Jestem wqrwiona…

Jestem zła. Jak osa. Na siebie, na to, że w drodze do pracy wszyscy mnie wyprzedzają, na to, że męczy mnie 50 schodów na moje drugie piętro w pracy, że zapominam różne rzeczy, że pomijam różne rzeczy np ucząc się teraz w nowej pracy kolejnych kroków księgowania w programie komputerowym zapominam np o zmianie daty i wszystko się sypie, albo zadowolona z siebie wręczam koleżance, na której miejsce przyszlam gotową listę i słyszę „zapomniałaś opisać tu na górze”. Wczoraj aż wyżaliłam się riskowym królowym, że mam wrażenie, że moje koleżanki z pokoju obrabiają mi dupę za plecami i patrzą wrogo i gadają tylko między sobą… Czyżby wiedziały skąd się tu wzięłam? I snują spiskowe teorie? Albo chcą zrobić wszystko żeby się mnie pozbyć? Mimo wszystko chyba najbardziej rozczarowuje mnie moja głowa. Do tej pory po udarze raczej miałam sukcesy, cieszyłam się jak głupia, że tak szybko przyswajam wiedzę na kursie z Excela, że zlecone w Profesji zadania robię błyskawicznie. Poza nudą w Rensys też ogarniałam wszystko raczej. Dopiero tu zetknęłam się z jakąś ścianą w swojej głowie. Staram się ją przebić ale… Czuję opór… Przypomina mi się wata która  owinęła mi mózg tuż po udarze. Wtedy miałam wrażenie, że wszystko dochodzi do mnie zza mgły, z daleka, po czasie… To wrażenie zniknęło dopiero w domu po powrocie z Piasek. Teraz nie jest dokładnie tak samo. Trochę jakbym swoim starym fordem cisnęła gaz do dechy a on biedak próbował wycisnąć z siebie więcej a robił tylko smutne wrrrrr… Prawda jednak jest taka, że do tej pory nie stawiałam przed moim mózgiem większych wyzwań. Od wieków nie czytałam. A filmowa papka z Netflixa raczej nie wymaga wysiłku. Wkurza mnie lewa stopa lecącą w lewo przy każdym kroku i wymagającą spiny, żeby znów jej nie skręcić. Wkurza mnie ciało nie takie jakbym chciała. Wkurza mnie, że nie mogę jeść tego co lubię, w takich ilościach jak lubię bo przecież chcę schudnąć. Wkurza mnie niedobór finansowy. Qrczę…. I to wszystko pomimo mnóstwa dobrych słów, które usłyszałam m.in. od loverek.

