Mężczyźni mojego życia-odc.4

Oj, jak bardzo nie mam ochoty pisać tego wpisu…ale po pierwsze obiecałam tu być szczera a po drugie miałam skupić się na facetach w swoim życiu żeby coś zrozumieć…wolałabym napisać o Tomaszu ale to chyba jeszcze nie ten moment. Poza tym On jest przecież w każdym wpisie ostatnio. Tyle juz o Nim napisałam…więc… mężczyźni w moim życiu…jak bardzo je skomplikowali to już wszyscy wiemy… Ojciec wyznaczył pewien wzorzec, wzór, do którego wpasowywałam się przez tyle lat. Ale to wszystkiego nie usprawiedliwia. Przecież wybierałam ich świadomie, może potem upijałam się przed pójściem z nimi do łóżka… tak jakbym jednak robiła to wbrew sobie.. często flirtowałam, prowokowałam i nawet jak miałam ochotę uciec, zastopować, zmienić zdanie uważałam, że już jest za późno, że nie wypada…I potem budziłam się rano pełna obrzydzenia do samej siebie i wstydu.. wystarczało do następnego razu… flirt dawał mi siłę i pewność siebie, rodzaj władzy… że niby to ja ich wybierałam i to ja decydowałam co dalej i w jakim tempie… co za bzdura… ten sam schemat przez lata.. starszy facet zwykle grubo po 40stce (sorry to było naście i dziesiąt lat temu) często mój bezpośredni przełożony zagubiony w życiu osobistym i zawodowym, zapatrzony w rezolutną śliczną młódkę, przy której mógł się wreszcie wygadać i poczuć się męski. Na tym etapie nie był ważny jego stan majątkowy ani rodzinny, do dziś nie mogę sobie wybaczyć romansu z Piotrem i rozbicia jego rodziny, łez jego żony i późniejszej jej choroby, do której na pewno się przyczyniłam. Ale ten schemat jeszcze jakoś jestem w stanie sobie wytłumaczyć. Natomiast jednorazówek bez sensu i przyszłości juz nie. Ci wszyscy faceci. Starsi, młodsi.  Często po latach już bezimienni. Jezu, nie jestem w stanie policzyć ile razy zdradziłam męża. I czego do k…y  nędzy szukałam w trenerze Kaja czy kumplu przyjaciela?? Oczywiście czasem łączył mnie z nimi niezły seks ale często to też były rozczarowania. Nie pojmuję dziś sama siebie. Próbowałam się jakoś wczuć, przypomnieć sobie co czułam i myślałam. Nie potrafię. Nie rozumiem. Jakbym wchodziła w obcą babę, puszczającą się nie wiadomo dlaczego. Tak, było mi źle w domu, tak, byłam samotna, tak, miałam furę kompleksów, z których niby mieli mnie wyleczyć. Nie wierzyłam ani w swoją inteligencję ani możliwości.  Liczyła się tylko uroda… Większość z nich z miejsca oferowała mi małżeństwo, nie mając krztyny  skrupułów wobec mojej rodziny… większość znała mojego syna, część pomagała mi w domowych obowiązkach,  był nawet taki, który dał mi kasę na gwiazdkowy prezent dla Seby… wozili mnie, karmili,  ubierali,  upijali… pewnie niektórzy nawet mnie kochali na swój sposób… tak mi dziś przykro, że byłam kompletnie nie warta obrączki na palcu… tak trudno uwierzyć, że jestem warta teraz… tak bardzo czasem się boję… I modlę się żeby nigdy nie wróciła tamta Sylwia… tak trudno pokochać teraz samą siebie wiedząc ile zła wyrządziłam kiedyś… I trudno uwierzyć, że Tomek może mnie taką kochać… z takim bagażem…

Rozmawiałam dziś z przecudowną, mądrą, wspaniałą, okrutnie doświadczoną przez życie kobietą, która tak jak ja odbudowuje właśnie swoje życie. W ogóle mam szczęście ostatnio do takich świetnych, pokaleczonych babek, których mądrość zachwyca mnie nieodmiennie równie mocno jak ich uroda. A głupota ich facetów poraża i wkurza mocno… Silne babki, znoszące przemoc, alkohol, ciężkie choroby.. a mimo to błyszczące dziś odzyskanym szczęściem… jestem dumna, że zaliczają mnie do bliskiego sobie grona… to też zobowiązuje… więc może dość już kajania się, przepraszania za przeszłość, nie mam mocy jej zmienić ale mam moc żyć inaczej, mądrze kochać, podejmować mądre decyzje, wybierać sobie na przyjaciół właśnie takich dobrych energetycznie ludzi… w końcu jestem przecież trzeźwa i nauczona doświadczeniem… Trzymam kciuki z całych sił za nas wszystkich…

Reklamy

List do S. Tylko bez nadinterpretacji….

