Królowa łez…

„Straciłam swój własny głos wobec prostych prawd

Przybita niechęcią do ludzkich trosk i spraw

Zegary cofają się wciąż do starych lat

Boleśnie przemijam… Ot tak…

(…) Zmęczenie zniewala mnie

Nuda pcha do bzdur…”

Dziś na nowo odkryłam tą piosenkę i znalazłam w niej inne treści niż w 2016 roku.

Jestem przybita. Jesienią, monotonią kolejnych dni, stanem finansów, brakiem perspektyw zatrudnienia w miejscu, w którym jestem na stażu, ludźmi ogólnie… Wstaje jak jest ciemno, wracam jak jest ciemno, odsypiam zmęczenie pracą i dzień za dniem znika… Tomek akurat ciągle w rozjazdach… Waga rośnie kilogram za kilogramem z każdym zjedzonym ciastkiem do kawy, chodzę kiepsko bo nie ćwiczę, nie ćwiczę bo samej mi się nie chce a na Olę mnie aktualnie nie stać… Samotność mi doskwiera. Brak grupy przyjaciół do spotkania na kawie częściej niż raz na parę miesięcy, do wspólnego wyjścia do kina, skoczenia na miasto, nawet wyjazdu gdzieś razem… Trzymane na siłę kontakty mnie nie satysfakcjonują, ludzie mają swoje życia, kłopoty, zajęcia.. Nikt już do nikogo nie wpada niespodziewanie bez zapowiedzi czy zaproszenia, nikt nie wpada z urodzinowyn kwiatkiem na kawałek urodzinowego tortu. Do tego jeszcze permanentny brak Kaja w moim życiu.  Odciął się całkowicie a mnie się już nie chce walczyć o Jego miłość i uwagę.. Wiosno nadejdź a wcześniej wyjazd do sanatorium może mnie nieco oderwie od ponurej codzienności… Chcę czegoś a nie wiem czego.. Brak mi adrenaliny, wyzwań, przygód… Odzywa się dawna natura uspiona chorobą…

Smutek…

Trochę mi dziś smutno. Nie za bardzo. Tak w chwilach pomiędzy innymi. Pomiędzy pracą, Freją a snem. Nie wiem jak długo jeszcze będę odczuwać smutek na myśl o swoim dawnym życiu. Czy kiedyś przestanie boleć to, co się nieudało, co nie wyszło, co okazało się porażką? Czy kiedyś przestanę odczuwać tak głęboki smutek w chwilach refleksji? Nie żal tylko właśnie smutek… Paradoksalnie nie ma to jakby nic wspólnego z aktualnym szczęściem, z momentami, kiedy aż mnie zatyka od poczucia jak kocham i jak jestem kochana… To idzie jakby obok, równolegle… Tak jakby wciąż we mnie był i czasem wypływał na wierzch, zupełnie niezależnie od okoliczności… Dziś dorwał mnie w samochodzie, pośród setki innych myśli, nagle przyszło jakieś wspomnienie a po nim smutek… Nie jest on już co prawda pochlaniającym mrokiem, tylko cieniem jakimś chwilowym… Ale jest… Mimo upływu dni, miesięcy, lat… Może dobrze, że jest? Może jest dowodem na refleksję, wyciąganie wniosków, może jest po prostu wynikiem życia mojego… Może zawsze gdzieś tam był, inny w swej treści ale tak samo smutny? Może jest, był i będzie nieodłącznym już towarzyszem?

Porażki..