Kajutek…

Czerwiec. Niedługo urodziny Młodego. I jak co roku zalewa mnie fala wspomnień. Piękne granatowe oczy przywiezionego ze szpitala niemowlaka, wypuścili nas wcześniej z obawy przed jakimś zakażeniem, pierwszą noc spał z nami w łóżku, w ostatnim momencie złapałam rękę Seby nad głową maleństwa. Wydawał się taki drobniutki. Ukochany przeze mnie komplecik w zielone żabki uwieczniony na ulubionym zdjęciu z tego okresu. Pierwsze urodziny w Ustroniu, przez długi czas rokrocznie spędzaliśmy tam parę tygodni wakacji. Tam nauczył się chodzić. Wafelki od lodów dostawane w gratisie prawie w każdej mijanej lodziarni. Chyba w okolicach jego drugich urodzin byliśmy w towarzystwie Madzi i jej brata albo faceta, nie pamietam. Wypuściliśmy się na miasto gdy Młody zasnął. Wróciliśmy prawie nad ranem w stanie oczywiście wskazującym a Kajutek obudził się wyspany całkowicie i chyba do szóstej rano czytaliśmy Mu na zmianę Kubusia Puchatka. Jedno z moich ulubionych zdjęć : Młody siedzi na starym rozkładanym fotelu w naszym mieszkaniu w Łodzi, przed nim kuca Sylwek i posyłają sobie buziaki, a światło wokół jest magiczne jakoś… Uwielbiałam weekendowe przewalanki w łóżku, z kawą i odpowiadaniem na setki pytań. Ale pamiętam też swoją złość i krzyk kiedy absolutnie nie usłuchany Kaj pokazywał swoje zdanie. Strasznie chciałabym jeszcze raz przeżyć Jego dzieciństwo. I dać mu tyle miłości i czułości na ile zasługiwał. Dorastanie Młodego, czas przedszkolno-szkolny to już głównie nerwy, pośpiech, wysłuchiwanie pretensji nauczycieli.. Ale też występy na szkolnych festynach. Jaka byłam z Niego dumna. Szkolne miłostki przeżywane bardzo intensywnie. Z ulgą odetchnęłam jak zdał maturę. Licealna miłość, żywiołowa i strasznie niepoukładana. Noce nieprzespane na tłumaczeniu zawiłości ludzkich uczuć. Jego łzy, które zawsze rozdzierały mi duszę. A potem już coraz więcej złości, wzajemnych pretensji i niezrozumienia. Krzyk. Łzy. Czyli wszystko za co odpłaca mi dzisiaj. Choć teraz jest całkiem nieźle, rozmawiamy trochę przez telefon, co nieco wiemy co u nas. Jutro odbiera samochód, pierwszy samodzielnie kupiony i spłacany przez ileś najbliższych lat. Jedzie do Mamy do Łodzi na jej urodziny, potem do Seby do Wawy. Tęsknię za Nim. I bardzo chciałabym żebyśmy znaleźli w sobie odwagę i chęć do poważnej rozmowy. O tym co było. Chciałabym żeby potraktował moje przeprosiny poważnie i zrozumiał je. Może w którymś kolejnym czerwcu się uda. Najlepszego Synku. Trzymam za Ciebie mocno kciuki. I jestem z Ciebie bardzo dumna.

Back to work…

Wróciłam do pracy. Takiej na najwyższych obrotach. Ostatnie lata u Romualda a nawet chwila w Profesji to był pikuś. Armia. Pracownik oczywiście cywilny. Finanse. Dużo, bardzo dużo do zapamiętania. Szybkie tempo. Czas goni. Notatki, notatki. I przerażenie. Bo nie wiem czy dam radę. Czy mój przecież jakoś tam dotknięty mózg podoła. Czy moje ciało wytrzyma stres. Na razie padam do wyra zaraz po powrocie. Tym bardziej, że zaczynam o 7!!! Tak dobrze przeczytaliście, ja wstaję o 5,30 i zaczynam pracę o 7 rano. Plusem jest bliskość i spacer na pieszo do jednostki. Mam bardzo dużo wątpliwości i obaw. Chyba jeszcze nigdy nie podchodziłam tak do nowej pracy. Może to wiek, może świadomość własnych ograniczeń i strach żeby sobie nie zaszkodzić. A może świadomość, że ktoś za mnie poręczył i nie chcę zawieść oczekiwań? Tomaszek wspiera dzielnie, choć chyba tak do końca nie rozumie. A ja od dwóch dni mam oczy na mokrym miejscu i użalam się nad sobą. Może to tylko okres i pełnia. Ale jeśli możecie proszę prześlijcie mi trochę siły i optymizmu. Bardzo mi tego teraz potrzeba.

Izolacja nie jest moim naturalnym stanem…

Wczoraj zerwałam się ze smyczy. Skuszona słońcem i temperaturą zaciągnęłam Tomka i Freję na spacer do lasu koło Dąbrówki. Godzina po lesie. Nie dość, że w moich ulubionych okolicach bo przecież wciąż kocham tamten las i zapach wspomnień to jeszcze las jako taki, który chyba nie tylko dzięki imieniu uwielbiam . Las wiosną zawsze mnie przyciągał. A śpiące lenistwo ostatnich dwóch tygodni musiało że mnie wyjść. Wracałam z językiem na wierzchu i prawie łzami w oczach ze zmęczenia. Freja polatała bez smyczy, swobodna, z nosem w patyczkach, oczami za każdym motylkiem. A potem zachciało mi się kwiatków. I pojechaliśmy do ogrodniczego. I tak, olałam zasady izolacji. Bo w sklepie jednak trochę ludzi było. Kupiłam bratki, stokrotki, tylko lawendę ominęłam tym razem, bo była brzydka. Po powrocie spałam jak zabita. Obudziłam się gdy już zmierzchało i przez następną godzinę te kwiatki sadziłam. Chyba schudłam przez to wszystko jakieś 500 g. Zmęczył mnie ten wczorajszy dzień ale tak zdrowo, poczułam się jakby świat nie stał w miejscu. Przez chwilę… Przez chwilę było normalnie…