Był sławny „List do M.”to teraz będzie do S. Synku mój najukochańszy… Już widzę jak się krzywisz…Muszę do Ciebie napisać, bo nie jestem w stanie w tej chwili normalnie z Tobą porozmawiać. Zbyt w Nas buzują emocje, mnie ściska w gardle i łzy ściekają po policzkach… A Ty negujesz wszystko co mówię i próbuję Ci przekazać i wściekasz się za te łzy, a ja nie umiem ich powstrzymać… chyba jeszcze nie dorośliśmy do tej rozmowy… A ponieważ już raz przestraszyłam się śmierci i wiem jak niespodziewanie przychodzi i jak szybko zmienia nasze plany wolę napisać do Ciebie parę słów, które nie zginą. I upoważniam niniejszym Was moi drodzy czytelnicy do wpuszczenia dziecka mego na ten teren , gdy nadejdzie taka potrzeba…i może to zrobić każdy z Was gdy uzna,że jest na to moment. Oczywiście gdy sama już nie będę mogła o tym zdecydować. Ufam Wam… Zatem. Mój Drogi, przede wszystkim chciałabym Cię prosić o wybaczenie. Że nie byłam taką matką jaka sprostałaby Twoim oczekiwaniom. Że myliłam się ciągle, że byłam agresywna i zła, że płaciłeś za niespełnione marzenia i nieudane życie miłosne. Że byłeś świadkiem rozpadu naszej rodziny przez tyle lat, a przede wszystkim, że porzuciłam Cię dla durnego zatrzepotania serca i głowy , że śmiałam wyrzec się Ciebie, uciec przed byciem matką, że zapłaciłeś za moją niedojrzałość i niewyleczone traumy. Nie usprawiedliwia mnie to czego się dowiesz z tego bloga. Fakt spieprzonego w dzieciństwie poczucia moralności , mylenia wiecznego pożądania z miłością, szukania wciąż i wciąż od nowa czegoś co nieznajdywalne…Ojciec mnie wypaczył. Niestety zbyt późno dotarły do mnie konsekwencje Jego błędów. Zbyt dużo procentów przyswoiłam po drodze. Tak , to prawda, nie planowałam macierzyństwa ani małżeństwa. Ale to na prawdę nie znaczy , że nie kochałam Cię od chwili kiedy Cię ujrzałam a nawet wcześniej gdy byłeś tylko rojem motylków w moim brzuchu…twoje piękne granatowe oczy, Twoje paluszki zaciskające się na moich, Twoja zależność od nas… potem Twój indywidualizm od pierwszych słów wypowiadanych, własnoręcznie od zawsze obierany kierunek, Twoja nieugięta chęć samodecydowania i samoistnienia…. Niełatwo Cię kochać… Z Twoim obruszaniem się na każdy dotyk czy przejaw troski…. A kocham Cię całym sercem… Oddałabym Ci świat zapakowany w kokardkę, wyprostowałabym każdy zakręt na życiowej drodze, usunęła każdy kolec, wyeliminowała każdą bakterię czy wirus latający wokół, odsunęła wszystkich krzywdzących Cię ludzi… Nie do zrobienia, wiem…Już zawsze będę drżała o Twoje bezpieczeństwo… W taki sposob kocham… Nie umiem inaczej… Choć zmuszam samą siebie wciąż i wciąż od nowa do odpuszczania, odsuwania się, puszczania Cię wolno…. Kochanie postaraj się mnie zrozumieć, jesteś sensem mojego istnienia, moim głównym powodem do życia, do walki…. Byłeś inspiracją moich życiowych zmian, dla Ciebie także wytrzeźwiałam, także dla Ciebie robiłam pierwsze kroki w szpitalu… Żebyśmy mieli szansę na normalną rozmowę kiedyś, żebym mogła kiedyś wytłumaczyć , wyjaśnić….żebym mogła iść jeszcze kiedyś z Tobą niekoniecznie za rękę… Wiesz czemu wciąż chcę Cię przytulać ? Bo pragnę nadrobić ten czas kiedy bałam się to robić, żyłam w strachu, że to co zrobił mój Ojciec zaraźliwe było i w jakiś sposób przeszło na mnie, bałam się zrobić Ci krzywdę… Tym bardziej , że przy ciągłej nieobecności Ojca Twego , na Ciebie podświadomie kładłam rolę faceta w domu…A przecież miałeś być dzieckiem….Może dlatego wciąż nie mogę przestać traktować Cię jak dziecko… Najdroższy , dużo w tej naszej relacji bólu, nieprawidłowości, kłamstw, przemocy… Mam nadzieję, że zanim przeczytasz te słowa zdążymy coś naprawić… że znów mi zaufasz i uwierzysz i zaakceptujesz to , kim się po udarze i przejściach zeszłego roku stałam…. Kocham Cię i modlę się za Ciebie i Twój świat…

