajania się, przepraszania za przeszłość, nie mam mocy jej zmienić ale mam moc żyć inaczej, mądrze kochać, podejmować mądre decyzje, wybierać sobie na przyjaciół właśnie takich dobrych energetycznie ludzi… w końcu jestem przecież trzeźwa i nauczona doświadczeniem… Trzymam kciuki z całych sił za nas wszystkich…

I’m angry non-stop angry!!!!

Zrozumienie

wszystko sie potwierdza
utarte stare prawdy , dotąd pomijane
życie
pełne buntu i stawania na głowie
nagle runie mur
dostrzeżesz bezsens ucieczki w negację
posypią sie marzenia
jak skrawki podartego wiersza
każde , już osobne , nic nie znaczące
załamanie
a potem
zamiana
ufności w egoizm
przywiązania w rutynę
miłości w zobojętnienie…

06.05.1992

niektórzy zwą to dorosłością…

Jestem wkurw…a. I ponieważ obiecałam być tu szczera, czas może przestać owijać w bawełnę – bo qrwa nie wypada, bo za dużo czasu minęło, bo przecież mam Ukochanego, odzyskuję sprawność, przeżyłam!!! Na końcu języka mam najgorsze bluzgi i przekleństwa, Przebiłabym każdego żula. Zjechałabym Sebę jak najgorszego psa, gdzie tam psa, co mi pies winny. Wydarłabym się na niego (tak, z premedytacją piszę z małej litery), wyrzygałabym skurwielowi, że jestem przez niego chora, że wciąż i wciąż wymagam rehabilitacji, że wciąż kuleję i nawet głupi spacer po cudnym jesiennym lesie kończy się skręceniem kostki, że co chwilę wykrywają u mnie nowe schorzenie, że nie jestem pewna ani swoich nóg ani mózgu. Że boję się wsiąść w samochód po stronie kierowcy i znów zaufać swoim umiejętnościom. Że nawet boję się sama podróżować po mieście tramwajem. Boję się spróbować samodzielności a przecież byłam taka samodzielna. Że Tomek wciąż musi być blisko, bo jego nieobecność wytrąca mnie z równowagi. Że kradnie mi Syna, bo młody unika rozmemłanej, rozpłakanej matki, woli chłodnego emocjonalnie ojca przy kasie, mogącego spełnić każdy jego kaprys i nie zadającego niewygodnych pytań. Że Norka odeszła, bo wciąż mam głębokie przekonanie, że zabrakło jej rodziny w domu i tęskniła za ukochanym panem. Że mój ukochany ogródek, winogrona z działki rodziców, róże własnoręcznie strzyżone, sosna zasadzona przez Tatę, zaprojektowana przeze mnie i dopieszczana łazienka, że to wszystko przepadło i już tego nie odzyskam!! Że przepadłam gdzieś dawna ja, wygadana, samodzielna, pewna siebie, odważna, sprawna…Fuck you man!!! You and your new beautifull life. Your girl friend, your motorcycle !!!! całe twoje nowe cudowne życie, w które wszedłeś z ochotą i radością. K..a bo przecież niczym ta zmiana partnerek ci nie zaszkodziła prawda?! W końcu zamieniłeś na lepsze, na nowsze, na młodsze, na milsze, na sympatyczniejsze… Nienawidzę cię za to co czuję i nie mam już ochoty udawać, że jest inaczej. Tak, wiem, nie wypada przywiązywać się do rzeczy, za bardzo do psa, do stanu rzeczywistego, do stanu majątkowego. Fuck, żałuję nawet tego, że nie spróbowałam cię zgnoić i wydymać przed sądem. Że nie pokazałam ci, że w życiu trzeba płacić jednak za skurwysyństwo. UUUU… i wiecie, jest mi lepiej… A co…. A na koniec – nienawidzę cię też za to cholerne poczucie winy… Tak jak Ojca…

Ile można patrzeć wstecz…

Chciałabym już niczego nie rozpamiętywać, nie wgapiać się już w znalezione przypadkiem zdjęcia, w pokazane na fejsie wspomnienia sprzed iluś lat, nie wracać do tego co jak powiedział ostatnio S. jest już przecież zamknięte. Nie poruszać bolących wspomnień a przede wszystkim przestać odczuwać ten ból… Mam dobre życie, pomimo wszystko, jasne, kurewsko dużo przeszłam ale co z tego? Mam zajebistego faceta obok, fajne mieszkanie, przyjaciół, świetnego Syna…Odzyskałam już ogromną część sprawności, a odczuwane dolegliwości da się znieść przecież… Przecież inni mają gorzej…. Tylko za cholerę nie mogę się pogodzić ze skutkami tej pieprzonej choroby i tego cholernego rozwodu…Nie akceptuję siebie z piętnem udaru i rozwódki…. Nie pogodziłam się ze zmianą, ze stratą… Z utratą domu, rodziny, psa…. Pieprzonych winogron i róż, wspaniałych sąsiadów tuż obok…. Wieczornego nieba pełnego gwiazd, zapachu mokrej trawy, lawendowego pola na ścianie łazienki, ukochanego stołu…. Tęsknię za zapachami, głosami, dźwiękami, smakami…. Jak długo jeszcze? Co mam zrobić żeby przestać? Poradźcie coś bo wariuje…. Chcę żyć tu i teraz, cieszyć się tym co mam, co przynosi dzień… Kochać bezgranicznie i bez opamiętania… Bo On jest tego wart…. Chcę żeby się już nie martwił, o mnie, o nas, o pieniądze…. Chcę żeby był szczęśliwy… A ja razem z Nim…