Plotą się nasze losy nieprzewidzianie…

Tak dobrze widzicie… To mój Były, z uśmiechem szamie obiad  podany przez moją Mamę a ja obok duszę się ze śmiechu. Tomaszek robił zdjęcie. Obok mnie, poza kadrem, siedziała moja była Teściowa… Tak nam się weekendowy pobyt w Łodzi rozpoczął…  Wrażenia? Cóż jeśli chodzi o Sebę to żadne… Współczuję mu mierzenia się z chorobą Mamy i tyle… I w sumie miło było zamienić parę słów, pożartować trochę… Nie chcę już Go nienawidzić… Za dużo czasu minęło, za dużo dobrego mnie spotkało, za dużo Nas kiedyś łączyło… Co mi z resztą przyszło z tej nienawiści?? Może w pewnym momencie była dla mnie motorem do działania. Teraz wolę móc spokojnie porozmawiać czasem, wiedzieć, że jakoś tam na siebie liczyć możemy, w mocno ograniczonym zakresie ale zawsze… Jedynie o Marcie nie jestem w stanie wciąż pozytywnego zdania w jakiejkolwiek kwestii… Wiem, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, co się stało, jednak… Cóż, może jeśli kiedyś się poznamy… Zadziwiające jest jednak takie spotkanie z perspektywy czasu…

Reklamy

Ból paraliżuje i otępia…

Jestem kompletnie nieodporna na ból. Zarówno fizyczny jak i psychiczny choć dziś raczej o tym pierwszym będzie. Leżę trzeci dzień po wyrwaniu ósemki, w końcu zaaplikowałam sobie przepisany na wszelki wypadek antybiotyk. Łykam apap regularnie co parę godzin i nie wychodzę z wyra. Tomuś znosi to z trudem wydaje mi się… Najchętniej bym przespała ten czas niewygodny. Kompletnie poddaję się w takich chwilach choć może racja w tym, że gdybym nie miała możliwości polegiwania i nicnierobienia to pewnie bym się do kupy zebrała. Potrzebuję powrotu do pracy, choć na ten moment nie wyobrażam sobie wstawania o 7 i ośmiu godzin za biurkiem bez możliwości nawet krótkiej drzemki. Ale znam się na tyle, że wiem, że płynę z prądem i dopóki życie mnie nie zmusi nie stanę w stu procentach samodzielnie na nogi. Odejście Seby też mnie tego nauczyło. Najpierw paniczny, duszący strach, myśli samobójcze, totalna rozpacz a potem powoli krok za krokiem w górę ku własnej samodzielnej przyszłości. No tak, udar to wszystko skutecznie zahamował ale z nim też koniec końców jakoś sobie radzę. W końcu nie skromnie mówiąc sama (oczywiście z pomocą) na te nogi stanęłam. Niech tylko już przestanie boleć….