Poniżej wklejam link do innego bloga. Bo to jest dokładnie to, co teraz myślę. To są moje wątpliwości i strachy…

Dlaczego akurat teraz warto porządnie posłać swoje łóżko

Wirus w koronie (tytuł podpatrzony gdzieś w internetach)

Poddaliśmy się dobrowolnej kwarantannie w lekko zmodyfikowanym zakresie. Dlaczego? Bo mój Mąż bagatelizując wszystko, czego bezpośrednio nie doświadczył, był prawie tydzień w Niemczech w delegacji. Dopiero po mojej awanturze ją skrócił i odwołał najbliższe wyjazdy. I dopiero wtedy Jego szef podjął decyzję o czasowym zawieszeniu tychże. Ja od dwóch dni leżę z lekkim przeziębieniem, trochę kataru i stan podgorączkowy ale zgłosiłam w pracy, że Tomasz wrócił „stamtąd” i od poniedziałku będę miała home office. Chyba. Nie zrezygnowaliśmy całkowicie z wyjść no bo przecież jest Freja ale zdaje sobie sprawę z ryzyka. W ogóle mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony nie chce być przewrażliwioną panikarą a z drugiej się jednak boję. Bo przecież mam kiepską odporność i cholera wie co by było gdyby… Zakupy oczywiście zrobiłam trochę większe, dużo do zamrażalki, na najbliższe dni wystarczy. Więc ja leżę i mówię Tomaszowi co ma ugotować. Kombinujemy. Świat trochę zwolnił co zapewne jemu wyjdzie na zdrowe. Podobno już zmniejszył się nasz ślad węglowy. Mniej lotów. Ale co będzie z gospodarką? Ile firm nie wytrzyma przestoju? U mnie podobno krucho, wczoraj dowiedziałam się o odejściu jednej z Dyrektorek, brak nowych projektów, pracownice na opiece. Podobno nie przedłużą nam umów. Wysyłam więc znów oferty gdzie tylko podpasuje mi zakres obowiązków, dojazd i wymagania. Ale przez to wszystko co się dzieje może być jeszcze trudniej. Czeka nas kryzys, tak sądzę. Mimo swego zakupoholizmu staram się niczego nie klikać i powstrzymać samą siebie. I modlę się o siły i zdrowie i przetrwanie. A ze mną pewnie tysiące innych. Miej nas w opiece Panie..

Back to black..

Od dwóch tygodni chodzę z obręczą na głowie, czasem przesuwa się na czoło, na sklepienie nosa, czasem gdzieś uwiera na czubku, ale zasypiam z nią i budzę się w niej. Tak, znów boli mnie głowa. Zaczęło się tuż przed okresem i trwa do teraz. Uporczywy ucisk, który nasila się wraz z każdą godziną pracy, mija na trochę po popołudniowej drzemce i wraca wieczorem. Do tego trochę mdłości, trochę zawrotów głowy i no właśnie…wróciła przeczulica lewej strony. Mrowki po mnie chodzą, skóra mi cierpnie, drętwieje twarz, usta znów uśmiechają się niesymetrycznie. Mój przystojny neurolog twierdzi, że to napięciowe prawdopodobnie, żeby skontrolować tarczycę, zapisał jakieś leki i kazał jechać do szpitala bez wahania gdy znów twarz mi opadnie jednostronnie. Podobno dobrze, że to cały czas lewa strona, ta słabsza, która już słabszą zostanie. Gdyby coś zadziało się z prawą wtedy biegusiem do erki. I rezonans powtórzyć. Wiecie, że w Poznaniu rezonans głowy prywatnie to 650 zł?? Masakra. Co prawda czeka się raptem 2 tygodnie ale.  No nie…. Poczekam na wizytę u nfztowskiego neurologa. Chyba, że po drodze mnie coś zgarnie.. Tymczasem codziennie kopie się w tyłek żeby wstać i iść do pracy i co godzinę za biurkiem modlę się żeby czas szybciej mijał. Robię co muszę bez krztyny radości. Ech… Wiosno przybywaj może pomożesz?!

