Kajutek…

Czerwiec. Niedługo urodziny Młodego. I jak co roku zalewa mnie fala wspomnień. Piękne granatowe oczy przywiezionego ze szpitala niemowlaka, wypuścili nas wcześniej z obawy przed jakimś zakażeniem, pierwszą noc spał z nami w łóżku, w ostatnim momencie złapałam rękę Seby nad głową maleństwa. Wydawał się taki drobniutki. Ukochany przeze mnie komplecik w zielone żabki uwieczniony na ulubionym zdjęciu z tego okresu. Pierwsze urodziny w Ustroniu, przez długi czas rokrocznie spędzaliśmy tam parę tygodni wakacji. Tam nauczył się chodzić. Wafelki od lodów dostawane w gratisie prawie w każdej mijanej lodziarni. Chyba w okolicach jego drugich urodzin byliśmy w towarzystwie Madzi i jej brata albo faceta, nie pamietam. Wypuściliśmy się na miasto gdy Młody zasnął. Wróciliśmy prawie nad ranem w stanie oczywiście wskazującym a Kajutek obudził się wyspany całkowicie i chyba do szóstej rano czytaliśmy Mu na zmianę Kubusia Puchatka. Jedno z moich ulubionych zdjęć : Młody siedzi na starym rozkładanym fotelu w naszym mieszkaniu w Łodzi, przed nim kuca Sylwek i posyłają sobie buziaki, a światło wokół jest magiczne jakoś… Uwielbiałam weekendowe przewalanki w łóżku, z kawą i odpowiadaniem na setki pytań. Ale pamiętam też swoją złość i krzyk kiedy absolutnie nie usłuchany Kaj pokazywał swoje zdanie. Strasznie chciałabym jeszcze raz przeżyć Jego dzieciństwo. I dać mu tyle miłości i czułości na ile zasługiwał. Dorastanie Młodego, czas przedszkolno-szkolny to już głównie nerwy, pośpiech, wysłuchiwanie pretensji nauczycieli.. Ale też występy na szkolnych festynach. Jaka byłam z Niego dumna. Szkolne miłostki przeżywane bardzo intensywnie. Z ulgą odetchnęłam jak zdał maturę. Licealna miłość, żywiołowa i strasznie niepoukładana. Noce nieprzespane na tłumaczeniu zawiłości ludzkich uczuć. Jego łzy, które zawsze rozdzierały mi duszę. A potem już coraz więcej złości, wzajemnych pretensji i niezrozumienia. Krzyk. Łzy. Czyli wszystko za co odpłaca mi dzisiaj. Choć teraz jest całkiem nieźle, rozmawiamy trochę przez telefon, co nieco wiemy co u nas. Jutro odbiera samochód, pierwszy samodzielnie kupiony i spłacany przez ileś najbliższych lat. Jedzie do Mamy do Łodzi na jej urodziny, potem do Seby do Wawy. Tęsknię za Nim. I bardzo chciałabym żebyśmy znaleźli w sobie odwagę i chęć do poważnej rozmowy. O tym co było. Chciałabym żeby potraktował moje przeprosiny poważnie i zrozumiał je. Może w którymś kolejnym czerwcu się uda. Najlepszego Synku. Trzymam za Ciebie mocno kciuki. I jestem z Ciebie bardzo dumna.

Back to work…

Wróciłam do pracy. Takiej na najwyższych obrotach. Ostatnie lata u Romualda a nawet chwila w Profesji to był pikuś. Armia. Pracownik oczywiście cywilny. Finanse. Dużo, bardzo dużo do zapamiętania. Szybkie tempo. Czas goni. Notatki, notatki. I przerażenie. Bo nie wiem czy dam radę. Czy mój przecież jakoś tam dotknięty mózg podoła. Czy moje ciało wytrzyma stres. Na razie padam do wyra zaraz po powrocie. Tym bardziej, że zaczynam o 7!!! Tak dobrze przeczytaliście, ja wstaję o 5,30 i zaczynam pracę o 7 rano. Plusem jest bliskość i spacer na pieszo do jednostki. Mam bardzo dużo wątpliwości i obaw. Chyba jeszcze nigdy nie podchodziłam tak do nowej pracy. Może to wiek, może świadomość własnych ograniczeń i strach żeby sobie nie zaszkodzić. A może świadomość, że ktoś za mnie poręczył i nie chcę zawieść oczekiwań? Tomaszek wspiera dzielnie, choć chyba tak do końca nie rozumie. A ja od dwóch dni mam oczy na mokrym miejscu i użalam się nad sobą. Może to tylko okres i pełnia. Ale jeśli możecie proszę prześlijcie mi trochę siły i optymizmu. Bardzo mi tego teraz potrzeba.