Mężczyźni mojego życia – odc.3

Jak żona Lota…

pełnymi szczęścia oczami spojrzałam w Twoje
i skamieniałam
w środku
na zewnątrz uwodziłam tysiące uśmiechów i parę spojrzeń
ale w głębi
był mrok , gruz i popioły
cicha melodia powoli zanikająca

jednym zamaszystym ruchem
skreśliłam wszystko
zapaliłam zapałkę i podpaliłam
a Ty
odwróciłeś się nie zauważając pożaru
straż nie przyjechała
przeciwnie – ktoś dolał oliwy
i jak po trzeciej wojnie –
strach , pragnienie , niepokój
strzępki jak w ostatnim wierszu

ręce pachnące jeszcze Tobą
usta krwawe od gorących myśli
ale oczy
już skamieniały…

14.02.1993 (popraw.)

Ten stary wiersz chyba najlepiej oddaje charakter mojego małżeństwa…Totalne niezrozumienie wzajemne, zupełnie inne oczekiwania od życia, inne marzenia, inne priorytety, straumatyzowane dzieciństwo jednego i młodość drugiego….To się chyba nie mogło udać… Nie na takim etapie naszego życia….Dwójka gówniarzy kłócących się zawzięcie prawie od samego początku udawała przed sobą i innymi, że jest gotowa na dorosły i dojrzały związek tylko dlatego,że stworzyli nowego człowieka…

