Plotą się nasze losy nieprzewidzianie…

Tak dobrze widzicie… To mój Były, z uśmiechem szamie obiad  podany przez moją Mamę a ja obok duszę się ze śmiechu. Tomaszek robił zdjęcie. Obok mnie, poza kadrem, siedziała moja była Teściowa… Tak nam się weekendowy pobyt w Łodzi rozpoczął…  Wrażenia? Cóż jeśli chodzi o Sebę to żadne… Współczuję mu mierzenia się z chorobą Mamy i tyle… I w sumie miło było zamienić parę słów, pożartować trochę… Nie chcę już Go nienawidzić… Za dużo czasu minęło, za dużo dobrego mnie spotkało, za dużo Nas kiedyś łączyło… Co mi z resztą przyszło z tej nienawiści?? Może w pewnym momencie była dla mnie motorem do działania. Teraz wolę móc spokojnie porozmawiać czasem, wiedzieć, że jakoś tam na siebie liczyć możemy, w mocno ograniczonym zakresie ale zawsze… Jedynie o Marcie nie jestem w stanie wciąż pozytywnego zdania w jakiejkolwiek kwestii… Wiem, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, co się stało, jednak… Cóż, może jeśli kiedyś się poznamy… Zadziwiające jest jednak takie spotkanie z perspektywy czasu…

Reklamy

RENTA i nie tylko….

Uff… Wczoraj wreszcie złożyłam w ZUS wniosek o rentę… Zaczęłam zbierać papiery w maju… Przy składaniu Pani mi odrzuciła wszystko, co nie było zgodne z ich wymaganiami. Czyli obniżą mi wyliczenia jeśli w ogóle przyznają bo nie uznają wszystkich miejsc pracy, z których nie dostarczyłam zaświadczeń o zatrudnieniu i wynagrodzeniu czyli druku ERP-7. Wystawienie go jest teoretycznie obowiązkiem każdego pracodawcy ale co jeśli tego pracodawcy nie można znaleźć? ZUS nie uznaje druków RMUA, które jeszcze nie dawno kazano nam zbierać właśnie po to, żeby mieć dowód na opłacanie składek przez pracodawcę. Podobno nie są one już dla ZUS-u dokumentem ważnym poza tym nie wynika z nich kwota zarobków brutto – jak nie wynika, wystarczy dodać do siebie wszystkie rubryczki.. Korci mnie zatrudnienie prawnika do wykłócania się z ZUS – byłby to proces na skalę ogólnopolską pewnie…  Nie można wstecz negować obowiązujących kiedyś ustaleń… Poza tym przecież ZUS ma po reformie dostęp do wszystkiego elektronicznie… Istnieje tam gdzieś moje konto gdzie wszystko powinno być zapisane… Ale oczywiście to ja jestem stroną, której bardziej zależy więc… Muszę przekopać wszystkie archiwa w kraju , bo np Host siedzibę miał w Warszawie a Fondamento-pol ( spółka krzak) we Wrocławiu. Z adresów, które w internecie są wciąż te same jak wtedy kiedy pracowałam moja korespondencja wraca nie podjęta. Archiwa państwowe nie maja danych. Z AM instalbud z Wysogotowa jutro będę prawdopodobnie czytać akta w KRS i wysyłać list na prywatny adres Prezesa. Karina z restauracji od miesiąca obiecuje mi zaświadczenie , w końcu wysłałam do niej oficjalne pismo. Szlag mnie trafia… Na dodatek jeszcze w pracy mnie stresują bo okazało się, że błędnie wypłacili mi w marcu kasę za L4 (którego tak na prawdę nie miałam bo było to świadczenie rehabilitacyjne – powołując się na obowiązek pracodawcy w płatności pierwszych 33 dni zwolnienia w roku). Kilka razy rozmawiałam wtedy z Szefem co to za pieniądze i czy na pewno mi się należą. Prawdopodobnie Biuro Rachunkowe wprowadziło Pana Romualda w błąd. Ponieważ byłam 5 dni na zwolnieniu w sierpniu kazano mi wysłać zawiadomienie do ZUS, ze to oni maja zapłacić za moje chorobowe – oczywiście ZUS nie ma takiego zamiaru, wobec tego biuro wymyśliło sobie, że ponieważ dostałam te pieniądze nie należnie to powinno mi się je odliczyć od wynagrodzenia za sierpień czyli dostanę przelew na 10 zł z groszami!!! Absolutnie się na to nie zgadzam! Dlaczego mam ponieść karę za nie swój błąd?? I jak mam  przeżyć miesiąc za 10 zł?? Własnie skończyłam pisać maila do poznańskiego PIP-u z zapytaniem czy mam jakąś możliwość obrony. Jak się okaże, że nie mam wyjścia i Szef rzeczywiście każe mi oddać te pieniądze to chyba przestane być tak lojalnym pracownikiem jak do tej pory. I chyba na czas październikowej rehabilitacji w MSWiA wezmę L4, skoro mam do niego prawo… Wkurza mnie to wszystko… EDYCJA!! Jestem mega idiotką jeśli przez chwilę choć mogłam pomyśleć, ze Szef będzie mnie chciał w jakikolwiek sposób skrzywdzić. Mimo tylu pozytywnych z Nim doświadczeń zwątpiłam… i teraz mi wstyd…

