Jakiej jeszcze pokuty mam oczekiwać?

Dziś po raz pierwszy od udaru pomyślałam, że może nie powinnam go przeżyć. Pamiętam, jak podejmowałam decyzję o zaprzestaniu picia, przez dwa tygodnie pomiędzy pierwszą a kolejną wizytą w poradni AA, cierpiąc na bezsenność, drżenie rąk, opędzając się od samobójczych myśli, myślałam, że jak to przetrwam,  to potem będzie już tylko lepiej. Tak jak chlając wmawiałam sobie, że gdy się obudzę następnego dnia większość problemów zniknie, tak w zaprzestaniu chlania widziałam zbawienny koniec tychże. Potem okazało się, że życie na trzeźwo jest dużo gorsze, że nie ma fanfarów, oklasków, klepania po plecach, jest gorzej bo nie ma gdzie się schować przed tym wszystkim co mnie przerastało. Kiedy po udarze w końcu uświadomiłam sobie, jakie miałam szczęście przeżywając, myślałam, że nic gorszego już mnie nie spotka, że wyczerpałam limit, dostałam drugą szansę, więc teraz będzie już tylko lepiej. Spotkanie Tomka tylko mnie utwierdzilo w tym naiwnym oczekiwaniu tęczy i aniołów. Cóż, po raz kolejny okazało się, że jestem jeszcze bardzo niedojrzała. Usłyszałam dziś bardzo dużo złych rzeczy na swój temat, bardzo dużo oskarżeń o zmarnowane dzieciństwo, dużo ostrych słów o byciu okropną,  egoistyczną, krzywdzącą matką, którą mój Syn kojarzy jedynie z krzykiem i przemocą. Patrzyłam na niego załzawionymi oczami i szukałam w nim tego błękitnookiego chłopczyka, który tak ufnie trzymał moja dłoń, ledwie chwilę temu. A potem mój świat po raz kolejny zatrząsł się w posadach a moje niedawno sklejone serce popękało ponownie. Wiem, że ma prawo oskarżyć  mnie o wiele zaniedbań, nie spodziewałam się jedynie zarzutu kompletnego braku miłości… Bycie mamą stanowiło przez 22 lata sens mojego istnienia. Kim jestem jeśli mi to zakwestionowano?

Reklamy

Mężczyźni mojego życia-cz.5

Postaram się z całych sił żeby to nie była laurka..

