Back to black..

Od dwóch tygodni chodzę z obręczą na głowie, czasem przesuwa się na czoło, na sklepienie nosa, czasem gdzieś uwiera na czubku, ale zasypiam z nią i budzę się w niej. Tak, znów boli mnie głowa. Zaczęło się tuż przed okresem i trwa do teraz. Uporczywy ucisk, który nasila się wraz z każdą godziną pracy, mija na trochę po popołudniowej drzemce i wraca wieczorem. Do tego trochę mdłości, trochę zawrotów głowy i no właśnie…wróciła przeczulica lewej strony. Mrowki po mnie chodzą, skóra mi cierpnie, drętwieje twarz, usta znów uśmiechają się niesymetrycznie. Mój przystojny neurolog twierdzi, że to napięciowe prawdopodobnie, żeby skontrolować tarczycę, zapisał jakieś leki i kazał jechać do szpitala bez wahania gdy znów twarz mi opadnie jednostronnie. Podobno dobrze, że to cały czas lewa strona, ta słabsza, która już słabszą zostanie. Gdyby coś zadziało się z prawą wtedy biegusiem do erki. I rezonans powtórzyć. Wiecie, że w Poznaniu rezonans głowy prywatnie to 650 zł?? Masakra. Co prawda czeka się raptem 2 tygodnie ale.  No nie…. Poczekam na wizytę u nfztowskiego neurologa. Chyba, że po drodze mnie coś zgarnie.. Tymczasem codziennie kopie się w tyłek żeby wstać i iść do pracy i co godzinę za biurkiem modlę się żeby czas szybciej mijał. Robię co muszę bez krztyny radości. Ech… Wiosno przybywaj może pomożesz?!

Feminatywy…

Napisałam dziś maila firmowego w sprawie możliwości zamiany nazw stanowisk w naszych firmach na ich żeńskie formy. Zainspirował mnie poniższy wpis z fanpage’a Kobiecej piłki nożnej z października ubiegłego roku. :

„Planowałem tę notkę od ponad trzech miesięcy, ale skoro dopiero co wybuchło święte oburzenie z uwagi na użycie słowa „gościni/gościa” przez Magdalena Biejat i temat trafił na świecznik, to nie ma co dłużej zwlekać.
Dyskusję na temat tego czy używać feminatywów, czyli żeńskich rodzajów rzeczowników, można by zamknąć krótkim: tak, oczywiście. Bo w sumie to bardzo oczywista sprawa!
Skoro jednak ciągle pojawiają się wątpliwości i skoro jednak nie dla wszystkich jest to jasne, to oto powody dla których feminatywy są bardzo spoko i dla których od początku istnienia fanpage’a konsekwentnie używam ich także ja.
Po pierwsze: język to jedno z narzędzi zmiany świata.
To narzędzie może służyć do zmiany świata na gorszy i utrwalania negatywnych zjawisk. Dlaczego konserwatyści oburzają się na słowa: profesorka, posłanka, piłkarka, a nie przeszkadza im nauczycielka, pielęgniarka, ekspedientka? Bo w ten sposób utrwalają wymyślony przez siebie podział ról społecznych, zgodnie z którym rzeczy prestiżowe zarezerwowane są dla mężczyzn, natomiast dla kobiet są zawody o niższym statusie społecznym, a już na pewno gorzej płatne. Konserwatyści nie chcąc dopuścić kobiet do rzeczy postrzeganych tradycyjnie (choć bez sensu) jako męskie, narzucają język, zgodnie z którym te rzeczy są zarezerwowane dla facetów.
A używanie feminatywów zmienia świat na lepszy. Na taki, w którym język sankcjonuje to, że nie ma społecznych ról męskich i kobiecych, bo każda osoba może robić to, na co tylko ma ochotę. I jeśli społeczeństwo przyzwyczai się do tego, że profesorka, posłanka i piłkarka to najbardziej naturalne słowa pod słońcem, to siłą rzeczy nie będzie się dziwić, że kobiety robią kariery naukowe, polityczne, czy też w piłce nożnej.
Po drugie: tak jest logiczniej.
Mówienie, że Ewa Pajor jest napastnikiem Wolfsburga ma dokładnie tyle samo sensu, co mówienie, że Robert Lewandowski jest napastniczką Bayernu. A mówienie pani poseł Magdalena Biejat ma tyle samo sensu, co mówienie pan posłanka Dominik Tarczyński (choć w jego przypadku akurat najwięcej sensu ma niemówienie o nim w ogóle i pozwolenie na zniknięcie na śmietniku historii).
Logika po prostu nakazuje, żeby w przypadku kobiet używać form żeńskich, w przypadku mężczyzn form męskich.
Po trzecie: tak jest ładniej.
Pisałem kiedyś o tym, jak komentator meczu piłki nożnej kobiet użył sformułowania, że coś dotyczy „kapitan obu zespołów”. Brzmi to oczywiście koszmarnie i chyba nawet on sam to usłyszał, ale nie bardzo wiedział jak z tego wybrnąć. A przecież można powiedzieć bardzo elegancko o „kapitankach obu zespołów”.
Przykłady niezręczności przy odmianie męskich rzeczowników odnoszących się do kobiet można by mnożyć. Recepta jest prosta: używać rodzaju żeńskiego!
Oczywiście nie wszystko z rodzajem żeńskim będzie zawsze proste. Sam mam czasem tu wątpliwości – czy o zespole na czele tabeli piłkarskiej ligi kobiet mam pisać raczej lider, czy raczej liderka? Jak poradzić sobie z pisaniem o utytułowanym w kobiecym futbolu klubie Czarni Sosnowiec? Bo przecież z jednej strony tradycja, ale z drugiej sensowniej było pisać CzarnE. Czy słowo adeptka (w odniesieniu do piłkarek z drużyn juniorskich) lub adiunktka nie są rażące brzmieniowo?
Nie mam na każde pytanie łatwej odpowiedzi. Ale jestem absolutnie przekonany, że jedyną sensowną drogą jest doprowadzenie do sytuacji, w której feminatywy są czymś najbardziej naturalnym na świecie. Po drodze na pewno w poszczególnych drobnych kwestiach ustali się jakiś uzus językowy.
Ale przede wszystkim w kwestiach fundamentalnych: świat stanie się lepszy, a język bardziej logiczny i ładniejszy.”

