Dlaczego marzę o dziecku z Tomaszem?

Ha… Temat nie da się dłużej omijać bo już nawet śnię o byciu w ciąży… Muszę to rozebrać na czynniki pierwsze żeby albo zamknąć te drzwi bezpowrotnie albo zdobyć argumenty za…. A czas leci..   No właśnie to największy argument przeciw. Czas. Mój wiek. Panicznie boję się choroby dziecka. Nie wierzę, że bym podołała. Poza tym wrodzony mój leń i panna wygodnicka, które mam w sobie, krzyczą „no co ty?? Tyle dodatkowych obowiązków??”. I znowu wiek. Chore dziecko potrzebuje opieki do końca swoich dni. A my raczej byśmy prędzej odeszli…. Nie skażę świadomie drugiego człowieka na życie w jakiejś placówce opiekuńczej. Tak wiem, że uprawiam trochę czarnowidztwo ale czy to się nie nazywa odpowiedzialność? Coś jeszcze przeciw? Teoretycznie stan naszych finansów. Kiepsko nam idzie we dwójkę a dziecko to przecież rosnące wydatki… Miejsce w naszym mieszkaniu. Qrczę jeden pokój dla dziecka a w drugim i ostatnim nasza sypialnia, salon, jadalnia, moja sala do ćwiczeń…. Uff….. No i argument koronny moja nie w pełni sprawność. Długie spacery z wózkiem, noszenie maleństwa, zarwane noce, leki, które biorę….

(przepraszam teraz muszę pędzić na rehabilitację, dokończę później.. )

Jestem… Zła dziś jakaś wewnętrznie, z tykającą bombą, która wybuchnie albo mega awanturą albo fontanną łez. Coś mi dziś ewidentnie nie pasuje, jeszcze tylko nie rozgryzłam co… A więc może teraz pora na argumenty „za”. Chęć do kochania ogromna, a dzieciątko samo kocha bezkrytycznie i ufnie, przynajmniej przez pierwszych parę lat życia swojego, i kochać toto można bezgranicznie i tulić. Pytanie znów o motywację się nasuwa czy jest nią chęć wynagrodzenia sobie Kaja chłodniejszego raczej w miłości, broniącego się przed okazywaniem jej od momentu kiedy parę lat skończył i obciachem dla niego się stała, czy też wynagrodzenia Kajowi właśnie matki hamującej swoje okazywanie miłości Synowi by nikt jej nie posądził o krzywe intencje jakieś, bojącej się „mamisynka” przysłowiowego wychować, zamiast faceta na trudy życia gotowego, chlanie też hamulcem uczuciowym przecież było…. Może chciałabym macierzyństwo przeżyć raz jeszcze, tym razem nie skażone strachem i zbyt młodym wiekiem, tym razem wyczekane  niecierpliwie z zakochanym wzrokiem i dotykiem Taty przyszłego…. A może kochając Tomasza miłością tak niespodziewanie ogromną chciałabym z Nim właśnie dzielić przywilej bycia rodzicem… A może patrząc na niego tak ufnie tak mocno wierzę, że cudownym byłby ojcem…. Może chciałabym wynagrodzić mu tą niemożność bycia Tatą synów swoich z poprzedniego małżeństwa… A może takie typowo babskie marzenie posiadania córki we mnie się tli, dziewczynki do różowych sukienek, kokardek w długich włosach, wspólnych zakupów, podbierania ciuchów, nauki makijażu itp… Jak tylko dałabym sobie radę ze strachem o jakość ojcowskich uczuć, czy świrować bym nie zaczęła u progu jej dojrzałości? Trudne te wszystkie pytania i jakoś bez odpowiedzi stuprocentowej większość z nich zostanie…. Fajnie byłoby Boże gdybyś pomógł mi nieco, podpowiedź jakąś zostawił, sygnały jakieś nieomylne dał..