Pewnego dnia, zainspirowana tekstem Mariusza o księciu, który raczej nie podjedzie do Dąbrówki w białym mercedesie, zarejestrowałam się na portalu randkowym…Byłam do bólu szczera wychodząc z założenia, że jeśli znaleźć mam kogoś poważnego i być może ważnego, to nie mogę udawać, a poza tym już wcześniej podjęłam decyzję, że jeśli nie będę musiała to nie będę grać… Zastanawiałam się nad kimś tylko od seksu albo tylko od kin i kawiarni ale chyba chciałam kogoś od wszystkiego… Kompletnie nie brałam pod uwagę, że mogę się zakochać… Kilku facetów mnie zaintrygowało, z kilkoma popisałam ale chemia zadziałała tylko w jednym przypadku. i oto pojawił się w moim życiu budowlaniec, niby rozwodnik Bartosz. Na szczęście sam ze mnie zrezygnował używając mojego alkoholizmu jako argumentu. Pomógł mi na tyle, że doszło do mnie, że nadal jestem w stanie przeżyć fascynację facetem… Polatać ciut nad ziemią… pisać setki sms-ów, flirtować… Zranił jednak moją dumę na tyle głęboko, że planowałam już prędzej skorzystać z sugestii Karli niż rozpoczynać całą zabawę od nowa. W końcu znalezienie kogoś od zaspokajania potrzeb naszego ciała jest najmniejszym problemem. Jeszcze przed Barceloną, jakby przeczuwając kosza, postanowiłam spróbować jeszcze raz, z ciekawości i bez zbędnej nadziei. Poczytałam kilka profili i zainteresował mnie opis starszego ciut ode mnie rozwodnika z Konina. Wysłałam mu uśmiech i parę komentarzy. PO powrocie, już porzucona, otarłam łzy złości i zajrzałam na swój profil. Facet odesłał uśmiech i zaczęliśmy trochę pisać a chwilę później rozmawiać przez telefon. Na dość szybko zadane pytanie czy mam ochotę się spotkać zareagowałam ” wiesz, w środę mam wolne…”. Na randkę oczywiście się spóźniłam, pospiesznie po pracy wzięty prysznic, szybki make-up, zwykła ale oczywiście krótka kiecka i czarne sandałki na obcasie… Widziałam jak śmieją Mu się oczy na mój widok… Wysoki, dość postawny łysy facet z bardzo ciepłym uśmiechem i oczami, które od początku mnie ujęły… Zupa dyniowa w Silva, mnóstwo wypalonych fajek i świetna rozmowa… Jego ciepło, to mi najbardziej utkwiło w pamięci… Na pytania Mamy i koleżanek jak było, odpowiadałam” super tylko szkoda, że jest łysy…”. Teraz kocham tę Jego łysinę…I szaleję na punkcie lodowato błękitnych oczu… I wszystko dalej potoczyło się w błyskawicznym tempie…. Bardzo szybko zaczął zostawać na noc, bardzo szybko powiedziałam Sebie, że jest Ktoś, kto nocuje w jego domu…Seks rozkręcił się również błyskawicznie do poziomu, którego jeszcze nie zaznałam, do zabawy, bez oceniania, bez konkursu, kto lepiej. Świat zawirował, na totalnym haju oświadczyłam Mu się, pędziłam sama nie wiem dokąd. Chyba była w tym chęć udowodnienia całemu światu jak to sobie świetnie poradziłam… Od początku czułam się przy Nim bezpiecznie, ogarniał mnie jakiś spokój… Oczywiście zdarzyło nam się pokłócić…Ujął mnie opieką nad Norą… Czułością jaką otoczył nas obie…. Ugotowaną na obiad chińszczyzną, brakiem speszenia podczas spotkań z moimi bliskimi… Poczuciem humoru, otwartością… Pomocą we wszystkim, akceptacją mnie całej, mimo odkrywania coraz ciemniejszych moich sekretów… Wiem, że się bał, że wciąż kocham Sebę, że do niego wrócę… I pewnie miał czego w pewnym sensie… Zaczęło się szaleństwo przeprowadzkowe, pakowanie, zakupy, sprzątanie… Pomagał z całych sił mimo, że wiedział, że być może jednak ze mną nie zamieszka… No i BUM! Przyszedł udar… Niespodziewanie zmieniło się wszystko. Z faceta na teraz stał się facetem na zawsze… Uratował mi życie, będę to zawsze powtarzać… I wtedy kiedy zadzwonił po karetkę i potem kiedy dawał mi powód do walki, dawał nadzieję, uśmiech….Ocierał łzy, przyjeżdżał codziennie, przez parę miesięcy praktycznie żył moim życiem… Nie wiem jakim cudem znajdował jeszcze czas na pracę… Jadł byle co, spał niewiele no bo przecież jeszcze trzeba było mnie przeprowadzić, zapakować, rozpakować, kontaktować się ze wszystkimi… Nie jestem w stanie wyobrazić sobie co przeżył w szpitalu wiedząc, że walczę o życie, stojąc obok mojego wciąż legalnego męża, obok mojego Syna, mojej Mamy… Tak, to jednak będzie laurka… Moja wdzięczność nie da się opisać… Mój podziw dla miłości, którą mi ofiarował… Po trzech miesiącach znajomości stanął oko w oko z sytuacją traumatyczną i wyszedł z niej zwycięsko. Mój prywatny Bohater…. A teraz? Cóż, żyjemy jak małżeństwo, którym będziemy za parę miesięcy… Kochamy się, kłócimy czasem, przeżywamy swoje różne pierwsze razy, już nie bawimy się w dom tylko żyjemy prawdziwym życiem… Bywa ciężko, bywa trudno, bywa łzawo… Ale nadal jest moim Bohaterem i będzie Mężczyzną mojego życia już zawsze, bez względu na wszystko…. Nadal szaleję za błękitem Jego oczu i tym wszechogarniającym ciepłem. Nadal uwielbiam z Nim rozmawiać, budzić się koło Niego i zasypiać… Nadal tylko On mnie uspokaja i tylko przy Nim czuję się bezpieczna… Mam pewność, że poradzi sobie w każdej sytuacji a ja razem z Nim… Kocham Cię Tomaszu jak nigdy nikogo….

