Kolejne małe opuszczenie….

Strona flightradar24.com otworzona i co chwile przeze mnie odświeżana pokazuje gdzie w danym momencie znajduje się samolot wiozący Kaja do Denver. Poleciał dziś skoro świt. Odprowadzony przez Sebastiana, wczoraj przeze mnie pożegnany wspólnie zjedzonym bajglem na obiad. Nawet się nie popłakałam. Bardziej przykro zrobiło mi się kiedy powiedział o przyszłorocznych, wspólnych z ojcem wakacyjnych planach podróży do Stanów właśnie. Z Martą oczywiście. Mieliśmy też takie plany. Na rok naszych 40stek i 18stki Kaja. Ale oczywiście kasa…..Jak ostatnio usłyszałam od byłego ” łatwiej jak każdy płaci za siebie”.  No tak nigdy nie byłam nawet w ułamku takiej zawodowej drogi a co za tym idzie nie miałam szans na zarobki powyżej średniej krajowej albo nawet minimalnej. Podobno był to mój własny wybór. Że zostałam w domu tyle lat a potem wybierałam ścieżkę zawodową pod kątem opieki nad synem, domem, psem itp. Mogłam przecież skończyć studia i robić karierę. Mogłam? No mogłam, przecież nikt mi tego nie zabraniał. Jest to przecież jakaś prawda albo jej część. Nikt mi nie kazał romansować z Szefami zamiast mozolnego pięcia się po drabince, lenić się opalając w ogródku zamiast kuć do egzaminów. Ale czy ja tak naprawdę kiedykolwiek miałam ochotę na wielką karierę? Chyba wolałam mimo wszystko być tu i teraz, uczestniczyć w życiu Kaja, choć teraz nic z tego nie mam poza wspomnieniami i wymówkami Młodego, że przecież wszystko robiłam źle. Ale muszę sama przed sobą przyznać, że dużo z tych wspomnień wywołuje mój uśmiech i rozrzewnienie, że odnajdywałam się w tym ogarnianiu rzeczywistości, harmonogramie zajęć, czułam się potrzebna i chyba teraz najbardziej za tym tęsknię. Nawet nudząc się przy biurku przez 8 godzin za śmieszną wypłatę….. Ale coś za coś, mam czas na prywatne sprawy, nie stresuje się potworzastym Szefem ani nadmiarem obowiązków. Czasem tylko martwię się na wyrost tym co czekać mnie będzie gdy firma zakończy działalność. A na razie tu i teraz jest tak jak jest i jest dobrze przecież.

trasa lotu

Reklamy

Jakiej jeszcze pokuty mam oczekiwać?

Dziś po raz pierwszy od udaru pomyślałam, że może nie powinnam go przeżyć. Pamiętam, jak podejmowałam decyzję o zaprzestaniu picia, przez dwa tygodnie pomiędzy pierwszą a kolejną wizytą w poradni AA, cierpiąc na bezsenność, drżenie rąk, opędzając się od samobójczych myśli, myślałam, że jak to przetrwam,  to potem będzie już tylko lepiej. Tak jak chlając wmawiałam sobie, że gdy się obudzę następnego dnia większość problemów zniknie, tak w zaprzestaniu chlania widziałam zbawienny koniec tychże. Potem okazało się, że życie na trzeźwo jest dużo gorsze, że nie ma fanfarów, oklasków, klepania po plecach, jest gorzej bo nie ma gdzie się schować przed tym wszystkim co mnie przerastało. Kiedy po udarze w końcu uświadomiłam sobie, jakie miałam szczęście przeżywając, myślałam, że nic gorszego już mnie nie spotka, że wyczerpałam limit, dostałam drugą szansę, więc teraz będzie już tylko lepiej. Spotkanie Tomka tylko mnie utwierdzilo w tym naiwnym oczekiwaniu tęczy i aniołów. Cóż, po raz kolejny okazało się, że jestem jeszcze bardzo niedojrzała. Usłyszałam dziś bardzo dużo złych rzeczy na swój temat, bardzo dużo oskarżeń o zmarnowane dzieciństwo, dużo ostrych słów o byciu okropną,  egoistyczną, krzywdzącą matką, którą mój Syn kojarzy jedynie z krzykiem i przemocą. Patrzyłam na niego załzawionymi oczami i szukałam w nim tego błękitnookiego chłopczyka, który tak ufnie trzymał moja dłoń, ledwie chwilę temu. A potem mój świat po raz kolejny zatrząsł się w posadach a moje niedawno sklejone serce popękało ponownie. Wiem, że ma prawo oskarżyć  mnie o wiele zaniedbań, nie spodziewałam się jedynie zarzutu kompletnego braku miłości… Bycie mamą stanowiło przez 22 lata sens mojego istnienia. Kim jestem jeśli mi to zakwestionowano?