Reklamy

Szczęście…

Kiedyś mówiłam, ze ja tylko bywam szczęśliwa… Ciągle miałam jakieś ale… Niby nadal mogłabym się czepiać ale… Jestem szczęśliwa, permanentnie, codziennie mam tego poczucie, czasem gapię się niby bezmyślnie na Tomasza i po chwili zaczynam się zastanawiać nad czym tak dumam. W końcu dochodzę do wniosku, ze ja po prostu odczuwam szczęście. Bez względu na to czy leżymy przytuleni, czy się kochamy, czy oglądamy film na Netfliksie, czy coś czytamy, czy przesuwamy palcami po ekranach naszych telefonów, czy robimy zakupy, czy siedzimy w poczekalni u lekarza, czy łapczywie jemy lody z migdałami, czy tłuczemy razem kotlety… Mogłabym tak jeszcze długo… Permanentnie odczuwam szczęście i radość z bycia razem i taką bezpieczną pewność… Ostatnio znów miałam powód do myślenia o śmierci, tym razem z powodu bardzo poważnej choroby mojej teściowej, pierwszej teściowej, toczy ją rak niestety, ciężki, złośliwy, trudny i ja jak zwykle ogarniam w głowie wszystkie scenariusze. I pomyślałam sobie, że gdyby przyszedł kolejny udar czy jakaś inna cholera, która tym razem zabrałaby mnie na drugą stronę to nie byłoby to takie straszne… Oczywiście pragnę przeżyć z Tomaszem jeszcze dużo lat i doświadczać różnych przeżyć razem i zwiedzać i być po prostu jeszcze długo ale doświadczenie takiego szczęścia jakie dzięki Niemu mam szansę przeżywać napawa mnie wystarczającą wdzięcznością by nie oczekiwać już za dużo więcej… Oczywiście chciałabym zaadoptować jeszcze razem psa by przeżyć wspólną miłość do innego stworzenia. Tak, coś na kształt miłości do dziecka, z której świadomie zrezygnowaliśmy. Zrezygnować świadomie z tego kokonu komfortu i wolności, w którym nam tak dobrze i pożyć dla kogoś innego znów… Mając nadzieję, że zmusi to nas do ruszenia tyłków z łóżka w weekendy . Czy jednak nie będzie powodem do zazdrości? Wiem jak potrafię kochać psy… Traktować je jak członka rodziny, podporządkować im resztę i poświęcać swój czas. Czy mój Mąż. który do tej pory był obdarzany bezwarunkową całością mojej miłości i uwagi zniesie podział tego? ( nie wkurzaj się Skarbie, po prostu głośno myślę…). Czy nasze finanse nie ogarniane zbyt do tej pory wytrzymają dodatkowe obciążenie? Dużo pytań i wątpliwości a na jednej szali tylko albo aż potrzeba kochania czworonoga… A przecież ciężar wychowywania spocząłby na Jego barkach głównie, przecież ja pracuję…. Wracając do szczęścia… Żałuję, że dzielić się nim nie mogę z najbliższymi, że Syna swego Jedynego nie mogę obdarzyć nim , zasypać Jego wątpliwości, niezgody, bunty i oskarżenia. Zaspokoić Jego apetyt, Jego ciągłe ale… Uspokoić Jego temperament, złagodzić ból wewnętrzny, zlikwidować poczucie odrzucenia . Zasklepić Jego rany, wlać w Jego serce zadowolenie z każdego kolejnego dnia… Miłość mu dać , żeby ją poczuł każda komórką swego ciała i poleciał na jej skrzydłach…. Tak trudno mi się z Nim dogadać, tak trudno Go lubić…W tym Jego zacietrzewieniu, skupieniu na sobie, poczuciu krzywdy, ciągłym oczekiwaniu więcej i więcej… Nie rozumiem Go i nie umiem z Nim porozmawiać o tym… Nie czuje się w obowiązku realizowania Jego zachcianek i potrzeb… Tyle lat byłam skupiona tylko na Nim i Jego celach…. Dodatkowo straciłam trochę serca , nie ukrywam, żal mam o to, że mnie opuścił wtedy, kiedy był potrzebny, że nie pomagał w chorobie, że liczyć na Niego nie mogę raczej…. Że nie czuję Jego miłości do siebie… Że nie jest taki jaki chciałabym , żeby był… To prawda, przyznaję, nie akceptuję Go takiego jakim jest i pewnie w tym leży wina wszystkiego…. Jak to zmienić?

Kolejne małe opuszczenie….