Życie po udarze…

Rzygam już pisaniem o rozwodzie, wystarczą mi regularnie powtarzające się sny, w których albo Seba albo Tomek mnie porzucają. Wiec będzie o życiu po udarze…

Tak, zdaję sobie sprawę, że trochę uciekłam spod kosy… Raczej traktuję to jako ostrzeżenie i zastopowanie. Jakiś mało śmieszny dowcip w stylu to teraz ci pokażemy jak to jest być na prawdę zależną od kogoś, kto będzie przyjeżdżał codziennie  ileś tam kilometrów żebyś miała czyste i pachnące ciało i włosy i żebyś miała do jedzenia coś więcej niż szpitalne dno i żebyś nie czuła się tak cholernie samotna… Jak to jest stracić panowanie nad swoim ciałem i nie móc sobie wydepilowac samej brwi i uczesać włosów w kitkę.  Jak to jest musieć prosić obce osoby żeby poszły z tobą do kibla i podciągnęły ci gacie na dupę, bo sama musisz zawsze trzymać się czegoś jedną ręką. Nie pamiętam już całkowitego paraliżu lewej strony. Pamietam tylko złość, że Tomasz tak cholernie dlugo wkłada mi tą koszulę nocną przed przyjazdem karetki. I uczucie, już na szpitalnym łóżku dzień po, że lewa noga i ręka ważą nagle ze sto kilo każda. Nie pamiętam pierwszych kroków po udarze, znam je tylko z Tomkowych opowieści o trzęsących się nogach i tyłku w pampersie. Pamiętam słowa mojej prywatnej cudotwórczyni Oli o tym żebym nie spuszczała wzroku z ćwiczonych kończyn i to jej nieśmiertelne „dasz radę Sylwia, świetnie ci idzie”. Do dziś mnie karmi tym swoim optymizmem. Dziękuję Ci cudzie mój ❤. Nie pamiętam tego pierwszego strachu. No, może poza przerażeniem, że już nie zobaczę Kaja i nie będę mogła mu już nic wytłumaczyć ani już nigdy przytulić. „Zadzwoń do Kaja i powiedz mu, że Go kocham” powtarzałam. Skądś wiedziałam, że mam udar ale nie mialam pojęcia z konsekwencji. Nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji, automatyczna obrona mózgu zadziałała błyskawicznie zmniejszając świadomość. Wielokrotnie już opowiadałam, że pamiętam twarze Tomka i Seby przy szpitalnym łóżku i ciepło ich dłoni. I pikanie maszyn na sali intensywnej terapii. I wstyd za pampersy i za cewnik.   I że moi życiowi mężczyźni widzą mnie taką. Jaka bylam zła, że Seba ma ukoronowanie tej mojej rzekomej słabości. I pamiętam  transport do Piasek w takim dziwnym karetkowym krześle i wózek stojący przy łóżku jako stały element wyposażenia. Qrwa w Wigilię czułam ten wózek każdą częścią ciała i przekonana byłam, że już z niego nie zsiądę. I pytania zadawane sobie po cichu, jak będę jeździć tym wózkiem po tych paru wolnych metrach w nowym mieszkaniu? I czy Tomek podoła, czy wytrzyma, czy świadomie zmarnuje sobie życie? I skąd weźmiemy kasę na dalszą rehabilitację? I czy będę panną młodą na wózku?  I czy Kaj będzie się mnie wstydził?  I czy dać Sebie rozwód czy z zemsty udupić go robiąc szoł na rozprawie i nie wyprowadzając się z Dąbrówki? Setki pytań… I codzienne trudności. .. Z jedzeniem bez obu sztućców, z odniesieniem talerza, z utrzymaniem książki w rękach, z czytaniem w ogóle, z ustaniem przy umywalce podczas mycia zębów, z ciągłym proszeniem kogoś o coś. I z tym cholernym wysiłkiem trzy godziny dziennie na ćwiczeniach. Bo noga nie słucha i lata gdzie chce a poza tym zrobiła się tak cholernie ciężka. I ręką nie sięgam tam gdzie bym chciała i krzyk z wysiłku a czasem z bólu gdy mi moje prywatne anielice-rehabilitantki