Kobiety…

Chyba już pisałam, że wiele w moim życiu kobiet mądrych, pięknych, ciepłych, pokaleczonych przez życie, opuszczonych, straumatyzowanych, silnych mimo wszystko… Jakoś tak się stało, że rozwód, choroba i wszystko co pomiędzy postawiło na mojej drodze przewspaniałe babki, które podziwiam i, których przykład pomaga mi gdy zbyt się nad sobą roztkliwiam… Żona mojego kumpla z liceum, borykająca się z jego uzależnieniem, przez lata upokarzana i na któryś tam miejscu w hierarchii  wreszcie zaczyna życie na swoich warunkach przy boku prawdziwego faceta. Piękna, krótkowłosa blondynka z pasją, wygląda na kruchą a jest mega silna. Mama koleżanki Kaja z liceum, fajna, bystra babka, opuszczona, zostawiona z długami i opieką nad członkiem rodziny byłego już męża… Koleżanka z pracy w restauracji, rozwiedziona oczywiście, musiała spłacić byłego męża i teraz spłaca długi, pracując na dwóch etatach i samodzielnie remontując odzyskany dom… Rzesza cudownych kobiet poznanych w szpitalu, prześliczne ,również rozwiedzione neurologopedki, patrząc na nie za każdym razem nie mogłam pojąć facetów, którzy świadomie opuścili takie babki… Współpacjentki zaciskające zęby przy codziennych ćwiczeniach, Lucy, uosobienie dobroci, empatii i serdeczności, dokarmiająca mnie przez cały pobyt w Piaskach własnej roboty wędlinami, Martusia, słoneczko, potrącona na pasach, walcząca z uszkodzeniami ciała i umysłu, cudowna towarzyszka ostatnich szpitalnych tygodni, Anita, sąsiadka z Dąbrówki, połączył nas krótki związek naszych dzieci, pokaleczona DDA , porzucona z trójką cudownych dziewczyn przez rozpłodowca bez honoru, który płodząc kolejne dzieci w nowym małżeństwie zapominał o poprzednich… Zadziwia mnie jej niezachwiana wiara w Boga i optymizm, bezinteresowna chęć pomocy każdemu kto stanie na jej drodze… Kumpela z liceum, po  ciężkiej chorobie, która w prezencie podarowała jej nową miłość, bo licealny mąż oczywiście nie podołał, zaangażowana politycznie, silna, bezkompromisowa… Znajoma Rodziców, zdradzana wiele lat, opiekująca się niewiernym mężem do końca gdy dopadła go śmiertelna choroba…. Kumpela z Archikwadratu, borykająca się z trudnym małżeńsatwem , dwójką uroczych chłopaków, śmiercią siostry, zapracowana ale nie wahająca się przyjąć pod swój dach potrzebującego członka rodziny, jej uroda zawsze zapiera mi dech, jej inteligencja także… Mama mojej chrześnicy, porzucona w ciąży z drugim dzieckiem przez nieodpowiedzialnego gówniarza, kalki rozpłodowca z poprzedniego opisu, nie mająca szczęścia do facetów, od lat walcząca o utrzymanie córek na odpowiednim poziomie, żeby nie czuły się gorsze….Renia moja kochana, podjęła jedną z najtrudniejszych decyzji odchodząc od toksycznego, zakompleksionego, zaślepionego, przemocowego męża, przyparta do muru jego chorobą, dokonując wyboru pomiędzy tym co wypada a walką o własną godność… Przepiękna, długowłosa , rasowa blondynka Angela, poznałyśmy się dzięki naszym mężom motocyklistom, przeszła przez okropny rozwód z zapatrzonym w siebie dupkiem, preferującym wirtualne rozkosze nad ponętne dużo młodsze ciało swej mądrej i dowcipnej żony. Teraz układa sobie życie za oceanem a ja wreszcie widzę u niej błyszczące szczęściem spojrzenie… Siostra moja jedyna, serce mi drży i złość nabrzmiewa gdy słucham jak dociera do niej ukrywana do tej pory skrzętnie, bolesna prawda o życiu przy boku obleśnego szowinisty ojca, brata mojego z resztą… Żona wojskowego, wiecznie sama, drżąca swego czasu samotnie o życie i zdrowie ukochanego, wysłanego na misje… No i oczywiście moje dysfunkcyjne, straumatyzowane, walczące na co dzień ze skutkami tragicznego dzieciństwa pod „opieką” niedojrzałych, nałogowych rodziców…  Jestem dumna, że należę do Ich grona, że nazywają mnie swoją, pomagamy sobie jak umiemy, czasem dobrym słowem, czasem wyżerką wspólną, czasem przytuleniem , czasem kopem w dupsko. Kocham Je niezmiennie i wierzę, że jeszcze kiedyś świat będzie nasz!

Mężczyźni mojego życia-cz.5

Postaram się z całych sił żeby to nie była laurka..

