Izolacja nie jest moim naturalnym stanem…

Wczoraj zerwałam się ze smyczy. Skuszona słońcem i temperaturą zaciągnęłam Tomka i Freję na spacer do lasu koło Dąbrówki. Godzina po lesie. Nie dość, że w moich ulubionych okolicach bo przecież wciąż kocham tamten las i zapach wspomnień to jeszcze las jako taki, który chyba nie tylko dzięki imieniu uwielbiam . Las wiosną zawsze mnie przyciągał. A śpiące lenistwo ostatnich dwóch tygodni musiało że mnie wyjść. Wracałam z językiem na wierzchu i prawie łzami w oczach ze zmęczenia. Freja polatała bez smyczy, swobodna, z nosem w patyczkach, oczami za każdym motylkiem. A potem zachciało mi się kwiatków. I pojechaliśmy do ogrodniczego. I tak, olałam zasady izolacji. Bo w sklepie jednak trochę ludzi było. Kupiłam bratki, stokrotki, tylko lawendę ominęłam tym razem, bo była brzydka. Po powrocie spałam jak zabita. Obudziłam się gdy już zmierzchało i przez następną godzinę te kwiatki sadziłam. Chyba schudłam przez to wszystko jakieś 500 g. Zmęczył mnie ten wczorajszy dzień ale tak zdrowo, poczułam się jakby świat nie stał w miejscu. Przez chwilę… Przez chwilę było normalnie…

Poniżej wklejam link do innego bloga. Bo to jest dokładnie to, co teraz myślę. To są moje wątpliwości i strachy…

Dlaczego akurat teraz warto porządnie posłać swoje łóżko

PMS…

W tym miesiącu mnie dopadł. Taki gigantyczny, z całym przekrojem emocji. Na pograniczu histerii. Fizyczne objawy tym razem wysiadają przy psychicznym odbiciu totalnym. Zła jak osa od pobudki w czwartek rano nie mogłam odnaleźć się w tym wściekłym szaleństwie. Zdumiona rynsztokiem wylewającym mi się z ust podczas porannej podróży autem do pracy zajrzałam w kalendarz i mnie oświeciło. Musiałam kontrolować się non stop a i tak zaliczyłam starcie z koleżanką, która akurat tego dnia zauważała moje pomyłki. Które dla mnie oczywiście pomyłkami nie były ty czepialska idiotko!!!! 😉 Dodatkowo zmęczenie i całkowity brak ochoty na cokolwiek poza czekoladą, najchętniej spałabym non stop budząc się tylko na siku i czekoladę. Wczoraj oberwalo się Tomkowi, który z uporem maniaka powtarza, że wykorzystuję to jako argument do bycia wredną (tak kochanie bo przecież uwielbiam taką być… Wrrrrr…). Dziś podpadła też Freja. Chyba była zdziwiona, że mogę na nią krzyczeć i że dostała po tyłku. Ale dziura w ulubionym dywanie i pysk w mojej sałatce to już było za dużo.

Gdzieś wyczytałam, że WHO debatuje nad uznaniem zespołu napięcia jako choroby. Stopień zaawansowania objawów bywa tak duży, że kobiety rzeczywiście podobno mogą nad tym nie panować (no really??). Ja proponuję stworzyć ośrodki odosobnienia dla nas w tym stanie, ale nie w sensie szpitala psychiatrycznego, bardziej pustelni gdzie ilość prawdopodobnych bodźcow zminimalizowano by jak najbardziej ograniczając ryzyko kontaktu z innymi ludźmi. I możliwość wzięcia L4 albo chociaż home office w tym najgorszym czasie bo to przecież i tak produktywność żadna. I koniecznie uczenie w szkołach młodych chłopaków, że ich koleżankom może się coś takiego przytrafić i że naprawdę świat się nie zawali a mężczyźni mogą tylko zyskać w naszych oczach kiedy przez te parę dni pozwolą nam nie wchodzić w  interakcje inne niż czułe objęcia albo dyskretne czuwanie z oddali.