rozmasowywały mięśnie albo uciskały te sławetne punkty spustowe. Siniaki na nogach. Ciągłe „palce,pięta” w głowie i zazdrość,  że inni po prostu chodzą. Lodowatość łazienki i przyspieszona do granic możliwości kąpiel z Tomaszem. Byle szybciej obmył, ogolił,  wysuszył i nie, nie wycieraj tak mocno bo skóra po lewej stronie wciąż nadwrażliwa! Samotność szpitalnego łóżka i narastająca tęsknota za ciepłem i zapachem kochanego ciała obok. Wyczekiwanie na wizyty, każda była odmianą i odrobiną normalności….A przecież każdy ma swoje życie, swoje sprawy, nie można od nich wymagać, żeby rzucili wszystko dla mnie.. Pamiętam to znienawidzone uczucie owiniętego watą mózgu, do którego nie docierają bodźce i informacje.  Tylu rzeczy nie pamiętam…Ta wata zeszła mi dopiero kilka tygodni po powrocie do domu… A jak to wygląda teraz? Po niespełna 11 miesiącach od udaru? Dużo we mnie złości i niecierpliwości. . Bo noga wciąż ciężka i każde unoszenie jej to dźwiganie tony a godzina rehabilitacji z Oleńką to godzina w kopalni…Bo chwilka stania przy kuchni i już jestem zmęczona… Bo przy każdej czynności coś mi z tej lewej ręki wypada albo coś potrącam. Bo wciąż potykam się o dywaniki na podłodze i zostawione np przez Tomka kapcie. No bo dlaczego on do cholery nie domyśli się, że będę tedy szła?? Bo wciąż jeszcze nie mogę wysuszyć włosów na szczotkę tak jak lubiłam,bo lewa ręka tej szczotki jeszcze nie chce utrzymać… Bo po kąpieli i wszystkich tych łazienkowych czynnościach jestem tak zmęczona, że mogłabym się z powrotem położyć. Bo próby układania czegoś na półce kończą się wkurwem na maksa, bo te cholerne ciuchy jakoś mi się rozwalają w rękach a książki upadają na podłogę. Bo najchętniej chodziłabym non stop w dresach, bo cholernie ciężko założyć rajstopy i dopiąć sukienki na powiększonym ciele. Właśnie. Zwiększenie wagi wymykające się spod kontroli i skutkujące brakiem połowy garderoby łącznie z ukochanymi riskowymi sukienkami o spodniach nie wspomnę. A tak bym chciała znów zrobić się na bóstwo.  I żeby On zobaczył mnie taką zrobioną i elegancką w całości a nie musiał ciągle czegoś dopinać czy poprawiać. A wciąż jest mi potrzebny do codzienności, bo jeden stanik zapnę sama ale drugiego już nie, bo nie za długo mogę stać przy desce i prasować wiec wciąż ubieram to samo, bo reszta nie dość, że za mała to pognieciona po prostu. Bo nie mogę przemóc strachu przed prowadzeniem auta, z resztą stopa jeszcze nie radzi sobie ze sprzęgłem a tak bym chciała sobie sama gdzieś pojechać, ot tak dla kaprysu… Bo nawet poruszanie się po mieście komunikacją wzbudza mój strach. Boję się wyjść sama bez ostoi Jego rąk. Bo w łóżku brak mi elegancji i lekkości i czuję się jak żaba, na dodatek otłuszczona… Bo nie zgodziłam się na ten udar i nadal nie godzę. Bo go nie akceptuje a przez to i siebie samej… Bo Sylwia perfekcjonistka nagle wyparowała i nie umiem jej zastąpić…A jednak siedzi gdzieś tam  w środku i marudzi..Bo.Bo nie lubię swojego odbicia w lustrze… Bo chciałabym już wrócić do pracy, głównie ze względu na kasę, której brak, ale przecież nie dam jeszcze rady ogarnąć wszystkich obowiązków. .. Bo chyba odwołamy uroczysty ślub z weselem  żeby nie spłacać kredytu przez ileś tam lat a poza tym przecież dla Tomka to i tak byłoby to spełnienie tylko mojego kaprysu…