Nie sprawdziłam się jako pierwsza żona, nie sprawdziłam się jako matka, zawiodłam tyle razy, że w sumie wciąż się dziwię, że oddycham… Nie naprawię już żadnej z tych rzeczy…. Mogę tylko żyć swoim nowym życiem tu i teraz i modlić się żeby już więcej nie zawieść… Cieszyć się z chwili zabawy z psem, uwielbiać Tomasza i szanować go i wspierać tak jak nigdy nie robiłam tego wobec Sebastiana. I błagać Boga żeby kiedyś pogodził mnie z Synem… Bo drugiego mieć nie będę… Żeby pomógł mi nie popełniać tych samych błędów, nie dać się sprowokować, nie reagować impulsywnie, móc przemyśleć każde słowo w rozmowie, kochać Go wreszcie za to, że jest a nie jaki jest. Magda, sąsiadka z dołu, której syn zabił się po zawodzie miłosnym parę lat temu i którego zwłoki zbierała w częściach z torów ostatnio powiedziała „Sylwia ale Go masz.”. Aż mi się głupio zrobiło. To prawda mam ale przecież jakby Go nie było… Mam i nie mam… Mam i za każdym razem nie umiem normalnie z Nim pobyć,porozmawiać… I za każdym razem wyję z żalu i wściekłości na samą siebie… Mój Syn. Mój największy sukces i moja największa życiowa porażka…

I znów dziwię się zmianom…

Dokładnie rok temu wróciłam do pracy po chorobie. Rok później już jej nie mam… Zdecydowałam się na sąd choć szkoda mi kasy na prawnika i nie jestem przekonana czy się uda. A tak chodzę na rozmowy, wysyłam oferty, długo śpię, tęsknię za Tomaszkiem, który w delegacji, obżeram się truskawkami ale w sumie jakoś mi nie bardzo… Boję się, że nikt mnie nie zatrudni. Brak twardych, konkretnych umiejętności. Co z tego, że przebojowa, kontaktowa, inteligentna? Spiep…m sobie ścieżkę zawodowa już dawno, pewnie wtedy kiedy zrezygnowałam ze studiów. Nigdy specjalnie nie lubiłam się uczyć… Może poszukam jakiś kursów, choć za free to chyba tylko jako oficjalnie zarejestrowana bezrobotna. Chcę mi się powrotu na wakacje, morza, plaży.. Albo chociaż wyjazdów jakiś… Boże pomóż i tym razem. Odnaleźć sens i wiarę w siebie i motywację i chęci do zmian…

Norka..

Przypadkiem obejrzane zdjęcie na insta Kaja jest powodem tego posta.. Nora… Tęsknię za nią mocno wciąż mimo upływu czasu… Była wyjątkowa. Ciepła uważna wierna kochana mądra zabawna.Siedziala przy mnie z łbem na kolanach jak wyłam po ojcu, siadała cierpliwie obok na spacerze czekając aż minie mi szloch i atak paniki po rozstaniu z Sebą, nie zapomnę tego szeroko uśmiechniętego pyska na spacerze w lesie kiedy każdy patyczek był jej. Kiedy pozwalaliśmy jej zamoczyć dupkę w jakimś potoczku. Miny nieszczęśliwej kiedy wsadzaliśmy ją do wanny i potem szalonego kołowrotka na ogrodzie po kąpieli. Podgryzania Kajowych pięt i spodni jak była malutka. Szaleństw podłogowych z Sebastianem, uwielbiała go. Głośnego „gadania” na przywitanie Mamy z Ojcem potem z Zygmuntem. Ogona zrzucającego wszystko z ławy. Poduszek pachnących psem. Zapachu psich łap. Krecika od kluczy noszonego z dumą w pysku podczas powrotu ze spaceru. Biegu przy rowerze kiedy była młodsza. Obrony swoich ludzi podczas incydentu z jakimś durnym wsiokiem, który wyskoczył na nas drąc się i machając łapami. Do dziś pamiętam wyszczerzone białe zęby i gardłowy warkot. Cierpliwość wielką przy wszystkich weterynaryjnych zabiegach. Mój strach jak odpływała po narkozie przed jakąś kolejną operacją. Pamiętam jak się z Tatą lubili. Na początku mieściła mu się na dłoni. Kiedy odszedł a Seba przywiózł ją do Łodzi pobiegła do sypialni głośno węsząc. Zawsze głodny wzrok podczas każdego naszego posiłku. Wymowne patrzenie na zegar kiedy przychodziła pora jej jedzenia. Poranne stukanie pazurów na panelach. Jedwabista delikatność sierści w jednym miejscu na nosie. Klapiastość ciągle chorych uszu. Otrzepywanie się po kąpieli w jeziorze jak najbliżej któregoś z nas. Kochałam ją całym sercem a jednak zostawiałam samą uciekając z domu, z którego wszyscy się wyprowadzili. Kochałam ten wzrok, który wszystko rozumiał. Już wiem, że nikt mi jej nie zastąpi. Była tak idealnym psim towarzyszem, że nawet obawiam się zbyt wysoko podniesionej poprzeczki dla następcy. Niunia strasznie chciałabym jeszcze kiedyś cię przytulić….i chciałabym żebyś wiedziała jak mi przykro, że nie umiałam Cię uratować,ze do dziś męczą mnie pytania co jeszcze można było zrobić, że myśl o tym jak chłopcy zakopywali Twoje zimne już ciałko dręczy mnie do dziś, że oddałabym wiele, żebyś….