Pewnego dnia, zainspirowana tekstem Mariusza o księciu, który raczej nie podjedzie do Dąbrówki w białym mercedesie, zarejestrowałam się na portalu randkowym…Byłam do bólu szczera wychodząc z założenia, że jeśli znaleźć mam kogoś poważnego i być może ważnego, to nie mogę udawać, a poza tym już wcześniej podjęłam decyzję, że jeśli nie będę musiała to nie będę grać… Zastanawiałam się nad kimś tylko od seksu albo tylko od kin i kawiarni ale chyba chciałam kogoś od wszystkiego… Kompletnie nie brałam pod uwagę, że mogę się zakochać… Kilku facetów mnie zaintrygowało, z kilkoma popisałam ale chemia zadziałała tylko w jednym przypadku. i oto pojawił się w moim życiu budowlaniec, niby rozwodnik Bartosz. Na szczęście sam ze mnie zrezygnował używając mojego alkoholizmu jako argumentu. Pomógł mi na tyle, że doszło do mnie, że nadal jestem w stanie przeżyć fascynację facetem… Polatać ciut nad ziemią… pisać setki sms-ów, flirtować… Zranił jednak moją dumę na tyle głęboko, że planowałam już prędzej skorzystać z sugestii Karli niż rozpoczynać całą zabawę od nowa. W końcu znalezienie kogoś od zaspokajania potrzeb naszego ciała jest najmniejszym problemem. Jeszcze przed Barceloną, jakby przeczuwając kosza, postanowiłam spróbować jeszcze raz, z ciekawości i bez zbędnej nadziei. Poczytałam kilka profili i zainteresował mnie opis starszego ciut ode mnie rozwodnika z Konina. Wysłałam mu uśmiech i parę komentarzy. PO powrocie, już porzucona, otarłam łzy złości i zajrzałam na swój profil. Facet odesłał uśmiech i zaczęliśmy trochę pisać a chwilę później rozmawiać przez telefon. Na dość szybko zadane pytanie czy mam ochotę się spotkać zareagowałam ” wiesz, w środę mam wolne…”. Na randkę oczywiście się spóźniłam, pospiesznie po pracy wzięty prysznic, szybki make-up, zwykła ale oczywiście krótka kiecka i czarne sandałki na obcasie… Widziałam jak śmieją Mu się oczy na mój widok… Wysoki, dość postawny łysy facet z bardzo ciepłym uśmiechem i oczami, które od początku mnie ujęły… Zupa dyniowa w Silva, mnóstwo wypalonych fajek i świetna rozmowa… Jego ciepło, to mi najbardziej utkwiło w pamięci… Na pytania Mamy i koleżanek jak było, odpowiadałam” super tylko szkoda, że jest łysy…”. Teraz kocham tę Jego łysinę…I szaleję na punkcie lodowato błękitnych oczu… I wszystko dalej potoczyło się w błyskawicznym tempie…. Bardzo szybko zaczął zostawać na noc, bardzo szybko powiedziałam Sebie, że jest Ktoś, kto nocuje w jego domu…Seks rozkręcił się również błyskawicznie do poziomu, którego jeszcze nie zaznałam, do zabawy, bez oceniania, bez konkursu, kto lepiej. Świat zawirował, na totalnym haju oświadczyłam Mu się, pędziłam sama nie wiem dokąd. Chyba była w tym chęć udowodnienia całemu światu jak to sobie świetnie poradziłam… Od początku czułam się przy Nim bezpiecznie, ogarniał mnie jakiś spokój… Oczywiście zdarzyło nam się pokłócić…Ujął mnie opieką nad Norą… Czułością jaką otoczył nas obie…. Ugotowaną na obiad chińszczyzną, brakiem speszenia podczas spotkań z moimi bliskimi… Poczuciem humoru, otwartością… Pomocą we wszystkim, akceptacją mnie całej, mimo odkrywania coraz ciemniejszych moich sekretów… Wiem, że się bał, że wciąż kocham Sebę, że do niego wrócę… I pewnie miał czego w pewnym sensie… Zaczęło się szaleństwo przeprowadzkowe, pakowanie, zakupy, sprzątanie… Pomagał z całych sił mimo, że wiedział, że być może jednak ze mną nie zamieszka… No i BUM! Przyszedł udar… Niespodziewanie zmieniło się wszystko. Z faceta na teraz stał się facetem na zawsze… Uratował mi życie, będę to zawsze powtarzać… I wtedy kiedy zadzwonił po karetkę i potem kiedy dawał mi powód do walki, dawał nadzieję, uśmiech….Ocierał łzy, przyjeżdżał codziennie, przez parę miesięcy praktycznie żył moim życiem… Nie wiem jakim cudem znajdował jeszcze czas na pracę… Jadł byle co, spał niewiele no bo przecież jeszcze trzeba było mnie przeprowadzić, zapakować, rozpakować, kontaktować się ze wszystkimi… Nie jestem w stanie wyobrazić sobie co przeżył w szpitalu wiedząc, że walczę o życie, stojąc obok mojego wciąż legalnego męża, obok mojego Syna, mojej Mamy… Tak, to jednak będzie laurka… Moja wdzięczność nie da się opisać… Mój podziw dla miłości, którą mi ofiarował… Po trzech miesiącach znajomości stanął oko w oko z sytuacją traumatyczną i wyszedł z niej zwycięsko. Mój prywatny Bohater…. A teraz? Cóż, żyjemy jak małżeństwo, którym będziemy za parę miesięcy… Kochamy się, kłócimy czasem, przeżywamy swoje różne pierwsze razy, już nie bawimy się w dom tylko żyjemy prawdziwym życiem… Bywa ciężko, bywa trudno, bywa łzawo… Ale nadal jest moim Bohaterem i będzie Mężczyzną mojego życia już zawsze, bez względu na wszystko…. Nadal szaleję za błękitem Jego oczu i tym wszechogarniającym ciepłem. Nadal uwielbiam z Nim rozmawiać, budzić się koło Niego i zasypiać… Nadal tylko On mnie uspokaja i tylko przy Nim czuję się bezpieczna… Mam pewność, że poradzi sobie w każdej sytuacji a ja razem z Nim… Kocham Cię Tomaszu jak nigdy nikogo….