Za Wikipedią : „Zespół napięcia przedmiesiączkowegoZNP(premenstrual syndrome, PMS) – zespół objawów fizycznych, emocjonalnych i psychicznych występujący od kilku do kilkunastu dni przed menstruacją. Bardzo często towarzyszy kobiecie również na jej początku. Nie jest pewne, co tak naprawdę wywołuje ZNP, jednak uważa się, że jest on skutkiem zaburzeń hormonalnych pod koniec cyklu miesiączkowego – nadmiernej produkcji estrogenów przy niedoborze progestagenów. Badania ostatnich lat wykazały, że u podłoża PMS leży działanie endogennych metabolitów progesteronu na poziomie ośrodkowego układu nerwowego. Czynniki genetyczne również mają znaczenie: przy występowaniu PMS-u jednego bliźnięcia, ryzyko wystąpienia PMS-u drugiego bliźnięcia jest dwa razy wyższe wśród bliźniąt jednojajowych niż dwujajowych.Opisanych zostało 150 objawów towarzyszących ZNP, oto najczęstsze z nich:

  • huśtawka nastrojów
  • rozdrażnienie
  • dysforia
  • agresja
  • depresja
  • płaczliwość
  • problemy z koncentracją i zapamiętywaniem
  • zmniejszona aktywność życiowa
  • uczucie zmęczenia
  • zmiana apetytu
  • bóle głowy
  • bóle pleców
  • bolesność piersi
  • zaparcia i wzdęcia
  • uczucie ciężkości, puchnięcia (głównie nóg i twarzy)
  • wzrost masy ciała od 2 do 4 kg
  • zaostrzenie alergii
  • wzmożone pocenie, uczucie gorąca
  • pogorszenie koordynacji ruchów
  • problemy ze wzrokiem
  • smutek
  • przygnębienie
  • rozczarowanie. „

Czym skorupka…

Miałam okazję przypomnieć sobie starą Sylwię… Sprzed udaru, sprzed AA. Ze starymi numerami, flirtem, sztuczkami  i całym tym wachlarzem, który towarzyszył mi gdy ruszałam w miasto. Okazało się, że to wszystko nadal we mnie jest i nadal działa. I do pewnego momentu nadal mnie kręci. Tak bardzo brak mi już dotyku i czułości, że podeszłam dość blisko granicy, którą kiedyś przekraczałam notorycznie. I zatrzymałam się przed nią. I poczułam całą gamę różnych uczuć na czele z tym, że nie chcę nigdy przenigdy zaryzykować utraty Tomka. Że On mi ufa i nie chcę tego zaufania zawieść. Że tak, tu i teraz mi źle i tu i teraz przez chwilę byłoby mi dobrze ale tam jest On i ja tylko tam z Nim chcę być do końca życia. I że to po prostu chwilowe zaćmienie i nic więcej. I ulżyło mi. Bo szczerze mówiąc bałam się tego, co mogę zrobić gdy znajdę się w takiej sytuacji. Ale kiedy człowiek jest trzeźwy i ma szansę zmierzyć się z samym sobą i rozpoznać swoje uczucia nie musi się bać.

Dotyk…

Z kolei jeden z moich braków tu w sanatorium daleko od domu. Brak mi przytulenia, głaskania, dotyku stopy pod kołdrą, wtulenia twarzy, ciepłej miękkości dłoni. Seksu też oczywiście ale właśnie chyba z tej dotykowej strony. Śnią mi się różne erotyczne konfiguracje, ale to nie zmniejsza tęsknoty, przeciwnie nasila potrzebę czułości. Stałam się po chorobie bardzo dotykowa, tulaśna.. Może zawsze taka byłam tylko seksem zagłuszałam głód czułości. W domu Freja oczywiście zaspokaja jakąś część tych pragnień ale to też nie wystarcza. Potrzebuję męskich ramion, oddechu na karku przed zaśnięciem, trzymania za rękę na spacerze, położonych stóp na kolanach… Aaaaa… Tęsknię….

 

Taniec…

To jedna z tych rzeczy, których brak mi najbardziej po chorobie… Uwielbiałam tańczyć. Muzyka, która była w moim stylu wypełniła mnie od czubka głowy po czubki palców u stóp. W jej rytm poruszały się biodra, stopy, ramiona… Uwielbiałam się wić, poruszać seksownie biodrami i pupą, czułam się wtedy bardzo seksowną kobietą, uwielbiałam swoim tańcem uwodzić. Od zawsze taniec kojarzył mi się też z seksem. Uważałam i chyba uważam do tej pory, że jaki kto jest na parkiecie taki i w łóżku. Bardzo dobrze pamiętam swoją ostatnią imprezę. Wypad z Sarą i Agą do klubu z muzyką latino. Każda z nas reprezentowała inny typ urody i tańca. Kurczę nawet pamiętam dokładnie jak byłam ubrana. Biała lekko prześwitująca mini sukienka, czarne sandałki na obcasie. Czarny OpenOffice od Riska. Spociłam się strasznie, nawet całowałam się z jakimś Wlochem gdzieś w kącie. Wróciłam około drugiej czy trzeciej do domu, jeszcze wtedy do Dąbrówki. Byłam samotna, nieszczęśliwa ale szczupła i wytańczona. Cóż… Widocznie rzeczywiście nie można mieć wszystkiego… Teraz mam 20 kg więcej, jestem szczęśliwa, zakochana i kochana, a na parkiecie czuję się kiepsko. Wkurza mnie, że lewa noga nie nadąża za prawą, a lewe biodro nie dołącza płynnie do prawego… Brakuje mi tego kociego ruchu własnych bioder… Skąd właśnie teraz te refleksje? A bo właśnie wróciłam z potańcówki w sąsiadującym z sanatorium pensjonacie. Wyszłam pierwsza chyba bo zmęczyło mnie powtarzające się w kółko disco polo. Choć muszę przyznać, że były kawałki z mojej młodości przy których czułam, że coś tam mi wraca w tym moim ciele… Bardzo chciałabym jeszcze kiedyś móc uwieść swoim tańcem Tomasza…