Nie wiem jaki wybrać tytuł bo jeszcze nie wiem o czym będzie ten wpis. Miał zacząć się od pytania: Jak Wy zaczynacie swój dzień? Ja od leków. Nawet jak wstanę zmuszona fizjologicznie o 3 w nocy lecę połknąć Euthyrox bo wyczytałam gdzież, że nie dość, że na czczo to jeszcze 4 godziny przed innymi lekami… Po odespaniu jeszcze paru godzin jedną ręką nastawiam kawę a drugą skrupulatnie pakuje w pudełeczko pastylki różnokolorowe i różnowielkościowe. Kończę połykanie ich już w pracy bo staram się nie wszystkie naraz, zatkało by mnie przecież jak już nieraz bywało…. Ilość ich znów ostatnio wzrosła, po infekcji więcej suplementów, Koenzym Q10 i magnez, biotyna na znów wypadające włosy, przy ostatnich ciągłych bólach głowy dodana dawka dzienna Baclofenu plus jakiś niesterydowy przeciwzapalny…Głowa zamknięta w obręczy ucisku od dwóch prawie tygodni non stop ciąży opadając,  czasem dochodzi ból nad brwiami, czoło ściska jakoś, czasem na uszy się rzuca tracąc jakby słuch w jednym, boję się tego bólu nie uspokojona wcale słowami przystojnego neurologa, że to napięciowy ból i nie ma oznak czegoś groźniejszego… Ciało znów mi jakieś sygnały daje, ze coś mu nie pasuje… Osłabione, kobieco-hormonalnie szaleje, skóra pokrywa się jakąś wysypką, egzemą pomiędzy palcami… Obawiam się, że 8 godzin za biurkiem, przy kompie, niekoniecznie zapracowane bo czasem zajęcia służbowego brak i nadrabiam zabijając czas kolejnymi wpisami na bloga czy dobieraniem motylków w pary, otóż obawiam się, że zmusi mnie ciało do skrócenia czasu pracy… Nie wiem jak rozegrać sprawę wynagrodzenia bo przecież ilość obowiązków pozostanie ta sama… Czekam jeszcze jak na zlitowanie na decyzję Sądu i ocenę powtórną mojej niepełnosprawności… Może uda się urwać oficjalnie godzinę z etatu…

 

Śmierć nadejdzie jutro….