Poznali nas ze sobą nasi przyjaciele Mariusz i Joanna, sami będący wówczas parą.( jakże nabijaliśmy się z ich słodkości wzajemnych , teraz sama tak się zachowuję ciesząc się z tego codziennie…)Dyskoteka na łódzkim osiedlu studenckim, Twoje opowieści o wymarzonym przeze mnie Paryżu, mój czarny stanik pod głęboko rozpiętą białą koszulą…Każde przyszło z kimś innym, ale  noc spędziliśmy gadając ze sobą… Potem ten słynny telefon : ” Cześć czy boli Cię jeszcze głowa??”. A potem poszło…. imprezy, spacery, rozmowy, wyznania,Zaręczyny przed Katedrą i nagle okazało się,że to jednak nie skórka od pomidora usiadła mi na żołądku….I decyzja podjęta przez nasze rodziny niejako poza nami, obok nas….. ślub organizowany w pośpiechu jakimś, pomiędzy gonitwą przedświąteczną, chorobą i śmiercią mojej Babci… I ta pewność rankiem 6-go stycznia podpowiadająca „nie rób tego…”i to pieprzone „jak się rozwiedziesz to zadzwoń…”… głupia sucz popsuła mi całe wesele… Dziś nie miałaby takiej mocy…. To pewnie też coś znaczyło. Jak bardzo niepewna byłam siebie i Ciebie..A może było klątwą na nasze małżeństwo rzuconą przez zakochaną w Tobie pannę w czerwonym berecie? Tą co wg słów Twojego Ojca ” do rozporka Ci wchodziła”… Boże ile ja szczegółów pamiętam….Moje przerażenie kiedy pierwszy raz usłyszałam ” żono”….Pomruk moich klasowych kumpli z Michałem na czele…. tyle sygnałów…. tyle znaków…. Wesele pod znakiem żałoby…. rosnący brzuch….Młodego ślady stopy lub dłoni na skórze… Twoje dłonie śledzące jego kopniaki…. Strach przed utratą tej ciąży… Poród wielogodzinny, wspólny i wreszcie „mamy Syna!!”. te paluszki maleńkie zaciskające się na naszych, granatowe oczy , sen czujny i czuwanie każdonocne….. Ojciec mój wyręczający Cię z ojcowskich obowiązków, bo Ty ciągle w pracy, tak, wiem , ktoś musiał pracować….Samotność dotkliwa już wtedy… Poczucie nie bycia Twoim priorytetem. Z resztą Ty moim też nie byłeś….tak na prawdę spieprzyliśmy to już wtedy, na samym początku… kłótnie gorące, jakaś przemoc, rzeczy fruwające przez okno, wtedy już zaczęliśmy żyć osobno, Twoi znajomi, moi znajomi… osobne imprezy, spotkania, wyjazdy… Twój romans z koleżanką z pracy (!) , moje romanse…. coraz częściej pojawiający się alkohol…. Wyjazd do Poznania… Pewnie mógłbyś spytać po co Cię goniłam?…nie wiem , tak samo jak nie wiem czemu rok temu nie wyobrażałam sobie życia bez Ciebie… Czego tak straszliwie się bałam?? Mam obok siebie cały zeszyt zapisany listami do Ciebie z tamtego okresu….Mam też przed oczami historię naszego małżeństwa pisaną dla prawnika. 17 zapisanych stron , pełnych dat, faktów, o których nie zawsze chciałabym pamiętać, naszych kłótni, rozstań, ucieczek, porzucań wzajemnych, wszystkiego, co uświadamia mi jaką krzywdę sobie nawzajem wyrządziliśmy, jak cierpiał przez nas nasz Syn….Ile straciliśmy nawzajem czasu, nerwów, życia ile nam uciekło… żałuję tego wszystkiego,zapisek z 26.06.2016: ” Gdybym mogła cofnąć się do siebie sprzed 21 lat i gdybym umiała do siebie przemówić poradziłabym samej sobie nigdy nie wychodzić za Ciebie za mąż.Powiedziałabym  <Urodź Syna i wychowuj go sama>< to i tak nie będzie trudniejsze niż małżeństwo z Nim>żałuję ślubu z Tobą. żałuję tego , że gdy w końcu po tylu latach Ci zaufałam zostałam zdradzona , i nie mówię o zdradzie fizycznej. (…) Wolałabym nigdy nie być Twoją żoną , nie przeżyć tych 20-stu lat niż teraz zostać rozwódką, Twoją ” byłą żoną” ” pierwszą żoną”…nigdy nie powinniśmy się spotkać.Nigdy nie powinniśmy być razem. Nasze  światy się różnią, nasze poglądy są inne. Mamy inne priorytety. Inaczej traktujemy pracę. Inaczej rodzinę.Mamy inne podejście do ludzi.Inną wiarę. Inne poczucie humoru. Inne wartości. Nic nas nie łączy. Nie mamy ze sobą nic wspólnego. Nawet Kaj przez tyle lat nas nie połączył. żałuję, że byłam niemądra i nie umiałam podjąć decyzji, którą przecież miałam gdzieś w środku. żałuję tych lat sklejania tego co było nienaprawialne od samego początku…”.ot, jak już wtedy potrafiłam na to spojrzeć. teraz nie ma we mnie tyle żalu i poczucia straconego czasu. Wręcz przeciwnie ,  bliżej mi do myśli, że dzięki tym wszystkim doświadczeniom, jestem teraz taka jaka jestem , stałam się lepszym człowiekiem , potrafię wreszcie bez strachu okazywać Ukochanemu uczucia, nie węszę wszędzie podstępu ani zdrady, jestem szczera, niczego nie udaję… Stałam  się taka jaką zawsze chciałam być…Dużo w tym „puchatym zeszycie” , który podarowałeś mi mówiąc ” pisz, lubisz to robić, jesteś w tym dobra”, złości, przekleństw, obarczania Cię winą za wszystko, ale też dużo samoobserwacji , wniosków wyciąganych z bólem, świadomości własnych win….Cóż Mężu Mój wciąż jeszcze oficjalnie, choć coraz bardziej obcy Człowieku, nie udało nam się coś co właściwie nie miało prawa się udać , nie wtedy, nie z takimi Nami, nie w taki sposób. Ponosimy za to oboje winę i jakoś będziemy musieli z tym dalej żyć. Poza tym przecież przydarzyło się nam dużo fajnych rzeczy, mamy najwspanialszego Syna pod słońcem, dużo przeżyliśmy przy sobie „pierwszych” doświadczeń, dużo się też nauczyliśmy zapewne. Więc niech „nam ziemia lekką będzie”.Zakończmy to małżeństwo z odrobiną choć szacunku do siebie nawzajem. I choć nie planuję brać ślubu w Twojej obecności, wierzę, że jeszcze kiedyś normalnie porozmawiamy. tylko przestań się bać takiej rozmowy, nie ściemniaj, nie udawaj kogoś innego, nie graj , bo to i tak niczego nie zmieni. I nie rań mnie już więcej,. Pozwól żyć bez Ciebie już, w szczęściu i poczuciu spełnienia….