Gdybanki z nudów…

Co by było ze mną i z moim życiem gdybym nie zachorowała? Tuż przed udarem moja „kariera” zawodowa nabierała tempa – szkolenia, eventy, reprezentacyjne spotkania. W Polsce i w Niemczech. Szef chciał mnie namaścić na swoją następczynię…. Co prawda wszystko zaczęło się pieprzyć przez zmianę ustawy o OZE ale któż może wiedzieć… Może podebrałby mnie ktoś z innej firmy, zachwycony moją elokwencją , otwartością i umiejętnością radzenia sobie w trudnych sytuacjach, przynajmniej zawodowych…. A może we dwójkę uratowalibyśmy firmę przed długami i marazmem? Kwestie wynagrodzenia wtedy też miały inne perspektywy… Czy bywająca na imprezach wpakowałabym się tradycyjnie w romans jakiś? Zafascynowana, jak kiedyś , czyjąś pozycją itp?? W końcu byłabym już po rozwodzie… Ha. Czy związek z Tomaszem przetrwałby i zaszedł tak daleko jak za 4 dni zajdzie?? Przecież zamiarowałam zamieszkać jednak sama… Jak potoczyłoby się moje życie gdybym po prostu zamieszkała na Długosza jako osoba wolna, zdrowa, atrakcyjna… Gdzie byłabym teraz? Czy patrzyłabym w zadumie na ten sam widok z okna? Czy nie próbowałabym jeszcze w rozpaczy i przyzwyczajeniu jakimś powrotu do Seby? Takie tam gdybania mnie naszły… Wszystko mi się w podświadomości gotuje na zbliżającą się kolejną zmianę życiową, wiem przecież jak działa mój mózg… W sumie męczy mnie ta moja psychika, niech już będzie po…. Może wtedy zacznę funkcjonować w miarę normalnie….

Wysiadam….

Zwariuję, nie ogarniam….Czas tak zapitala, godzina za godziną, nie tyle przecieka, co wodospadem jakimś pędzi łamiąc mi palce, zmęczenie i senność nie odpuszczają pomimo słońca za oknem, ilość pozycji na „List to do” jest nie do ogarnięcia… Zapominam o połowie.. Ciągle się spieszę, ciągle się spóźniam, burdel w domu i głowie… Najchętniej przespałabym dzień cały bo wtedy i myśli się zatrzymują i ciało nie pokazuje, że jeszcze nie jest sprawne… I brzuch w pozycji na plecach wygląda na bardziej płaski… Tak, żartuję trochę ratując się przed tym czymś co ściska za gardło…. Strach? Przed powrotem do pracy, przed ślubem, przed wyjazdem Kaja…. Qrczę kiedyś byłam odwazniejsza albo taką udawałam ze wszystkich sił…. Potrzeba mi siły, konsekwencji, samozaparcia!!! Ktoś może mi podarować taki zestaw w prezencie??

C. D. Sanatoryjnie…

Tęsknota mnie zżera… Brak mi przytulenia, dobrze, że choć na chwilę wpadła Martusia, mogłam się do niej spokojnie przytulić (buziaki Słoneczko). Brak mi ciepła skóry, dotyku, zapachu, wsparcia, oparcia, obecności… Przyzwyczaiłam się do Ciebie Skarbie…. Poza tym… Nie jest źle… Okazało się, że wciąż łatwo nawiązuję znajomości i że chyba wciąż wydaję się być dość atrakcyjna… Chyba nie tylko wizualnie skoro nie przeszkadza nikomu moje kulenie… Czy mi to poprawia humor? Oczywiście, że tak! Samolubnie i egoistycznie… Może jednak aż tak bardzo się nie zmieniłam… Próżna jestem wciąż… Więc raz czy dwa wcisnę się w sukienkę i nałożę tapetę i pójdę pobujać się w takt nawet disco polo… Nota bene musimy zacząć tańczyć z Tomaszkiem .. Tak mi brakuje drygu tej lewej nogi, płynności ruchu biodra, głowa i cześć ciała porywa muzyka ale reszta nie nadąża…. A przecież zawsze uwielbiałam tańczyć… Poza tym okazuję się, że zaczynam się stresować ślubem… Śnią mi się jakieś związane z tym wydarzenia, że gdzieś czegoś zapomniałam, że się spóźniłam… Nie mam najmniejszych wątpliwości co do samej decyzji, stresuje mnie samo wydarzenie, ubiór, możliwa pogoda, goście itp… A jeszcze zanim to najpierw rozstrzygnąć się musi kwestia powrotu do pracy, ewentualnej renty, stopnia niepełnosprawności… Czas beztroskiego w sensie zawodowym funkcjonowania właśnie się kończy.. I tym też trochę się stresuję…. Czyli ogólnie robi się nerwowo….