Zaleciało Bondem… Może dlatego, że dopiero co obejrzałam ponownie Spectre. Błękitnooki Niepokonany Blondyn znów uciekał przed śmiercią właśnie…

Ale nie o filmowy kontekst mi dziś chodzi tylko ten najprostszy, ludzki..  Moja Babcia umiera… Tzn. w przypadku Ziuty nic nie jest pewne. Aktorka, której życiową rolą jest udawanie kogoś innego w innej rzeczywistości, z inną przeszłością…jutro może podnieść się z łóżka i stwierdzić, że to jeszcze nie jej czas. Jednak kruchość i chudość jej ciała, bladość zapadniętych policzków, świszczący ciężki oddech, zamglone nieprzytomny nierozpoznające nas spojrzenie świadczą raczej o powolnym odchodzeniu. Odmawia jedzenia, czasem leków, Woła swoją zmarłą dawno mamę, choć nadal bluźni i przeklina swoją jedyną córkę, która chyba nigdy nie spełniała jej oczekiwań… Że wyrzuciła, porzuciła, okradła… Modliłam się wczoraj o śmierć dla Niej… Leżąc nieprzytomnie w dusznym zaciemnionym pokoju w domu opieki i tak już niczego innego oczekiwać nie może… Smutne to..  Pomimo iż nie ma we mnie miłości do Babci, typowych uczuć wnuczki żadnych, jest niechęć i żal za jej wredny charakter, obrażanie, kłamstwa itp Jednak wizja ostateczności łagodzi te uczucia i nawet przytuliłam Ją wczoraj tak od serca i ze współczuciem. Miała ciężkie życie to prawda.. Utrata bliskich w czasie wojny, roboty w Niemczech, trudne małżeństwo, rozwód, samotne macierzyństwo… Plus lodowate serce, brak macierzyńskich uczuć serdecznych, złośliwe docinki, zazdrość szczęścia innych… Ojcu mojemu już w chorobie powiedziała, że to kara za grzechy… Nawet mnie to do głowy nie przyszło…. Teraz zamknięta w czterech ścianach własnego ciała i umysłu odchodzi przekonana o własnej krzywdzie, zapieczona w złości i może nawet nienawiści… Zatruwając nawet te ostatnie chwile swojej córce i zostawiając ją w świadomości niekochania i niesprawiedliwych oskarżeń…. Nawet Śmierć jej nie potrafi przekonać… Smutne…

Ku większemu optymizmowi…

Mam ostatnio okazję do weryfikowania stanu swojego poudarowego zdrowia z innymi udarowcami. Co prawda głównie wirtualnie ale zawsze. Dziewczyna, którą nazwałam udarową siostrą, sprowokowana naszą wymianą zdań na ten temat napisała genialny tekst, który mną dość mocno wstrząsnął , na tyle mocno, że zebrałam dziś dupę w troki z wyra przed południem ( jest czego gratulować, uwierzcie) z zamiarem zrobienia czegoś pożytecznego. Zaczynam od tego wpisu, żeby mi nie uleciało to co mi się w głowie kłębi, potem będzie odwołanie do Powiatowego Zespołu ds. Orzekania o Niepełnosprawności – dostałam stopień lekki tyle, że nic mi on nie daję więc spróbuję jeszcze powalczyć, potem będzie spacer po przesyłkę do paczkomatu – przyjechały ślubne ozdoby samochodu (!!), potem będzie odkurzanie, obiad już w piekarniku, a potem będę czekać na zaproszenia, które dziś mają dowieźć – a więc niedługo będę wysyłać!! Kręcą mnie te wszystkie drobne przygotowania do ślubu bardzo….