Pamięć fotograficzna

Kiedyś, chyba w jakimś filmie, padło stwierdzenie, że orki robią takie jakby zdjęcia temu co widzą, np.zapamietują w ten sposób ludzi.. Jestem zatem ludzką orką…

Ujęć mnóstwo. Klatek. Zatrzymanych w danym momencie. Część nieprzyjemnych, odpychanych jak tylko się pojawią, najczęściej te z ojcem w kontaktach raczej nie rodzicielskich. Klatka: noc, cisza, Jego oddech… Klatka: ja na Jego kolanach.. Klatka:oczy Seby podczas tej nocnej rozmowy… Klatka:oczy Kaja gdy Mu mówiłam, że się wyprowadzam. Klatka: zwłoki Taty wynoszone z mieszkania w Łodzi. Klatka: ostatni oddech Nory. Klatka: dławiący strach jak pogotowie wynosiło mnie z Dąbrówki i powtarzane do Tomka „powiedz Kajowi, że Go kocham”.

SA też milsze.. Klatka:granatowe oczy Kaja tuż po narodzinach, zapach Jego skóry przy karmieniu. Klatka: uśmiechnięte niebieskie oczy Tomka na mój widok na pierwszej randce. Klatka: Jego ciepłe ręce obejmujące mnie na pożegnanie. Klatka:Jego ciepła dłoń trzymająca moją w Piaskach gdy przy Nim zasypiałam chora w gorączce. Klatka: moje rozciagniete w uśmiechu policzki na naszym ślubie. Klatka:Kaj śpiewający Timberlake’a na jakichś tam dniach szkoły podstawowej. Klatka: uśmiechnięty pysk Nory na wiosennym spacerze w lesie. Klatka:strach wymieszany z radosnym oczekiwaniem tuż przed pierwszym ukłuciem igły na karku przy pierwszym tatuażu. Klatka: pierścionek zaręczynowy od Tomka na palcu i natychmiastowy telefon do Donaty, żeby się pochwalić. Klatka: czarny rozgwieżdżony kwadrat okna w dachu kajuty jachtu przed wypłynięciem jeszcze w pierwszym porcie w Chorwacji i zapach lawendy, którą Seba na mnie rozsypał przez to okno.

CDN.

Królowa łez…

„Straciłam swój własny głos wobec prostych prawd

Przybita niechęcią do ludzkich trosk i spraw

Zegary cofają się wciąż do starych lat

Boleśnie przemijam… Ot tak…

(…) Zmęczenie zniewala mnie

Nuda pcha do bzdur…”

Dziś na nowo odkryłam tą piosenkę i znalazłam w niej inne treści niż w 2016 roku.

Jestem przybita. Jesienią, monotonią kolejnych dni, stanem finansów, brakiem perspektyw zatrudnienia w miejscu, w którym jestem na stażu, ludźmi ogólnie… Wstaje jak jest ciemno, wracam jak jest ciemno, odsypiam zmęczenie pracą i dzień za dniem znika… Tomek akurat ciągle w rozjazdach… Waga rośnie kilogram za kilogramem z każdym zjedzonym ciastkiem do kawy, chodzę kiepsko bo nie ćwiczę, nie ćwiczę bo samej mi się nie chce a na Olę mnie aktualnie nie stać… Samotność mi doskwiera. Brak grupy przyjaciół do spotkania na kawie częściej niż raz na parę miesięcy, do wspólnego wyjścia do kina, skoczenia na miasto, nawet wyjazdu gdzieś razem… Trzymane na siłę kontakty mnie nie satysfakcjonują, ludzie mają swoje życia, kłopoty, zajęcia.. Nikt już do nikogo nie wpada niespodziewanie bez zapowiedzi czy zaproszenia, nikt nie wpada z urodzinowyn kwiatkiem na kawałek urodzinowego tortu. Do tego jeszcze permanentny brak Kaja w moim życiu.  Odciął się całkowicie a mnie się już nie chce walczyć o Jego miłość i uwagę.. Wiosno nadejdź a wcześniej wyjazd do sanatorium może mnie nieco oderwie od ponurej codzienności… Chcę czegoś a nie wiem czego.. Brak mi adrenaliny, wyzwań, przygód… Odzywa się dawna natura uspiona chorobą…