I’m angry non-stop angry!!!!

Zrozumienie

wszystko sie potwierdza
utarte stare prawdy , dotąd pomijane
życie
pełne buntu i stawania na głowie
nagle runie mur
dostrzeżesz bezsens ucieczki w negację
posypią sie marzenia
jak skrawki podartego wiersza
każde , już osobne , nic nie znaczące
załamanie
a potem
zamiana
ufności w egoizm
przywiązania w rutynę
miłości w zobojętnienie…

06.05.1992

niektórzy zwą to dorosłością…

Jestem wkurw…a. I ponieważ obiecałam być tu szczera, czas może przestać owijać w bawełnę – bo qrwa nie wypada, bo za dużo czasu minęło, bo przecież mam Ukochanego, odzyskuję sprawność, przeżyłam!!! Na końcu języka mam najgorsze bluzgi i przekleństwa, Przebiłabym każdego żula. Zjechałabym Sebę jak najgorszego psa, gdzie tam psa, co mi pies winny. Wydarłabym się na niego (tak, z premedytacją piszę z małej litery), wyrzygałabym skurwielowi, że jestem przez niego chora, że wciąż i wciąż wymagam rehabilitacji, że wciąż kuleję i nawet głupi spacer po cudnym jesiennym lesie kończy się skręceniem kostki, że co chwilę wykrywają u mnie nowe schorzenie, że nie jestem pewna ani swoich nóg ani mózgu. Że boję się wsiąść w samochód po stronie kierowcy i znów zaufać swoim umiejętnościom. Że nawet boję się sama podróżować po mieście tramwajem. Boję się spróbować samodzielności a przecież byłam taka samodzielna. Że Tomek wciąż musi być blisko, bo jego nieobecność wytrąca mnie z równowagi. Że kradnie mi Syna, bo młody unika rozmemłanej, rozpłakanej matki, woli chłodnego emocjonalnie ojca przy kasie, mogącego spełnić każdy jego kaprys i nie zadającego niewygodnych pytań. Że Norka odeszła, bo wciąż mam głębokie przekonanie, że zabrakło jej rodziny w domu i tęskniła za ukochanym panem. Że mój ukochany ogródek, winogrona z działki rodziców, róże własnoręcznie strzyżone, sosna zasadzona przez Tatę, zaprojektowana przeze mnie i dopieszczana łazienka, że to wszystko przepadło i już tego nie odzyskam!! Że przepadłam gdzieś dawna ja, wygadana, samodzielna, pewna siebie, odważna, sprawna…Fuck you man!!! You and your new beautifull life. Your girl friend, your motorcycle !!!! całe twoje nowe cudowne życie, w które wszedłeś z ochotą i radością. K..a bo przecież niczym ta zmiana partnerek ci nie zaszkodziła prawda?! W końcu zamieniłeś na lepsze, na nowsze, na młodsze, na milsze, na sympatyczniejsze… Nienawidzę cię za to co czuję i nie mam już ochoty udawać, że jest inaczej. Tak, wiem, nie wypada przywiązywać się do rzeczy, za bardzo do psa, do stanu rzeczywistego, do stanu majątkowego. Fuck, żałuję nawet tego, że nie spróbowałam cię zgnoić i wydymać przed sądem. Że nie pokazałam ci, że w życiu trzeba płacić jednak za skurwysyństwo. UUUU… i wiecie, jest mi lepiej… A co…. A na koniec – nienawidzę cię też za to cholerne poczucie winy… Tak jak Ojca…