Seks nasz powszedni…

Seks… temat tabu? czy temat do wycierania dupy wykorzystywany przy byle okazji? Kiedyś dla mnie powód wstydu i zażenowania, naznaczony piętnem traumy z dzieciństwa….Potem problem dziewictwa, którego chciałam się pozbyć jak klątwy jakiejś….Potem kolejni partnerzy, zarówno życiowi jak i przez chwilę goszczący w życiu moim za pośrednictwem ciała mojego…. Z biegiem lata coraz starsi i bardziej tatusiowaci…. Ile lat zajęło mi zrozumienie, kogo w nich szukałam i jak naiwnie myliłam miłość z pożądaniem…. Szukanie złudnego bezpieczeństwa w zastępstwie Ojca, szukanie kogoś kto się zaopiekuje, utrzyma, pozbawi problemów, obroni jak to Ojciec powinien. Z biegiem czasu coraz więcej alkoholu trzeba było żeby samą siebie oszukać. Dopiero wiele sesji terapeutycznych później zrozumiałam, że coś co wydawało mi się dawno zaleczone wciąż jątrzy się i zatruwa całe moje życie.I tak za późno żeby uratować rodzinę i małżeństwo….Ale wystarczająco w czas aby się zakochać , mam nadzieję po raz ostatni, i żeby seks stał się tym czym być powinien – formą okazania uczucia, zabawą dwóch dojrzałych osób ufających sobie , radością życiową a przestał być walutą, towarem handlowym, czymś za coś…. Wdzięczna jestem, że udało się jeszcze….

1 listopada – dzień zadumy choć nie nad Zmarłymi…

1 listopada…Czas wspomnień,zadumy,rozmyślań…Mnie też wzięło…

Wczoraj znów miałam okazję zweryfikować to co do tej pory myślałam o S.I znów pełno we mnie pytań o własną dotychczasową ślepotę, o uporczywe trzymanie się wiadomej choć raniącej i nie dającej szczęścia relacji, o sens tych ponad 22 lat.

Mój Syn pojechał z Ojcem do naszego rodzinnego miasta. Pobyć razem, odwiedzić groby itp. Okazało się, że także po to by pobalować. Mojego Męża niczego nie nauczyły dotychczasowe doświadczenia. Ani eskapada na zlot motocyklowy sprzed paru lat kiedy sytuacja była prawie identyczna, ani parę akcji z nastoletnim Młodym. Nadal nie nauczył się być Ojcem a nie kumplem. Jest Faderem, Wściekłym ale nie Tatą. Nigdy nie zapomnę nocy sprzed paru miesięcy, kiedy obudziłam się z płaczem i krzykiem po koszmarnym śnie i kiedy K. po uspokojeniu mnie powiedział, że gdybym tylko Go poprosiła to stanąłby przeciwko Ojcu w sądzie ale nie może bo przecież to on Go utrzymuje… Jezu, pomyślałam, jakie straszne i nieodwracalne błędy popełniliśmy w wychowaniu tego młodego człowieka, jeśli Ojciec jest dla niego portfelem… W każdym razie S. dopuścił do tego żeby Młody znieczulił się do nieprzytomności, dopuścił do eskalacji uczuć, które z płaczu i pijanego „nie zapomnij o mnie” przerodziły się w wyzwiska, inwektywy, oskarżenia i agresję fizyczną wreszcie. Potem rozdzieleni przez kumpla S. Ojciec i Syn rozstali się w pijackim niebycie. K. skończył u Bona w domu bez butów, kurtki i portfela, bez kart, dokumentów itp. a S. w hotelu bez Syna nie odbierając telefonów. Skąd to wszystko wiem? Gdyby sytuacja potoczyła się inaczej żaden z nich nigdy by się przede mną do niczego nie przyznał ale Bono zadzwonił do mnie o wpół do czwartej nad ranem chcąc zawiadomić chociaż jednego z rodziców, że ich Syn żyje i jest pod jego opieką. Cisną mi się na usta najgorsze przekleństwa. Jak można do cholery zostawić własne dziecko na ulicy w stanie totalnego upojenia alkoholowego i potem Go nie szukać? Jak można nie odbierać telefonów? Jakim trzeba być człowiekiem, jeśli w ogóle, żeby tak się zachować i następnego dnia normalnie patrzeć w lusterko?? Co stało się ze mną, że nie widziałam tyle lat jakim jest człowiekiem Mój Mąż? Na co Go stać? Co ukrywa? Kogo gra? Nic nie jest w stanie dla mnie usprawiedliwić takiego zachowania.