 

Mail poszedł do sekretariatu a stamtąd gdzieś wyżej. Ciekawe czy ktoś zareaguje. Wszystkie 3 firmy mają tą samą Panią Prezes, bardzo udzielającą się na różnych forach i podkreślającą zatrudnianie dużej ilości kobiet, roli i siły kobiet w ogóle więc myślę, że byłoby to jak najbardziej na miejscu gdybyśmy pisali „stażystka”  i „specjalistka”i „koordynatorka” i „uczestniczka”.

Królowa łez…

„Straciłam swój własny głos wobec prostych prawd

Przybita niechęcią do ludzkich trosk i spraw

Zegary cofają się wciąż do starych lat

Boleśnie przemijam… Ot tak…

(…) Zmęczenie zniewala mnie

Nuda pcha do bzdur…”

Dziś na nowo odkryłam tą piosenkę i znalazłam w niej inne treści niż w 2016 roku.

Jestem przybita. Jesienią, monotonią kolejnych dni, stanem finansów, brakiem perspektyw zatrudnienia w miejscu, w którym jestem na stażu, ludźmi ogólnie… Wstaje jak jest ciemno, wracam jak jest ciemno, odsypiam zmęczenie pracą i dzień za dniem znika… Tomek akurat ciągle w rozjazdach… Waga rośnie kilogram za kilogramem z każdym zjedzonym ciastkiem do kawy, chodzę kiepsko bo nie ćwiczę, nie ćwiczę bo samej mi się nie chce a na Olę mnie aktualnie nie stać… Samotność mi doskwiera. Brak grupy przyjaciół do spotkania na kawie częściej niż raz na parę miesięcy, do wspólnego wyjścia do kina, skoczenia na miasto, nawet wyjazdu gdzieś razem… Trzymane na siłę kontakty mnie nie satysfakcjonują, ludzie mają swoje życia, kłopoty, zajęcia.. Nikt już do nikogo nie wpada niespodziewanie bez zapowiedzi czy zaproszenia, nikt nie wpada z urodzinowyn kwiatkiem na kawałek urodzinowego tortu. Do tego jeszcze permanentny brak Kaja w moim życiu.  Odciął się całkowicie a mnie się już nie chce walczyć o Jego miłość i uwagę.. Wiosno nadejdź a wcześniej wyjazd do sanatorium może mnie nieco oderwie od ponurej codzienności… Chcę czegoś a nie wiem czego.. Brak mi adrenaliny, wyzwań, przygód… Odzywa się dawna natura uspiona chorobą…

Bezrobocie

I przyszedł wrzesień. I za chwilę będę oficjalnie bezrobotna. A wydawało mi się, że w trzy miesiące to bez problemu znajdę pracę… Niby chodzę na te rozmowy, z których nic nie wynika… Teraz czekam na info z biura, gdzie byłam już na dwóch rozmowach. Atmosfera jak zawsze fajna, niby wszystko ok poza moim kłamstwem ad stanu zdrowia na koniec. Bo zapytali co mi się stało w nogę. Powiedziałam, że piesek mnie oplątał smyczą na spacerze i skręciłam kostkę. Wiem, że to i tak wyjdzie. Ale może będę miała chociaż szansę wykazać się podczas okresu próbnego?! Rozleniwiło mnie to lato strasznie. Śpię znów długo i często, z Freją wtuloną obok… Znów nic mi się nie chce.. A tak ad rozmów kwalifikacyjnych.. Niby nie wolno pytać o wiek a prawie wszyscy pytają, mniej lub bardziej bezpośrednio. Tak samo o dzieci czy o stan zdrowia. Wiedzą, że człowiek, który szuka pracy nie powie „Nie możecie mi zadawać takich pytań.”. Wredne to wszystko i trudne… Sprzedawanie siebie, stres, strach… Nie znoszę tego i mimo, iż to nie moje pierwsze w życiu poszukiwania, nie oswoiłam tego wcale… Rzygam już wysyłaniem aplikacji… A czas leci….