Strona flightradar24.com otworzona i co chwile przeze mnie odświeżana pokazuje gdzie w danym momencie znajduje się samolot wiozący Kaja do Denver. Poleciał dziś skoro świt. Odprowadzony przez Sebastiana, wczoraj przeze mnie pożegnany wspólnie zjedzonym bajglem na obiad. Nawet się nie popłakałam. Bardziej przykro zrobiło mi się kiedy powiedział o przyszłorocznych, wspólnych z ojcem wakacyjnych planach podróży do Stanów właśnie. Z Martą oczywiście. Mieliśmy też takie plany. Na rok naszych 40stek i 18stki Kaja. Ale oczywiście kasa…..Jak ostatnio usłyszałam od byłego ” łatwiej jak każdy płaci za siebie”.  No tak nigdy nie byłam nawet w ułamku takiej zawodowej drogi a co za tym idzie nie miałam szans na zarobki powyżej średniej krajowej albo nawet minimalnej. Podobno był to mój własny wybór. Że zostałam w domu tyle lat a potem wybierałam ścieżkę zawodową pod kątem opieki nad synem, domem, psem itp. Mogłam przecież skończyć studia i robić karierę. Mogłam? No mogłam, przecież nikt mi tego nie zabraniał. Jest to przecież jakaś prawda albo jej część. Nikt mi nie kazał romansować z Szefami zamiast mozolnego pięcia się po drabince, lenić się opalając w ogródku zamiast kuć do egzaminów. Ale czy ja tak naprawdę kiedykolwiek miałam ochotę na wielką karierę? Chyba wolałam mimo wszystko być tu i teraz, uczestniczyć w życiu Kaja, choć teraz nic z tego nie mam poza wspomnieniami i wymówkami Młodego, że przecież wszystko robiłam źle. Ale muszę sama przed sobą przyznać, że dużo z tych wspomnień wywołuje mój uśmiech i rozrzewnienie, że odnajdywałam się w tym ogarnianiu rzeczywistości, harmonogramie zajęć, czułam się potrzebna i chyba teraz najbardziej za tym tęsknię. Nawet nudząc się przy biurku przez 8 godzin za śmieszną wypłatę….. Ale coś za coś, mam czas na prywatne sprawy, nie stresuje się potworzastym Szefem ani nadmiarem obowiązków. Czasem tylko martwię się na wyrost tym co czekać mnie będzie gdy firma zakończy działalność. A na razie tu i teraz jest tak jak jest i jest dobrze przecież.

trasa lotu

Jakiej jeszcze pokuty mam oczekiwać?

Dziś po raz pierwszy od udaru pomyślałam, że może nie powinnam go przeżyć. Pamiętam, jak podejmowałam decyzję o zaprzestaniu picia, przez dwa tygodnie pomiędzy pierwszą a kolejną wizytą w poradni AA, cierpiąc na bezsenność, drżenie rąk, opędzając się od samobójczych myśli, myślałam, że jak to przetrwam,  to potem będzie już tylko lepiej. Tak jak chlając wmawiałam sobie, że gdy się obudzę następnego dnia większość problemów zniknie, tak w zaprzestaniu chlania widziałam zbawienny koniec tychże. Potem okazało się, że życie na trzeźwo jest dużo gorsze, że nie ma fanfarów, oklasków, klepania po plecach, jest gorzej bo nie ma gdzie się schować przed tym wszystkim co mnie przerastało. Kiedy po udarze w końcu uświadomiłam sobie, jakie miałam szczęście przeżywając, myślałam, że nic gorszego już mnie nie spotka, że wyczerpałam limit, dostałam drugą szansę, więc teraz będzie już tylko lepiej. Spotkanie Tomka tylko mnie utwierdzilo w tym naiwnym oczekiwaniu tęczy i aniołów. Cóż, po raz kolejny okazało się, że jestem jeszcze bardzo niedojrzała. Usłyszałam dziś bardzo dużo złych rzeczy na swój temat, bardzo dużo oskarżeń o zmarnowane dzieciństwo, dużo ostrych słów o byciu okropną,  egoistyczną, krzywdzącą matką, którą mój Syn kojarzy jedynie z krzykiem i przemocą. Patrzyłam na niego załzawionymi oczami i szukałam w nim tego błękitnookiego chłopczyka, który tak ufnie trzymał moja dłoń, ledwie chwilę temu. A potem mój świat po raz kolejny zatrząsł się w posadach a moje niedawno sklejone serce popękało ponownie. Wiem, że ma prawo oskarżyć  mnie o wiele zaniedbań, nie spodziewałam się jedynie zarzutu kompletnego braku miłości… Bycie mamą stanowiło przez 22 lata sens mojego istnienia. Kim jestem jeśli mi to zakwestionowano?