EDYCJA Nie napisałam jeszcze o strachu, który mi towarzyszy od grudnia właściwie non stop. O paroksyzmie strachu gdy tylko trochę zaboli głowa czy zdrętwieje policzek. O przerażeniu i wizjach powtórnego udaru. O strachu, który utrudnia chodzenie bo strasznie boję się znów skręcić kostkę i chodzę zbyt ostrożnie. O baniu się samotności, bo kto mnie wtedy uratuje… O strachu przed długą podróżą… O tym co komplikuje normalność i ogranicza. O tym czego do tej pory nie doświadczałam,bo przecież nie bałam się niczego. Albo inaczej nie zdawałam sobie sprawy ze swoich strachów a teraz mam je materialnie obok…

Ile można patrzeć wstecz…

Chciałabym już niczego nie rozpamiętywać, nie wgapiać się już w znalezione przypadkiem zdjęcia, w pokazane na fejsie wspomnienia sprzed iluś lat, nie wracać do tego co jak powiedział ostatnio S. jest już przecież zamknięte. Nie poruszać bolących wspomnień a przede wszystkim przestać odczuwać ten ból… Mam dobre życie, pomimo wszystko, jasne, kurewsko dużo przeszłam ale co z tego? Mam zajebistego faceta obok, fajne mieszkanie, przyjaciół, świetnego Syna…Odzyskałam już ogromną część sprawności, a odczuwane dolegliwości da się znieść przecież… Przecież inni mają gorzej…. Tylko za cholerę nie mogę się pogodzić ze skutkami tej pieprzonej choroby i tego cholernego rozwodu…Nie akceptuję siebie z piętnem udaru i rozwódki…. Nie pogodziłam się ze zmianą, ze stratą… Z utratą domu, rodziny, psa…. Pieprzonych winogron i róż, wspaniałych sąsiadów tuż obok…. Wieczornego nieba pełnego gwiazd, zapachu mokrej trawy, lawendowego pola na ścianie łazienki, ukochanego stołu…. Tęsknię za zapachami, głosami, dźwiękami, smakami…. Jak długo jeszcze? Co mam zrobić żeby przestać? Poradźcie coś bo wariuje…. Chcę żyć tu i teraz, cieszyć się tym co mam, co przynosi dzień… Kochać bezgranicznie i bez opamiętania… Bo On jest tego wart…. Chcę żeby się już nie martwił, o mnie, o nas, o pieniądze…. Chcę żeby był szczęśliwy… A ja razem z Nim…

List do S. Tylko bez nadinterpretacji….