Niezwyczajna zwyczajność…

Wieczór… Siedzimy sobie obok siebie na kanapie , każde ze swoim laptopem na kolanach, każde ze słuchawkami na uszach, Tomaszek oglada serial na Netfliksie, ja słucham audycji Kaja i skończyłam pisać to cholerne odwołanie….Qrczę jak fajnie… Niby nic… Zwyczajny wieczór w domu dwojga dorosłych ludzi… Słone orzeszki, winogrona, ciepła herbata z imbirem i Jego zapach, Jego ciepło…. Mój Facet ❤

Ku większemu optymizmowi…

Mam ostatnio okazję do weryfikowania stanu swojego poudarowego zdrowia z innymi udarowcami. Co prawda głównie wirtualnie ale zawsze. Dziewczyna, którą nazwałam udarową siostrą, sprowokowana naszą wymianą zdań na ten temat napisała genialny tekst, który mną dość mocno wstrząsnął , na tyle mocno, że zebrałam dziś dupę w troki z wyra przed południem ( jest czego gratulować, uwierzcie) z zamiarem zrobienia czegoś pożytecznego. Zaczynam od tego wpisu, żeby mi nie uleciało to co mi się w głowie kłębi, potem będzie odwołanie do Powiatowego Zespołu ds. Orzekania o Niepełnosprawności – dostałam stopień lekki tyle, że nic mi on nie daję więc spróbuję jeszcze powalczyć, potem będzie spacer po przesyłkę do paczkomatu – przyjechały ślubne ozdoby samochodu (!!), potem będzie odkurzanie, obiad już w piekarniku, a potem będę czekać na zaproszenia, które dziś mają dowieźć – a więc niedługo będę wysyłać!! Kręcą mnie te wszystkie drobne przygotowania do ślubu bardzo….

Ale do rzeczy… Oto link do wpisu lewaczki

http://lewaczka.pl/opinia-innych-cie-widza-cie-widza/

Poczytajcie trochę, to bardzo mądra dziewczyna jest…

I w związku z tym – taa… no przecież wiem, że zrobiłam postępy, że jest o niebo lepiej niż było albo mogło być. że w końcu poruszam się sama i choć nadal dość szybko się męczę, to tak naprawdę muszę przyznać, że w tej chwili najbardziej dokucza mi jednak ociężałość umysłowa i jakaś taka wewnętrzna niechęć do jakiegokolwiek działania… Spać mogłabym prawie non stop – co z resztą czynię jak tylko Tomaszek wyjeżdża w delegację, Netflix jest ostatnio jedyną rozrywką, aż się zastanawiam czy jednak się go nie pozbyć…. Chciałabym żeby los po raz kolejny zmusił mnie do jakiegoś wysiłku, marzę o tym, żeby firma jednak nie zakończyła działalności i żebym miała gdzie i do czego wracać. Stać się znów przydatna, pożyć życiem innym, służbowym, wyjechać w jakąś delegację, pójść na służbowe spotkanie w większym gronie, musieć ubrać się w koszulę i umalować…Znów przekonać się, że są rzeczy w których jestem dobra….

Chciałam wkleić filmik z rehabilitacji, jeszcze w szpitalu, krótko po udarze, jeszcze w pampersie, z Olą ćwiczącą trochę za mnie. Ku pamięci i pokrzepieniu…Niestety bezpłatna subskrypcja nie pozwala na udostępnianie filmów więc…

może link do posta na fejsie?

https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=1626910637345765&id=100000805347005

 

 

 

 

Pamiętnik…

Przypomniałam sobie dziś o czymś… O 5 nad ranem, jak zwykle obudzona przez fizjologiczną potrzebę i jak zwykle nie mogąc zasnąć potem.Myśląc jak zwykle o Kaju i naszej kłótni. Przypomniałam sobie jak kiedyś, nie wiem czy jest na to usprawiedliwienie, przeszukiwałam pokój Młodego i znalazłam notesik, w którym zapisywał różne rzeczy a w nim wpis na swój temat. Bardzo ostry, bluźnierczy, zszokowana skojarzyłam, że Kaj z kolei przejrzał moją szafkę nocną i znalazł mój pamiętnik, w którym zapisywałam wiersze, erotyki, pragnienia intymne, wspomnienia seksualne… Z którego dość brutalnie dowiedział się, że matka prowadzi intensywne życie erotyczne nie tylko z jego ojcem… Przerażona, że opowie Sebastianowi, zapisałam w pamiętniku notatkę, rodzaj listu do Syna, w którym sugerowałam, że źle zrozumiał, że to fikcja itp. Potem bardzo szybko wyrzuciłam całe zdarzenie z pamięci, wstydząc się siebie, Jego…. Dziś pomyślałam, że to co przeczytał i to co sobie wtedy o mnie pomyślał musiało mocno namieszać Mu w głowie. Że nienawiść splotła się z miłością już nierozerwalnie. Do tego pamięć o wyprowadzce z domu kiedy zostawiłam Go z ojcem…. Potem słyszał wielokrotnie nasze awantury, podczas których Sebastian niejednokrotnie tą wyprowadzkę i Piotra mi wypominał… Czyli żył sobie w przekonaniu, że ma matkę… no tak… nawet tu tego słowa nie wypowiem… wstydzę się…. Czy mi to kiedyś wybaczy??