Ale do rzeczy… Oto link do wpisu lewaczki

http://lewaczka.pl/opinia-innych-cie-widza-cie-widza/

Poczytajcie trochę, to bardzo mądra dziewczyna jest…

I w związku z tym – taa… no przecież wiem, że zrobiłam postępy, że jest o niebo lepiej niż było albo mogło być. że w końcu poruszam się sama i choć nadal dość szybko się męczę, to tak naprawdę muszę przyznać, że w tej chwili najbardziej dokucza mi jednak ociężałość umysłowa i jakaś taka wewnętrzna niechęć do jakiegokolwiek działania… Spać mogłabym prawie non stop – co z resztą czynię jak tylko Tomaszek wyjeżdża w delegację, Netflix jest ostatnio jedyną rozrywką, aż się zastanawiam czy jednak się go nie pozbyć…. Chciałabym żeby los po raz kolejny zmusił mnie do jakiegoś wysiłku, marzę o tym, żeby firma jednak nie zakończyła działalności i żebym miała gdzie i do czego wracać. Stać się znów przydatna, pożyć życiem innym, służbowym, wyjechać w jakąś delegację, pójść na służbowe spotkanie w większym gronie, musieć ubrać się w koszulę i umalować…Znów przekonać się, że są rzeczy w których jestem dobra….

Chciałam wkleić filmik z rehabilitacji, jeszcze w szpitalu, krótko po udarze, jeszcze w pampersie, z Olą ćwiczącą trochę za mnie. Ku pamięci i pokrzepieniu…Niestety bezpłatna subskrypcja nie pozwala na udostępnianie filmów więc…

może link do posta na fejsie?

https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=1626910637345765&id=100000805347005

 

 

 

 

Seks po udarze…

Pomysł na ten post  zaczerpnęłam z bloga lewaczki, o którym już wspominałam. Nazwałam ją nawet swoją udarową młodszą siostrą. Żałuję, że na żywo nie mam kontaktu z udarowcami, chciałabym czasem wymienić się doświadczeniami, poradzić lub doradzić. Ktoś, kto przeżywa udar nie wiedząc o nim nic ponad to, co przemknie w tv czy necie jest bardzo zagubiony i takie udarowe rodzeństwo mogłoby bardzo pomóc. Tak myślę… Mnie pomaga…

Ale do rzeczy.. Ci co mnie znają osobiście ale również Ci, co mnie czytają od jakiegoś czasu wiedzą, że seks miał dla mnie zawsze duże znaczenie. Oczywiście wiele lat błądziłam i myliłam pojęcia, drogi, cele… A gdy w końcu odnalazłam sens i właściwy dla siebie sposób nie było mi dane zbyt długo się tym cieszyć. Udar zatrzymał mnie również i na tej drodze. Spotkanie Tomka, o czym już tu nie raz pisałam pokazało mi czym może być seks pomiędzy dwójką dorosłych kochających się i ufających sobie osób. Że nie musi być wyścigiem, manipulacją, środkiem, lecz celem samym w sobie, rozmową, kontynuacją uczucia… Oczywiście to, że może być świetną zabawą wiedziałam już wcześniej. Ale nigdy wcześniej nie czułam takiego luzu i beztroski. Zawsze miałam w głowie to jak wyglądam, czy jestem wystarczająco wydepilowana, czy dane światło odpowiednio mnie rzeźbi, czy bielizna jest wystarczająco seksowna. .. Nawet pierwsze doświadczenia z Michałem pomimo oczywistego zakochania były formą walki i wyścigu. Jak ja potrafiłam się wściekać nie dostając tego, czego chciałam. Nasze seksualne porażki wpłynęły na całe moje późniejsze seksualne życie… Tak samo jak doświadczenie molestowania… Z perspektywy czasu bardzo żałuję straconych lat także w tym obszarze. Tych gigantycznych nerwów, stresu, obaw, kłamstw, gierek… Seks z byłym mężem mimo tego, że zawsze mówiłam, że był udany, też był jakąś formą walki między nami… Szczególnie ten ostatni, akt żebrania o miłość w obliczu końca… Robi mi się cholernie przykro jak pomyślę ile w nim było rozpaczy i przerażenia…