Feminatywy…

Napisałam dziś maila firmowego w sprawie możliwości zamiany nazw stanowisk w naszych firmach na ich żeńskie formy. Zainspirował mnie poniższy wpis z fanpage’a Kobiecej piłki nożnej z października ubiegłego roku. :

„Planowałem tę notkę od ponad trzech miesięcy, ale skoro dopiero co wybuchło święte oburzenie z uwagi na użycie słowa „gościni/gościa” przez Magdalena Biejat i temat trafił na świecznik, to nie ma co dłużej zwlekać.
Dyskusję na temat tego czy używać feminatywów, czyli żeńskich rodzajów rzeczowników, można by zamknąć krótkim: tak, oczywiście. Bo w sumie to bardzo oczywista sprawa!
Skoro jednak ciągle pojawiają się wątpliwości i skoro jednak nie dla wszystkich jest to jasne, to oto powody dla których feminatywy są bardzo spoko i dla których od początku istnienia fanpage’a konsekwentnie używam ich także ja.
Po pierwsze: język to jedno z narzędzi zmiany świata.
To narzędzie może służyć do zmiany świata na gorszy i utrwalania negatywnych zjawisk. Dlaczego konserwatyści oburzają się na słowa: profesorka, posłanka, piłkarka, a nie przeszkadza im nauczycielka, pielęgniarka, ekspedientka? Bo w ten sposób utrwalają wymyślony przez siebie podział ról społecznych, zgodnie z którym rzeczy prestiżowe zarezerwowane są dla mężczyzn, natomiast dla kobiet są zawody o niższym statusie społecznym, a już na pewno gorzej płatne. Konserwatyści nie chcąc dopuścić kobiet do rzeczy postrzeganych tradycyjnie (choć bez sensu) jako męskie, narzucają język, zgodnie z którym te rzeczy są zarezerwowane dla facetów.
A używanie feminatywów zmienia świat na lepszy. Na taki, w którym język sankcjonuje to, że nie ma społecznych ról męskich i kobiecych, bo każda osoba może robić to, na co tylko ma ochotę. I jeśli społeczeństwo przyzwyczai się do tego, że profesorka, posłanka i piłkarka to najbardziej naturalne słowa pod słońcem, to siłą rzeczy nie będzie się dziwić, że kobiety robią kariery naukowe, polityczne, czy też w piłce nożnej.
Po drugie: tak jest logiczniej.
Mówienie, że Ewa Pajor jest napastnikiem Wolfsburga ma dokładnie tyle samo sensu, co mówienie, że Robert Lewandowski jest napastniczką Bayernu. A mówienie pani poseł Magdalena Biejat ma tyle samo sensu, co mówienie pan posłanka Dominik Tarczyński (choć w jego przypadku akurat najwięcej sensu ma niemówienie o nim w ogóle i pozwolenie na zniknięcie na śmietniku historii).
Logika po prostu nakazuje, żeby w przypadku kobiet używać form żeńskich, w przypadku mężczyzn form męskich.
Po trzecie: tak jest ładniej.
Pisałem kiedyś o tym, jak komentator meczu piłki nożnej kobiet użył sformułowania, że coś dotyczy „kapitan obu zespołów”. Brzmi to oczywiście koszmarnie i chyba nawet on sam to usłyszał, ale nie bardzo wiedział jak z tego wybrnąć. A przecież można powiedzieć bardzo elegancko o „kapitankach obu zespołów”.
Przykłady niezręczności przy odmianie męskich rzeczowników odnoszących się do kobiet można by mnożyć. Recepta jest prosta: używać rodzaju żeńskiego!
Oczywiście nie wszystko z rodzajem żeńskim będzie zawsze proste. Sam mam czasem tu wątpliwości – czy o zespole na czele tabeli piłkarskiej ligi kobiet mam pisać raczej lider, czy raczej liderka? Jak poradzić sobie z pisaniem o utytułowanym w kobiecym futbolu klubie Czarni Sosnowiec? Bo przecież z jednej strony tradycja, ale z drugiej sensowniej było pisać CzarnE. Czy słowo adeptka (w odniesieniu do piłkarek z drużyn juniorskich) lub adiunktka nie są rażące brzmieniowo?
Nie mam na każde pytanie łatwej odpowiedzi. Ale jestem absolutnie przekonany, że jedyną sensowną drogą jest doprowadzenie do sytuacji, w której feminatywy są czymś najbardziej naturalnym na świecie. Po drodze na pewno w poszczególnych drobnych kwestiach ustali się jakiś uzus językowy.
Ale przede wszystkim w kwestiach fundamentalnych: świat stanie się lepszy, a język bardziej logiczny i ładniejszy.”