Zadanie domowe…

Dobrze, że Młody prowadzi raz w tygodniu audycję w studenckim radio – mam przynajmniej wtedy okazję Go usłyszeć, dowiedzieć się, że żyje.. Wciąż walczę z chęcią zadzwonienia. Wciąż chodzi mi po głowie myśl, że rolą rodziców jest oczywiście wychowywać ale przede wszystkim być zawsze do dyspozycji i kochać pomimo wszystko. Jestem, kocham, ale jednocześnie odczuwam coś w rodzaju złości, jestem urażona, czuję się obrażona i potraktowana niesprawiedliwie w zemście za to, że rzeczywistość jest inna niż by chciał i niż sobie wyobrażał. Nie wiem czy wrócił na studia, czy znalazł jakąś pracę, czy je jakoś w miarę przyzwoicie. Chciałabym mu dać nauczkę a jednocześnie tęsknię cholernie. „coś na kształt złości” to był właśnie powód mojej pracy domowej na terapii. Paulina spytała czemu nie jestem zła? Po pierwsze boję się złości jako takiego wqurwienia, które kiedyś potrafiło mnie zaślepić i pozbawić resztek rozsądku. Boję się tak silnych emocji że względu na swój nadwyrężony mózg. No i przede wszystkim boję się, że Go stracę. Panicznie się tego boję. Ale tak,  przegiął, potraktował mnie jak worek treningowy,wykorzystał jako argument na wszystko. Wyrzygał w ten sposób złość na rzeczywistość, która pewnie nie spełniła oczekiwań. Moja terapeutka twierdzi, że utkwił gdzieś pomiędzy przekonaniem o swej dorosłości a potrzebą opieki. I miota się nie wiedząc za bardzo co wybrać. Boję się, że w tym zapamiętaniu zrobi coś głupiego, nieodpowiedzialnego, czego konsekwencje będzie ponosił długo. Ja pitolę Synu jak śmiałeś mnie tak potraktować? Bez serca, empatii, współczucia. Przecież jestem Twoją matką nie jakimś tam obcym człowiekiem. I bardzo dobrze zdaje sobie sprawę ze swoich błędów, z traum, których doświadczyłeś, z tego, że byłam kiepską mamą. Ale do cholery nie tylko!! Byłam obok Ciebie tak często i tak blisko jak tylko umiałam. Przytulałam, słuchałam, wycierałam łzy, objaśniałam świat. Starałam się, często za dwoje… Bez wsparcia, bez oparcia, bez pochwał, w pojedynkę. Bo przecież Jego nie było prawie nigdy. Na odległość, na telefon, na weekend. I jeszcze śmie mi powiedzieć, że nie wie co się między nami działo… Że niby co??? Fuck… Fakt nie byłam idealna ale przecież są gorsze prawda? Więc może porozmawiaj w końcu ze mną jak dorosły z dorosłym pamiętając, że choroba mnie zmieniła i ta twarda Zosia samosia, którą znałeś już nie wróci!! Mam hiper wrażliwość, płaczę często, nic na to nie poradzę. Zaakceptuj wreszcie mnie po chorobie i po rozstaniu z Twoim Ojcem. Pewne rzeczy i stany już nie wrócą, też żałuję czasem, że czasu nie da się cofnąć. Ale masz mnie jedną a ja mam Ciebie. I kocham Cię nad życie. I tęsknię…

Przeprowadzka…

Krótko informacyjnie.. Niestety zamykają tą platformę a ja jestem właśnie w trakcie podejmowania decyzji co dalej… Jeszcze nie wiem czy założę własną stronę czy po prostu przeniosę bloga gdzie indziej. Na pewno nie jestem gotowa go zakończyć. Podoba mi się to pisanie, porządkuje mi nieco w głowie, wprowadza konieczny dystans, pomaga ubrać w słowa myśli nieuczesane… Więc… Będę pisać o nowym adresie!