Smutek…

Trochę mi dziś smutno. Nie za bardzo. Tak w chwilach pomiędzy innymi. Pomiędzy pracą, Freją a snem. Nie wiem jak długo jeszcze będę odczuwać smutek na myśl o swoim dawnym życiu. Czy kiedyś przestanie boleć to, co się nieudało, co nie wyszło, co okazało się porażką? Czy kiedyś przestanę odczuwać tak głęboki smutek w chwilach refleksji? Nie żal tylko właśnie smutek… Paradoksalnie nie ma to jakby nic wspólnego z aktualnym szczęściem, z momentami, kiedy aż mnie zatyka od poczucia jak kocham i jak jestem kochana… To idzie jakby obok, równolegle… Tak jakby wciąż we mnie był i czasem wypływał na wierzch, zupełnie niezależnie od okoliczności… Dziś dorwał mnie w samochodzie, pośród setki innych myśli, nagle przyszło jakieś wspomnienie a po nim smutek… Nie jest on już co prawda pochlaniającym mrokiem, tylko cieniem jakimś chwilowym… Ale jest… Mimo upływu dni, miesięcy, lat… Może dobrze, że jest? Może jest dowodem na refleksję, wyciąganie wniosków, może jest po prostu wynikiem życia mojego… Może zawsze gdzieś tam był, inny w swej treści ale tak samo smutny? Może jest, był i będzie nieodłącznym już towarzyszem?

Porażki..

Nie sprawdziłam się jako pierwsza żona, nie sprawdziłam się jako matka, zawiodłam tyle razy, że w sumie wciąż się dziwię, że oddycham… Nie naprawię już żadnej z tych rzeczy…. Mogę tylko żyć swoim nowym życiem tu i teraz i modlić się żeby już więcej nie zawieść… Cieszyć się z chwili zabawy z psem, uwielbiać Tomasza i szanować go i wspierać tak jak nigdy nie robiłam tego wobec Sebastiana. I błagać Boga żeby kiedyś pogodził mnie z Synem… Bo drugiego mieć nie będę… Żeby pomógł mi nie popełniać tych samych błędów, nie dać się sprowokować, nie reagować impulsywnie, móc przemyśleć każde słowo w rozmowie, kochać Go wreszcie za to, że jest a nie jaki jest. Magda, sąsiadka z dołu, której syn zabił się po zawodzie miłosnym parę lat temu i którego zwłoki zbierała w częściach z torów ostatnio powiedziała „Sylwia ale Go masz.”. Aż mi się głupio zrobiło. To prawda mam ale przecież jakby Go nie było… Mam i nie mam… Mam i za każdym razem nie umiem normalnie z Nim pobyć,porozmawiać… I za każdym razem wyję z żalu i wściekłości na samą siebie… Mój Syn. Mój największy sukces i moja największa życiowa porażka…

I znów dziwię się zmianom…

Dokładnie rok temu wróciłam do pracy po chorobie. Rok później już jej nie mam… Zdecydowałam się na sąd choć szkoda mi kasy na prawnika i nie jestem przekonana czy się uda. A tak chodzę na rozmowy, wysyłam oferty, długo śpię, tęsknię za Tomaszkiem, który w delegacji, obżeram się truskawkami ale w sumie jakoś mi nie bardzo… Boję się, że nikt mnie nie zatrudni. Brak twardych, konkretnych umiejętności. Co z tego, że przebojowa, kontaktowa, inteligentna? Spiep…m sobie ścieżkę zawodowa już dawno, pewnie wtedy kiedy zrezygnowałam ze studiów. Nigdy specjalnie nie lubiłam się uczyć… Może poszukam jakiś kursów, choć za free to chyba tylko jako oficjalnie zarejestrowana bezrobotna. Chcę mi się powrotu na wakacje, morza, plaży.. Albo chociaż wyjazdów jakiś… Boże pomóż i tym razem. Odnaleźć sens i wiarę w siebie i motywację i chęci do zmian…