Co teraz?

Poprosiłam Szefa o możliwość przejścia na 3/4 etatu… Przemyślę to jeszcze teraz na wakacjach. Nie mam serca do tej pracy. Pytanie czy do tej akurat czy w ogóle? Zmuszam się do wykonywania poleceń, robię to co muszę ale nic ponad to…. Niezbędne minimum…. Przynajmniej raz na godzinę układam motylki… Przecież to ściema jakaś… A znalazłabym zajęcie, porządki w szafkach po przeprowadzce, przekopanie się przez stertę dokumentów, z okresu kiedy mnie nie było… Prawda jest taka, że już przed chorobą przestałam mieć frajdę z przychodzenia tutaj… Widziałam powolny koniec, odchodzenie współpracowników, brak szans na jakikolwiek awans czy podwyżkę…. To nie motywuje… Siedzenie samej też nie do końca jest fajne… A po powrocie do domu energii wystarcza mi na jakieś pół godziny…. I zasypiam opatulona kołdrą… I kolejny dzień mija…. Nie mam siły ani weny na pakowanie, na prasowanie, na gotowanie, na porządki… Marazm… Życie mi przelatuje przez palce… Ile w tym skutków choroby a ile wrodzonego lenistwa nie potrafię rozstrzygnąć….Zawsze żyłam konkretnymi celami… W nich szukając spełnienia… Wakacje, Boże Narodzenie,l ślub… Co teraz mam przed sobą postawić??

Reklamy

Gdybanki z nudów…

Co by było ze mną i z moim życiem gdybym nie zachorowała? Tuż przed udarem moja „kariera” zawodowa nabierała tempa – szkolenia, eventy, reprezentacyjne spotkania. W Polsce i w Niemczech. Szef chciał mnie namaścić na swoją następczynię…. Co prawda wszystko zaczęło się pieprzyć przez zmianę ustawy o OZE ale któż może wiedzieć… Może podebrałby mnie ktoś z innej firmy, zachwycony moją elokwencją , otwartością i umiejętnością radzenia sobie w trudnych sytuacjach, przynajmniej zawodowych…. A może we dwójkę uratowalibyśmy firmę przed długami i marazmem? Kwestie wynagrodzenia wtedy też miały inne perspektywy… Czy bywająca na imprezach wpakowałabym się tradycyjnie w romans jakiś? Zafascynowana, jak kiedyś , czyjąś pozycją itp?? W końcu byłabym już po rozwodzie… Ha. Czy związek z Tomaszem przetrwałby i zaszedł tak daleko jak za 4 dni zajdzie?? Przecież zamiarowałam zamieszkać jednak sama… Jak potoczyłoby się moje życie gdybym po prostu zamieszkała na Długosza jako osoba wolna, zdrowa, atrakcyjna… Gdzie byłabym teraz? Czy patrzyłabym w zadumie na ten sam widok z okna? Czy nie próbowałabym jeszcze w rozpaczy i przyzwyczajeniu jakimś powrotu do Seby? Takie tam gdybania mnie naszły… Wszystko mi się w podświadomości gotuje na zbliżającą się kolejną zmianę życiową, wiem przecież jak działa mój mózg… W sumie męczy mnie ta moja psychika, niech już będzie po…. Może wtedy zacznę funkcjonować w miarę normalnie….

Kolejne małe opuszczenie….

Strona flightradar24.com otworzona i co chwile przeze mnie odświeżana pokazuje gdzie w danym momencie znajduje się samolot wiozący Kaja do Denver. Poleciał dziś skoro świt. Odprowadzony przez Sebastiana, wczoraj przeze mnie pożegnany wspólnie zjedzonym bajglem na obiad. Nawet się nie popłakałam. Bardziej przykro zrobiło mi się kiedy powiedział o przyszłorocznych, wspólnych z ojcem wakacyjnych planach podróży do Stanów właśnie. Z Martą oczywiście. Mieliśmy też takie plany. Na rok naszych 40stek i 18stki Kaja. Ale oczywiście kasa…..Jak ostatnio usłyszałam od byłego ” łatwiej jak każdy płaci za siebie”.  No tak nigdy nie byłam nawet w ułamku takiej zawodowej drogi a co za tym idzie nie miałam szans na zarobki powyżej średniej krajowej albo nawet minimalnej. Podobno był to mój własny wybór. Że zostałam w domu tyle lat a potem wybierałam ścieżkę zawodową pod kątem opieki nad synem, domem, psem itp. Mogłam przecież skończyć studia i robić karierę. Mogłam? No mogłam, przecież nikt mi tego nie zabraniał. Jest to przecież jakaś prawda albo jej część. Nikt mi nie kazał romansować z Szefami zamiast mozolnego pięcia się po drabince, lenić się opalając w ogródku zamiast kuć do egzaminów. Ale czy ja tak naprawdę kiedykolwiek miałam ochotę na wielką karierę? Chyba wolałam mimo wszystko być tu i teraz, uczestniczyć w życiu Kaja, choć teraz nic z tego nie mam poza wspomnieniami i wymówkami Młodego, że przecież wszystko robiłam źle. Ale muszę sama przed sobą przyznać, że dużo z tych wspomnień wywołuje mój uśmiech i rozrzewnienie, że odnajdywałam się w tym ogarnianiu rzeczywistości, harmonogramie zajęć, czułam się potrzebna i chyba teraz najbardziej za tym tęsknię. Nawet nudząc się przy biurku przez 8 godzin za śmieszną wypłatę….. Ale coś za coś, mam czas na prywatne sprawy, nie stresuje się potworzastym Szefem ani nadmiarem obowiązków. Czasem tylko martwię się na wyrost tym co czekać mnie będzie gdy firma zakończy działalność. A na razie tu i teraz jest tak jak jest i jest dobrze przecież.