Ile można patrzeć wstecz…

Chciałabym już niczego nie rozpamiętywać, nie wgapiać się już w znalezione przypadkiem zdjęcia, w pokazane na fejsie wspomnienia sprzed iluś lat, nie wracać do tego co jak powiedział ostatnio S. jest już przecież zamknięte. Nie poruszać bolących wspomnień a przede wszystkim przestać odczuwać ten ból… Mam dobre życie, pomimo wszystko, jasne, kurewsko dużo przeszłam ale co z tego? Mam zajebistego faceta obok, fajne mieszkanie, przyjaciół, świetnego Syna…Odzyskałam już ogromną część sprawności, a odczuwane dolegliwości da się znieść przecież… Przecież inni mają gorzej…. Tylko za cholerę nie mogę się pogodzić ze skutkami tej pieprzonej choroby i tego cholernego rozwodu…Nie akceptuję siebie z piętnem udaru i rozwódki…. Nie pogodziłam się ze zmianą, ze stratą… Z utratą domu, rodziny, psa…. Pieprzonych winogron i róż, wspaniałych sąsiadów tuż obok…. Wieczornego nieba pełnego gwiazd, zapachu mokrej trawy, lawendowego pola na ścianie łazienki, ukochanego stołu…. Tęsknię za zapachami, głosami, dźwiękami, smakami…. Jak długo jeszcze? Co mam zrobić żeby przestać? Poradźcie coś bo wariuje…. Chcę żyć tu i teraz, cieszyć się tym co mam, co przynosi dzień… Kochać bezgranicznie i bez opamiętania… Bo On jest tego wart…. Chcę żeby się już nie martwił, o mnie, o nas, o pieniądze…. Chcę żeby był szczęśliwy… A ja razem z Nim…

Szczęście czym jest ??

Szczęście jest chyba najbardziej indywidualną i trudną do zdefiniowania emocją… Ja od zawsze mówiłam o sobie, że tylko bywam szczęśliwa… ostatnio chyba nadużyłam tego słowa… tak niewiele mi potrzeba do wyjścia z tego stanu, równie niewiele do poczucia go… za półtora tygodnia będę zapewne rzygać szczęściem ciesząc się z włoskiego słońca, plaży i szumu fal… Na ten moment dramatycznie przeżywam konieczność zmodyfikowania swojego jadłospisu i odstawienia ukochanej czekolady…. trochę skiepściły mi się wyniki no i waga podskoczyła do nieakceptowalnego poziomu… i żadne akty tego nie zmienią… apetyczne krągłości ok ale nie mogę nie mieścić się w połowę garderoby!!! Co do szczęścia… trochę męczy mnie 24godzinny system z moim Najdroższym… teraz napawam się samotnością choć oczywiście brak mi ciepła Jego rąk to cieszy chwilowa beztroska i samodzielność podejmowanych codziennych decyzji i wyborów… i brak konieczności myślenia co na obiad… i tłumaczenia się z przespanego całego dnia….choć przecież On tego ode mnie nie wymaga sama czuję się jakoś zobligowana….ech.. marudzę wiem… wiem co zaraz powie Siostra moja najmądrzejsza…że w dupie mi się przewraca…. ale czyż nie jest trudno pozbyć się starych nawyków i przyzwyczajeń? Sny mnie zdradzają przed samą sobą… non stop śniona utrata rodziny na tysiąc sposobów… qrwa chciałabym mieć to już definitywnie za sobą….chciałabym wyzdrowieć i fizycznie i psychicznie… tak, to prawda, nie akceptuję swej choroby ale czy tylko jej??