Ale wróćmy do udaru… Ponieważ doznałam udaru podczas seksu jakiekolwiek nasze wyczyny seksualne po przerażały mnie wizją powtórki. Mimo iż ciało domagało się pieszczot i dotyku strasznie bałam się pójść na całość. Dlatego np pierwsza przepustka ze szpitala to była „tylko” jedna wielka czułość. Ale z naszymi temperamentami nie wytrzymalismy długo w zupełnym celibacie. Co prawda lodowate sale i łazienki szpitala w Piaskach nie sprzyjały zbytnio ale postanowiłam, że jakiekolwiek pierwsze seksualne doświadczenia po udarze muszą odbyć się na bezpiecznym gruncie z szybkim i bezpośrednim dostępem do lekarzy i sprzętu, na wszelki wypadek. Potem wspinałam się po schodach na 4 piętro bo ktoś powiedział, że z seksem po udarze jest jak po zawale, jak wejdziesz po schodach na 4 piętro i nie umrzesz to potem już Ci wolno go uprawiać..Weszłam zatem… Hulaj dusza… A właściwie ciało… No i zaczęły się schody ale nieco inne.. Okazało się, że udarowy strzał naruszył nie tylko to co widoczne na zewnątrz. Wszystkie moje mięśnie po lewej stronie zostały osłabione. No i trzeba było się nauczyć innych dróg i sposobów na satysfakcję. Od zawsze byłam kobietą potrzebującą dużo czasu i starań. Po udarze potrzebuje jeszcze więcej. . I cierpliwości… I czułości… Samozaparcia i luzu własnego, akceptacji ograniczeń fizycznych, no bo łóżkowe wygibasy w moim wykonaniu są już niestety mocno ograniczone. Nie zwisnę z żyrandola, noga słabsza dużo niż kiedyś nie pozwala na długodystansowe jeździectwo,  ręka lewa czasem wysiada, brzuch czasem przeszkadza… Ale miłość pomaga wszystko pokonać, odpowiedni partner u boku, którego zakochany wzrok dodaje skrzydeł a pożądliwe ręce pomagają na każdym kroku… Nawet pewnie nie zdaje sobie sprawy jak bardzo pomógł mi i w tym obszarze…

Reasumując… Udarowcu… Przyszykuj się na nowe wyzwania, długą walkę o orgazm, nowe ograniczenia, zaakceptuj zmiany, pokochaj nową/nowego siebie, ufaj i kochaj.. Wszystko w końcu jakoś się ułoży.  Nawet jeśli na innym boku niż dotychczas…

Ból paraliżuje i otępia…

Jestem kompletnie nieodporna na ból. Zarówno fizyczny jak i psychiczny choć dziś raczej o tym pierwszym będzie. Leżę trzeci dzień po wyrwaniu ósemki, w końcu zaaplikowałam sobie przepisany na wszelki wypadek antybiotyk. Łykam apap regularnie co parę godzin i nie wychodzę z wyra. Tomuś znosi to z trudem wydaje mi się… Najchętniej bym przespała ten czas niewygodny. Kompletnie poddaję się w takich chwilach choć może racja w tym, że gdybym nie miała możliwości polegiwania i nicnierobienia to pewnie bym się do kupy zebrała. Potrzebuję powrotu do pracy, choć na ten moment nie wyobrażam sobie wstawania o 7 i ośmiu godzin za biurkiem bez możliwości nawet krótkiej drzemki. Ale znam się na tyle, że wiem, że płynę z prądem i dopóki życie mnie nie zmusi nie stanę w stu procentach samodzielnie na nogi. Odejście Seby też mnie tego nauczyło. Najpierw paniczny, duszący strach, myśli samobójcze, totalna rozpacz a potem powoli krok za krokiem w górę ku własnej samodzielnej przyszłości. No tak, udar to wszystko skutecznie zahamował ale z nim też koniec końców jakoś sobie radzę. W końcu nie skromnie mówiąc sama (oczywiście z pomocą) na te nogi stanęłam. Niech tylko już przestanie boleć….