trasa lotu

Back to work

Wczoraj wróciłam do pracy…541 dni po udarze…Pomimo znanych warunków, oswojonej już po przeprowadzce firmy nowej lokalizacji, najwspanialszego Szefa pod słońcem, stresowałam się mocno… Żołądek zwinięty w kulkę nie przyjmujący za bardzo pożywienia, obowiązkowa wizyta w toalecie, lekki ciężar w klatce- organizm sam dawał znać o stresie… Pan Romuald musiał wyjechać tego dnia w delegację i jak się okazało zestresowany nie mniej ode mnie poprosił, żeby Tomasz przyjechał do mnie i pracował w naszym biurze, żebym nie była sama 🙂 Co oczywiście mój Najlepszy na świecie Narzeczony uczynił niezwłocznie. 8 godzin zleciało wyjątkowo szybko, nawet nie zdążyłam pomyśleć o znużeniu czy senności pomimo wczesnej pobudki… Zaległości, papiery, aktualizacja kalendarza, chęć uporządkowania wszystkiego po swojemu… Dopiero wieczorem mózg dał znać o zmęczeniu i spowolnił reakcje… Dziś już pod bezpośrednim nadzorem Szefa ogarniam dalej służbową rzeczywistość znajdując chwilę na ten wpis… W sumie dobrze, że jest co nadganiać bo bieżących obowiązków w związku z mocnym ograniczeniem działalności zbyt dużo mieć nie będę…

Po pracy pędzę odebrać ślubną sukienkę… Bo to w końcu już za 23 dni ten Wielki Dzień!! Jeszcze muszę dać do zmniejszenia obrączkę bo jak się okazało palce odwrotnie proporcjonalnie do reszty mego boskiego ciała zmniejszyły swój obwód 😉

Poza zbliżającym się ślubem i powrotem do jako tako normalnego społecznego funkcjonowania nic więcej na razie nie zaprząta moich myśli… Może jeszcze podróż poślubna i konieczność wplecenia w mój nowy harmonogram tygodnia rehabilitacji z Oleńką czy wizyt lekarskich… Skończyła się całodniowa dyspozycyjność!

W sumie pomimo wrodzonego i nabytego podczas rekonwalescencji lenistwa cieszę się, że życie zmusiło mnie do powrotu.

 

Wysiadam….

Zwariuję, nie ogarniam….Czas tak zapitala, godzina za godziną, nie tyle przecieka, co wodospadem jakimś pędzi łamiąc mi palce, zmęczenie i senność nie odpuszczają pomimo słońca za oknem, ilość pozycji na „List to do” jest nie do ogarnięcia… Zapominam o połowie.. Ciągle się spieszę, ciągle się spóźniam, burdel w domu i głowie… Najchętniej przespałabym dzień cały bo wtedy i myśli się zatrzymują i ciało nie pokazuje, że jeszcze nie jest sprawne… I brzuch w pozycji na plecach wygląda na bardziej płaski… Tak, żartuję trochę ratując się przed tym czymś co ściska za gardło…. Strach? Przed powrotem do pracy, przed ślubem, przed wyjazdem Kaja…. Qrczę kiedyś byłam odwazniejsza albo taką udawałam ze wszystkich sił…. Potrzeba mi siły, konsekwencji, samozaparcia!!! Ktoś może mi podarować taki zestaw w prezencie??