I to kolejna do kolekcji „tego Ci nigdy nie wybaczę” kartka z kalendarza. Zaraz obok marcowego niedzielnego wieczoru kiedy zaryczana, przerażona przyznałam się do przegrzebania telefonu S. i błagałam żeby nie wyjeżdżał, żebyśmy porozmawiali bo boję się tego co się dzieje a On ze smutnym uśmiechem pogłaskał mnie po twarzy tłumacząc, że ma bardzo ważny czas w pracy, wizytację Szefa z Francji i no po prostu nie może zostać. Po czym zamknął za sobą drzwi i pojechał pieprzyć się przed kominkiem w przepięknych górskich krajobrazach z nową miłością swojego życia. I tuż obok wielomiesięcznych licytacji prawniczych, urwania mi z alimentów 150 zł przy kilkudziesięciotysięcznych zarobkach i wciśnięcia w treść porozumienia sformułowań typu „eksmisja”…

Dlaczego akurat dziś ze mnie się to wszystko wylewa? Właśnie ze względu na czas zadumy i wspomnień. Bo blakną mi wszystkie dobre przeżycia, wszystkie dobre chwile, wszystkie wspólne radości, bo ginie mi gdzieś przekonanie, że coś jednak Nas łączyło, bo mimo coraz większej świadomości własnych błędów i dużego własnego udziału w rozpadzie Naszego małżeństwa coraz bliżej mi do nienawiści i wściekłości większej niż chwilę po Jego wyprowadzce.

Pamiętam jednak wciąż, że za coś Go pokochałam, z jakiegoś powodu wyszłam za Niego i stałam u Jego boku tyle lat. Tylko za cholerę nie mogę sobie przypomnieć co to było takiego…

A może ma rację Mój Syn mówiąc, że miłość nie istnieje. Istnieją tylko egoistyczne pobudki do tego by z kimś być. Seks, strach przed samotnością, wspólne odliczenia w PITach, łatwiejsze zaspokajanie swoich potrzeb, iluzja poczucia bezpieczeństwa, dostępniejsza pomoc domowa, towarzystwo… A jak tylko to wszystko staje się atrakcyjniejsze z kimś innym dbając o swój komfort przenosimy się bez zbędnych rozterek.

Nie chcę tak myśleć.Na prawdę nie chcę. Chcę wierzyć w Miłość, Przyjaźń, bezinteresowność, Dobro. Chcę wierzyć, że następnym razem się uda. Że, jasne, to straszne, że Nam nie wyszło, ale tym razem „nie opuszczę Cię aż do śmierci” będzie znaczyć dokładnie to co znaczy.

Mężczyźni mojego życia – odc. 2

24 czerwca 1996 r. przyszedł na świat Mój Syn. Nieplanowane największe życiowe moje osiągnięcie. Ponad 20 letni dziś młody Mężczyzna, któremu niedojrzałość Rodziców na pewno mocno pomieszała w głowie. Który jako nadwrażliwy ADHDowiec dużo widział i przeżył zdecydowanie za dużo. Któremu raczej nie daliśmy poczucia stabilizacji ani bezpieczeństwa. Który wyniósł z domu bagaż kłótni, wyprowadzek, wzajemnych oskarżeń, braku zaufania. Którego zostawiłam odchodząc od Jego Ojca do innego faceta w pijackiej euforii i przekonaniu, że trafiłam na miłość życia wobec której nie liczy się nawet macierzyństwo.