Bezsłońcowe nieróbstwo…

 

Lato sobie gdzieś poszło z Polski. Po kilku wrzących tygodniach nastała ciepła jesień. Deszcz niby potrzebny ale ja znów usypiam. Tym razem w towarzystwie ciepłego, futrzanego kłębka z mokrym nosem. Wreszcie mamy psa. Z Facebooka od kobitki, która wynajduje różne bidy i szuka im dobrych domów. Najpierw były na tymczasie u nas we dwie z siostrą ale to Freja właśnie podbiła moje serce. Swoją odwagą, odstającymi, nietoperkowymi uszami, umaszczeniem trójkolorowym. I jest z nami na stałe od 29go czerwca, mój prezent na rocznicę ślubu. I niewyspani od tego czasu łazimy oboje i skończyła się wygodna, bezproblemowa współobecność. Moja terapeutka śmiała się, że zbiegło się to dziwnie w czasie z narodzinami syna Sebastiana. Cóż… Nie zaprzeczam, że może coś być w tym podobieństwie powiększania naszych rodzin. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jak bardzo brakowało mi merdającego ogona na powitanie i ciepłego ciałka do przytulania. Choć oczywiście czasem wkurza mnie ilość obowiązków z nią związanych i czasem tęsknię do błogiego lenistwa sprzed. Co do pracy… Dupa totalna. Tyle rozmów, spotkań, wysłanych aplikacji i nic. Przeraża mnie to bardzo i zasmuca. Boję się, że za niskie jednak są te moje kompetencje a nie przebija ich już młoda długonogość ze skłonnością do flirtu i przygód. Czyli te braki, które jeszcze niedawno przykrywałam urodą i wdziękiem dziś są już tylko rażącymi brakami. Znów proszę o wsparcie Tego Co Zawsze Mnie Wspiera…. I znów mam nadzieję, że także z tego zakrętu wyjdę bez większych obrażeń…

I znów dziwię się zmianom…

Dokładnie rok temu wróciłam do pracy po chorobie. Rok później już jej nie mam… Zdecydowałam się na sąd choć szkoda mi kasy na prawnika i nie jestem przekonana czy się uda. A tak chodzę na rozmowy, wysyłam oferty, długo śpię, tęsknię za Tomaszkiem, który w delegacji, obżeram się truskawkami ale w sumie jakoś mi nie bardzo… Boję się, że nikt mnie nie zatrudni. Brak twardych, konkretnych umiejętności. Co z tego, że przebojowa, kontaktowa, inteligentna? Spiep…m sobie ścieżkę zawodowa już dawno, pewnie wtedy kiedy zrezygnowałam ze studiów. Nigdy specjalnie nie lubiłam się uczyć… Może poszukam jakiś kursów, choć za free to chyba tylko jako oficjalnie zarejestrowana bezrobotna. Chcę mi się powrotu na wakacje, morza, plaży.. Albo chociaż wyjazdów jakiś… Boże pomóż i tym razem. Odnaleźć sens i wiarę w siebie i motywację i chęci do zmian…

O mojaż naiwności niereformowalna…

Zostałam dziś zwolniona z pracy. Z natychmiastowym zwolnieniem z obowiązku jej świadczenia. Napiszę więcej szczegółów albo zedytuję ten post jakoś później, dziś ból głowy, mdłości, atak paniki pakują mnie pod kołdrę… Chciałam być lojalna i uczciwa i po 2 miesiącach zastanawiania się co ugryzło Szefa i proszenia o rozmowę przyznałam mu się, że szukam pracy, że straszliwie mnie męczy nic nie robienie i nuda i szukam czegoś innego. Na co zostałam natychmiast zwolniona. W swym jakimś zacietrzewieniu kazał mi natychmiast opuścić biuro nie chcąc dać nic na piśmie.I wściekł się, gdy powiedziałam, że nie wyjdę dopóki nie dostanę wszystkiego na piśmie… Teraz myślę czy jutro PIP i sąd pracy czy… Sama nie wiem. Jako powód podał długotrwałą chorobę i niemożność pracy w pełnoetatowym wymiarze. Gdy powiedziałam, że to obowiązkiem pracodawcy jest zapewnić pracownikowi pracę stwierdził, że mogłam sama ją sobie znajdować. No w ogóle jakaś totalna bzdura. Zawiodłam się, po raz kolejny…. Zbyt naiwnie uwierzyłam, że nie jesteśmy tylko pracownikiem i Szefem ale może nawet przyjaciółmi? Przecież tyle mi pomógł do tej pory…. Może mu się znudziło?!