C. D. Sanatoryjnie…

Tęsknota mnie zżera… Brak mi przytulenia, dobrze, że choć na chwilę wpadła Martusia, mogłam się do niej spokojnie przytulić (buziaki Słoneczko). Brak mi ciepła skóry, dotyku, zapachu, wsparcia, oparcia, obecności… Przyzwyczaiłam się do Ciebie Skarbie…. Poza tym… Nie jest źle… Okazało się, że wciąż łatwo nawiązuję znajomości i że chyba wciąż wydaję się być dość atrakcyjna… Chyba nie tylko wizualnie skoro nie przeszkadza nikomu moje kulenie… Czy mi to poprawia humor? Oczywiście, że tak! Samolubnie i egoistycznie… Może jednak aż tak bardzo się nie zmieniłam… Próżna jestem wciąż… Więc raz czy dwa wcisnę się w sukienkę i nałożę tapetę i pójdę pobujać się w takt nawet disco polo… Nota bene musimy zacząć tańczyć z Tomaszkiem .. Tak mi brakuje drygu tej lewej nogi, płynności ruchu biodra, głowa i cześć ciała porywa muzyka ale reszta nie nadąża…. A przecież zawsze uwielbiałam tańczyć… Poza tym okazuję się, że zaczynam się stresować ślubem… Śnią mi się jakieś związane z tym wydarzenia, że gdzieś czegoś zapomniałam, że się spóźniłam… Nie mam najmniejszych wątpliwości co do samej decyzji, stresuje mnie samo wydarzenie, ubiór, możliwa pogoda, goście itp… A jeszcze zanim to najpierw rozstrzygnąć się musi kwestia powrotu do pracy, ewentualnej renty, stopnia niepełnosprawności… Czas beztroskiego w sensie zawodowym funkcjonowania właśnie się kończy.. I tym też trochę się stresuję…. Czyli ogólnie robi się nerwowo….

Ku większemu optymizmowi…

Mam ostatnio okazję do weryfikowania stanu swojego poudarowego zdrowia z innymi udarowcami. Co prawda głównie wirtualnie ale zawsze. Dziewczyna, którą nazwałam udarową siostrą, sprowokowana naszą wymianą zdań na ten temat napisała genialny tekst, który mną dość mocno wstrząsnął , na tyle mocno, że zebrałam dziś dupę w troki z wyra przed południem ( jest czego gratulować, uwierzcie) z zamiarem zrobienia czegoś pożytecznego. Zaczynam od tego wpisu, żeby mi nie uleciało to co mi się w głowie kłębi, potem będzie odwołanie do Powiatowego Zespołu ds. Orzekania o Niepełnosprawności – dostałam stopień lekki tyle, że nic mi on nie daję więc spróbuję jeszcze powalczyć, potem będzie spacer po przesyłkę do paczkomatu – przyjechały ślubne ozdoby samochodu (!!), potem będzie odkurzanie, obiad już w piekarniku, a potem będę czekać na zaproszenia, które dziś mają dowieźć – a więc niedługo będę wysyłać!! Kręcą mnie te wszystkie drobne przygotowania do ślubu bardzo….

Ale do rzeczy… Oto link do wpisu lewaczki

http://lewaczka.pl/opinia-innych-cie-widza-cie-widza/

Poczytajcie trochę, to bardzo mądra dziewczyna jest…

I w związku z tym – taa… no przecież wiem, że zrobiłam postępy, że jest o niebo lepiej niż było albo mogło być. że w końcu poruszam się sama i choć nadal dość szybko się męczę, to tak naprawdę muszę przyznać, że w tej chwili najbardziej dokucza mi jednak ociężałość umysłowa i jakaś taka wewnętrzna niechęć do jakiegokolwiek działania… Spać mogłabym prawie non stop – co z resztą czynię jak tylko Tomaszek wyjeżdża w delegację, Netflix jest ostatnio jedyną rozrywką, aż się zastanawiam czy jednak się go nie pozbyć…. Chciałabym żeby los po raz kolejny zmusił mnie do jakiegoś wysiłku, marzę o tym, żeby firma jednak nie zakończyła działalności i żebym miała gdzie i do czego wracać. Stać się znów przydatna, pożyć życiem innym, służbowym, wyjechać w jakąś delegację, pójść na służbowe spotkanie w większym gronie, musieć ubrać się w koszulę i umalować…Znów przekonać się, że są rzeczy w których jestem dobra….

Chciałam wkleić filmik z rehabilitacji, jeszcze w szpitalu, krótko po udarze, jeszcze w pampersie, z Olą ćwiczącą trochę za mnie. Ku pamięci i pokrzepieniu…Niestety bezpłatna subskrypcja nie pozwala na udostępnianie filmów więc…

może link do posta na fejsie?

https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=1626910637345765&id=100000805347005