Synu…

 

To nieprawda, że miłość rodzicielska jest bezwarunkowa i bezkrytyczna. Przynajmniej moja nie jest. Jasne, że gdzieś tam w głębi wybaczam wszystko i jestem gotowa w każdej chwili wyciągnąć rękę. Ale nie chcę zgodzić się na Twój stosunek do mnie. Nie pozwolę Ci obarczyć mnie winą za wszystko. Nie pozwolę się traktować jak worek do bicia. Mam wobec Ciebie oczekiwania i chyba po raz pierwszy to powiedziałam. Czy teraz Cię stracę? Czy całkowita akceptacja Ciebie jest ceną za Twoją miłość? Ja nie jestem gotowa jej zapłacić…. Przykro mi…

Miłość… Wcale wszystkiego nie wybacza…

Coraz częściej doświadczając różnych jej przejawów wobec Tomka i od Niego dochodzę do wniosku, że to co było między mną a Sebą nawet jeśli na początku miłością było to potem zmieniło się w jakąś hydrę bezkształtną, którą przyzwyczaiłam się miłością nazywać. Przykro mi, bo zasługiwaliśmy na więcej, oboje, no i Syna chowałam w takim czymś dziwnym. Nie nauczyłam Go miłości… Przepraszam Kochanie…. Nie mówiłam o miłości, nie mówiłam komplementów, nie cieszyłam się razem z Byłym z Jego sukcesów, nie chwaliłam nie mówiąc już o zachwycie czy podziękowaniu. Przyjmowałam wszystko co mi dawał jak naturalny Jego obowiązek, jeszcze mało mi było. Często łapałam się na myśli o tym, że mi się nie podoba, nie fascynuje mnie, nie pociąga. Tomasz przysyła mi swoje zdjęcie a ja mięknę i zgrzytam zębami z tęsknoty. Jestem z Niego dumna. Chwalę Jego sukcesy w pracy. Przepraszam jak coś spitolę, dziękuję za to co dla mnie robi. Oczywiście żremy się czasem ale nawet te kłótnie są inne, nie ma w nich walki na siłę o zwycięstwo, nie ma chęci dokopania drugiej stronie za wszelką cenę. No i jest we mnie spokój. Nie boję się zdrady, kłamstwa, ufam i wierzę w 100 procentach. Tęsknię strasznie jak się rozstajemy, kocham Jego obecność przy mnie. Jestem niesamowicie i dogłębnie wdzięczna, że dano mi zaznać takiej Miłości, że przyszła do mnie wtedy, kiedy byłam na nią gotowa. Wiem oczywiście  że w miłości trzeba dwóch stron zaangażowania, że Seba nie był też wobec mnie zbyt wylewny, że to nie tylko moja wina. Po prostu czasem mi smutno jak o tym pomyślę.