Przystojny młody człowiek, student dziennikarstwa, zapalony kiedyś gitarzysta dziś swą miłość do muzyki realizuje w muzycznych audycjach na antenie studenckiego radia. Inteligentny, bystry, ironiczny. Niestety zamknięty w sobie i głoszący wszem i wobec jaki to świat jest bezduszny i fałszywy.

Urodził się po 16,5 godzinach porodu, wyciągany siłą ze mnie. Bardzo długo miał lekko spłaszczoną główkę. Zachwyciły mnie jego granatowe oczy, maleńkie piąstki zaciskające się wokół mojego palca, niepowtarzalny zapach. Byłam młoda, niedoświadczona, zbuntowana, niepewna. Kompletnie nie gotowa na rolę matki. Tak na prawdę uczyłam się na Nim i pewnie nie najlepiej mi to wyszło…

Alergik od samego prawie początku. Chorowity. Zbuntowany jeszcze zanim umiał powiedzieć jak ma na imię. Indywidualista. Nauczył się czytać, kiedy miał 4 lata, ale wiązać sznurówki dopiero w podstawówce. Odważny. Przedszkolny i szkolny rozrabiaka ze złotym sercem – do końca zycia nie zapomnę jak Jego wychowawczyni opowiadała mi jak stanął w obronie nadmuchiwanej przez kolegów żaby. Jako chłopak lubił występować. Konkursy wokalne, przedstawienia szkolne. Byłam pewna, że trafi do filmówki. Naśladował Timberlake’a, RedHotsów. Kochał się zazwyczaj w najbardziej obleganych dziewczynach – bez powodzenia. Pierwsza wielka love w gimnazjum była najbardziej burzliwą, jaką tylko można było sobie wyobrazić. Według mnie do dzisiaj zbiera żniwo tamtych emocji a Jego obecna Dziewczyna odczuwa dystans wynikający z tamtych przeżyć. Bardzo długo widziałam w Nim swój słomiany ogień, swoje uczucia palące do szczętu. Z nikim nie potrafiłam się tak pokłócić jak z Nim, nikt nie umie tak wyprowadzić mnie z równowagi, jednocześnie dla nikogo innego nie złamałabym wszystkich przepisów drogowych i zasad zdrowego rozsądku dostarczając Mu na dworzec zapomniany bilet na koncert.

Aktualnie żyjemy w pewnym dystansie. Obojga nas dotknęło moje rozstanie z Jego Ojcem, choć każdego na swój sposób. Zaczął nowy etap w swoim życiu wyprowadzając się „na swoje”. Widzę, że przeżywa zmianę rodzinnej sytuacji mocniej niż mi się wydawało, mimo tego, że oczywiście deklaruje swą całkowitą obojętność.

Wyrządziłam Mu wiele krzywd. Nie będąc gotowa na macierzyństwo, nie umiejąc zrezygnować ze swojego egoizmu, tkwiąc w nieszczęśliwym związku z Jego Ojcem tyle lat, chlając, przerzucając na Niego rolę Mężczyzny w domu podczas ciągłej nieobecności męża, potem lecząc się w trudzie i znoju przeżywania na trzeźwo każdego dnia. Był świadkiem dramatów, łez, braku szacunku, przemocy. Nigdy nie wybaczę sobie, że rozstając się z Jego Ojcem, porzuciłam Go. Nigdy nie zapomnę Jego spojrzenia, kiedy mówiłam Mu, że się wyprowadzam. Nigdy nie pozbędę się poczucia winy, kiedy przypomnę sobie ile razy usypiałam Go wieczorem w stroju wyjściowym i szpilkach, spiesząc się na kolejną randkę z kolejnym facetem – pomyłką, by wrócić rano zanim się obudzi.

Ale też nigdy nie zapomnę jak siedział obok mnie płaczącej po śmierci Ojca i trzymał mnie za rękę. Jak w piątkowe wieczory słuchaliśmy Listy Przebojów Niedźwiedzia. Jaka dumna byłam oglądając jego szkolne występy.

Nieodmiennie zachwyca mnie Jego głos w radio. I nieodmiennie się wzruszam kiedy widzę jak dorasta.

Nigdy też nie przestanę dziękować Bogu za Niego.