Był sławny „List do M.”to teraz będzie do S. Synku mój najukochańszy… Już widzę jak się krzywisz…Muszę do Ciebie napisać, bo nie jestem w stanie w tej chwili normalnie z Tobą porozmawiać. Zbyt w Nas buzują emocje, mnie ściska w gardle i łzy ściekają po policzkach… A Ty negujesz wszystko co mówię i próbuję Ci przekazać i wściekasz się za te łzy, a ja nie umiem ich powstrzymać… chyba jeszcze nie dorośliśmy do tej rozmowy… A ponieważ już raz przestraszyłam się śmierci i wiem jak niespodziewanie przychodzi i jak szybko zmienia nasze plany wolę napisać do Ciebie parę słów, które nie zginą. I upoważniam niniejszym Was moi drodzy czytelnicy do wpuszczenia dziecka mego na ten teren , gdy nadejdzie taka potrzeba…i może to zrobić każdy z Was gdy uzna,że jest na to moment. Oczywiście gdy sama już nie będę mogła o tym zdecydować. Ufam Wam… Zatem. Mój Drogi, przede wszystkim chciałabym Cię prosić o wybaczenie. Że nie byłam taką matką jaka sprostałaby Twoim oczekiwaniom. Że myliłam się ciągle, że byłam agresywna i zła, że płaciłeś za niespełnione marzenia i nieudane życie miłosne. Że byłeś świadkiem rozpadu naszej rodziny przez tyle lat, a przede wszystkim, że porzuciłam Cię dla durnego zatrzepotania serca i głowy , że śmiałam wyrzec się Ciebie, uciec przed byciem matką, że zapłaciłeś za moją niedojrzałość i niewyleczone traumy. Nie usprawiedliwia mnie to czego się dowiesz z tego bloga. Fakt spieprzonego w dzieciństwie poczucia moralności , mylenia wiecznego pożądania z miłością, szukania wciąż i wciąż od nowa czegoś co nieznajdywalne…Ojciec mnie wypaczył. Niestety zbyt późno dotarły do mnie konsekwencje Jego błędów. Zbyt dużo procentów przyswoiłam po drodze. Tak , to prawda, nie planowałam macierzyństwa ani małżeństwa. Ale to na prawdę nie znaczy , że nie kochałam Cię od chwili kiedy Cię ujrzałam a nawet wcześniej gdy byłeś tylko rojem motylków w moim brzuchu…twoje piękne granatowe oczy, Twoje paluszki zaciskające się na moich, Twoja zależność od nas… potem Twój indywidualizm od pierwszych słów wypowiadanych, własnoręcznie od zawsze obierany kierunek, Twoja nieugięta chęć samodecydowania i samoistnienia…. Niełatwo Cię kochać… Z Twoim obruszaniem się na każdy dotyk czy przejaw troski…. A kocham Cię całym sercem… Oddałabym Ci świat zapakowany w kokardkę, wyprostowałabym każdy zakręt na życiowej drodze, usunęła każdy kolec, wyeliminowała każdą bakterię czy wirus latający wokół, odsunęła wszystkich krzywdzących Cię ludzi… Nie do zrobienia, wiem…Już zawsze będę drżała o Twoje bezpieczeństwo… W taki sposob kocham… Nie umiem inaczej… Choć zmuszam samą siebie wciąż i wciąż od nowa do odpuszczania, odsuwania się, puszczania Cię wolno…. Kochanie postaraj się mnie zrozumieć, jesteś sensem mojego istnienia, moim głównym powodem do życia, do walki…. Byłeś inspiracją moich życiowych zmian, dla Ciebie także wytrzeźwiałam, także dla Ciebie robiłam pierwsze kroki w szpitalu… Żebyśmy mieli szansę na normalną rozmowę kiedyś, żebym mogła kiedyś wytłumaczyć , wyjaśnić….żebym mogła iść jeszcze kiedyś z Tobą niekoniecznie za rękę… Wiesz czemu wciąż chcę Cię przytulać ? Bo pragnę nadrobić ten czas kiedy bałam się to robić, żyłam w strachu, że to co zrobił mój Ojciec zaraźliwe było i w jakiś sposób przeszło na mnie, bałam się zrobić Ci krzywdę… Tym bardziej , że przy ciągłej nieobecności Ojca Twego , na Ciebie podświadomie kładłam rolę faceta w domu…A przecież miałeś być dzieckiem….Może dlatego wciąż nie mogę przestać traktować Cię jak dziecko… Najdroższy , dużo w tej naszej relacji bólu, nieprawidłowości, kłamstw, przemocy… Mam nadzieję, że zanim przeczytasz te słowa zdążymy coś naprawić… że znów mi zaufasz i uwierzysz i zaakceptujesz to , kim się po udarze i przejściach zeszłego roku stałam…. Kocham Cię i modlę się za Ciebie i Twój świat…