Kocham Cię Synku.

https://www.youtube.com/watch?v=_-clFZFdLQk

Mężczyźni mojego życia – odc.1

Otrzymałam od terapeuty zadanie: zastanowić się nad mężczyznami w moim życiu, nad ich rolą, nad miejscem, swoimi oczekiwaniami wobec nich, tym, co rzeczywiście dostałam, co mi zabrali, co im dałam…

Nimfomanka…

ojciec był jej pierwszym kochankiem
każdy następny zastępował jej ojca

przyjaźń zawsze myliła z miłością
a seks z bliskością dusz

nauczyła się pięknie usprawiedliwiać
spłacać grzechy dobrymi uczynkami

teraz się boi
tylu mężczyznom dała kawałek siebie
czy nie zabraknie jej do końca życia?

30.10.2007

Pierwszy był ojciec. Kiedyś Tata, Tatuś… Zdrobniale i z dużej litery. Dziś ojciec. To i tak dużo. Obiektywnie wspaniały facet, może nieco porywczy, cholernie emocjonalny, z resztą mam to po nim. Mówili o nim „dobry człowiek z sercem na dłoni”.  Pomagał ludziom. Dużo rozmawiał, potrzebował kontaktu z innymi – to też mam po nim. Zwierzał się. W ostatnich miesiącach choroby częściej „obcym” niż nam. Co pamiętam? Że nauczył się gotować i robił to świetnie. Że uwielbiał przemeblowywać mieszkanie, co chwilę coś przesuwał, przestawiał, wbijał gwoździki… I że jeśli kupił sobie jakiś nowy ciuch musiał go założyć najpóźniej następnego dnia – też mam to po nim. Ale pamiętam też dwie potężne awantury rok po roku, kiedy oboje z mamą wrócili z jakiejś imprezy mocno wstawieni i kiedy ojciec uderzył mamę.. Położyła się potem koło mnie a ja musiałam ojca wyrzucić z mojego pokoju. Podobno był zazdrosny. Podobno też lubił seks o wiele bardziej niż mama i potrzebował go o wiele bardziej niż ona. Czy dlatego popierdoliła mu się dojrzewająca córka z obiektem seksualnym? Nie pamiętam ile miałam lat. Po pierwszej miesiączce to na pewno. Obudził mnie w nocy, kiedy usiadł obok na łóżku. Rozpiął mi guziki od piżamy, położył moja rękę na swoim kroczu i wsadził mi swoją rękę w spodnie. Pieścił. I uciszał szeptem. I szeptem mówił też jakieś niby czułości. Dostałam orgazm. Nie pamiętam czy pierwszy w życiu – chyba nie. Wcześniej chyba sama odkryłam masturbacje. Ale na pewno pierwszy, do którego doprowadził mnie ktoś inny. Potem wstał i poszedł. Nie pamiętam czy coś powiedział na koniec. Nie pamiętam, kiedy zasnęłam. Czy coś myślałam? Czy chociaż raz zastanowiłam się nad możliwością krzyku, odepchnięcia jego ręki, ucieczki? Czy mama była obok w pokoju? Tyle rzeczy wymazałam. Pamiętam tylko, ze to trwało jakiś czas. Ze przychodziłam do niego w ciągu dnia, siadałam na kolanach i domagałam się pieszczot. Jak długo? Nie mam pojęcia. W końcu przestałam pozwalać mu się dotykać. I od tej pory przestałam też przytulać się do niego, dawać buziaki na dzień dobry. Zaczęłam unikać kontaktu fizycznego.

Do niedawna jeszcze sama myśl, sama próba opowiedzenia tego komuś wywoływała we mnie mdłości i takie dziwne uczucie w żołądku i w gardle. Teraz już potrafię o tym mówić. Teraz już nie wstydzę się tego. Nie obwiniam. Nie mam żalu do tej młodej dziewczyny, dziewczynki właściwie, którą byłam. Teraz już wiem, że córka kochająca bezgranicznie swego ojca zagubiła się w tym, co wolno było mu zrobić, nie znała jeszcze granicy swojej cielesności, przeczuwała jedynie, że coś jest nie tak.

Wiele, wiele lat zajęło mi dojście do takich wniosków. Wiele lat ucieczki, wymazywania, chlania, szukania zastępstwa, rozpieprzania swoich związków tak na wszelki wypadek. Myślę, że nawet rozpad mojego małżeństwa ma z tym ogromny związek. Ale to już temat na kolejny wpis…

stripped teddy