Samotność z wyboru,od urodzenia…

hiper-samotnosc nnFizycznie nie jestem sama… Mam Jego, mam przyjaciół sprawdzonych juz niejednokrotnie, gotowych na rozpaczliwe wezwanie, jak w zeszłym roku „pojechał sam do Paryża,pomocy !!”, rzucić wszystko i poświęcić mi swój czas, mam Syna ukochanego, jedynego, trudnego w swej niezależności i niechęci do dzielenia się swoim światem, mam Mamę, z którą dobrze nam ostatnio bardzo, mam Siostrę nierodzoną, daleko ale rozumiejącą wiele i wspierającą bardzo, ale pomimo tych wszystkich ukochanych osób, przychodzą momenty kiedy czuję się samotna… czy dlatego, że świat moich wewnętrznych przemyśleń skomplikowany jest i oplata moje wnętrze mnóstwem odnóg, czy dlatego,że tyle lat czułam się jednak samotna ze swoimi traumami, których nikt nie rozumiał, że działa gdzieś jeszcze przyzwyczajenie wieloletnie ,czy może po prostu jest we mnie jakaś samotność wrodzona, stanowiąca cześć mojego charakteru, duszy mojej…. lubię czasem być sama, nabieram wtedy dystansu jakiegoś, mam czas, żeby spojrzeć na wszystko z odległości, wyostrzyć swoje błędy, potknięcia, nawyki niekoniecznie pozytywne, powiedzieć sobie w twarz „przestań, weź się w garść,  jest lepiej niż mogłoby być, doceń to co wokół , nie lataj w kosmos ,utnij „a gdyby” , zaakceptuj nieodwracalne….” I mimo , że brak mi ciepła Jego dłoni , oddycham ciut głębiej i sprawdzam, że daję radę choć na tak maleńkim polu… Lubię czasem ugotować coś tylko dla siebie, wziąć długą samotną kąpiel, wyspać się za wsze czasy, polenić bez wyrzutów sumienia, gdybym tylko jeszcze  mogła wsiąść w samochód, pojechać do lasu potulić brzozy, pójść samej do kina czy na obiad,odwiedzić kogoś niespodziewanie i bez zapowiedzi, pojechać stanąć przy grobie Norusi i pogadać do niej ciut….cierpliwości mi trzeba…

Bagaże przeszłości nie pozwalają się wyrzucić. Czasem tylko na chwilę zostają w przechowalni…

24.06.2017. 21sze urodziny mojego Syna. Kawał czasu… I odrobina refleksji… Ja w Jego wieku byłam w trzecim miesiącu ciąży , miesiąc przed ślubem… Czy pamiętam co czułam? Strach na pewno ale i radość z rozwijającego się we mnie nowego życia… Tak bardzo chciałam być dobrą mamą…No cóż… Chyba nie za bardzo mi się udało… Byłam zbyt dużą egoistką, za dużo nie przepracowanych traum, za dużo niewiadomych…Nie pogodzona ze sobą , pełna kompleksów, niepewna, bezkompromisowa…Udająca sama przed sobą… Grająca zimną sukę… Jak ktoś taki mógł dobrze wychować dziecko…To w sumie cud, że jest kim jest,że przetrwał, nie pobłądził…Bardzo chciałabym kiedyś z Nim poważnie porozmawiać, o Jego dzieciństwie, o swoich błędach, wytłumaczyć się, poważnie przeprosić…Bardzo chciałabym żeby kiedyś zechciał pogrzebać w przeszłości… Wiem przecież jak bardzo ciągną się za nami takie sprawy…Kocham moje Dziecko nad życie, pragnę dla Niego wszystkiego co najlepsze….Pragnę żeby był szczęśliwy…. Modlę się za to w bezsenne noce…