 

Mail poszedł do sekretariatu a stamtąd gdzieś wyżej. Ciekawe czy ktoś zareaguje. Wszystkie 3 firmy mają tą samą Panią Prezes, bardzo udzielającą się na różnych forach i podkreślającą zatrudnianie dużej ilości kobiet, roli i siły kobiet w ogóle więc myślę, że byłoby to jak najbardziej na miejscu gdybyśmy pisali „stażystka”  i „specjalistka”i „koordynatorka” i „uczestniczka”.

PMS…

W tym miesiącu mnie dopadł. Taki gigantyczny, z całym przekrojem emocji. Na pograniczu histerii. Fizyczne objawy tym razem wysiadają przy psychicznym odbiciu totalnym. Zła jak osa od pobudki w czwartek rano nie mogłam odnaleźć się w tym wściekłym szaleństwie. Zdumiona rynsztokiem wylewającym mi się z ust podczas porannej podróży autem do pracy zajrzałam w kalendarz i mnie oświeciło. Musiałam kontrolować się non stop a i tak zaliczyłam starcie z koleżanką, która akurat tego dnia zauważała moje pomyłki. Które dla mnie oczywiście pomyłkami nie były ty czepialska idiotko!!!! 😉 Dodatkowo zmęczenie i całkowity brak ochoty na cokolwiek poza czekoladą, najchętniej spałabym non stop budząc się tylko na siku i czekoladę. Wczoraj oberwalo się Tomkowi, który z uporem maniaka powtarza, że wykorzystuję to jako argument do bycia wredną (tak kochanie bo przecież uwielbiam taką być… Wrrrrr…). Dziś podpadła też Freja. Chyba była zdziwiona, że mogę na nią krzyczeć i że dostała po tyłku. Ale dziura w ulubionym dywanie i pysk w mojej sałatce to już było za dużo.

Gdzieś wyczytałam, że WHO debatuje nad uznaniem zespołu napięcia jako choroby. Stopień zaawansowania objawów bywa tak duży, że kobiety rzeczywiście podobno mogą nad tym nie panować (no really??). Ja proponuję stworzyć ośrodki odosobnienia dla nas w tym stanie, ale nie w sensie szpitala psychiatrycznego, bardziej pustelni gdzie ilość prawdopodobnych bodźcow zminimalizowano by jak najbardziej ograniczając ryzyko kontaktu z innymi ludźmi. I możliwość wzięcia L4 albo chociaż home office w tym najgorszym czasie bo to przecież i tak produktywność żadna. I koniecznie uczenie w szkołach młodych chłopaków, że ich koleżankom może się coś takiego przytrafić i że naprawdę świat się nie zawali a mężczyźni mogą tylko zyskać w naszych oczach kiedy przez te parę dni pozwolą nam nie wchodzić w  interakcje inne niż czułe objęcia albo dyskretne czuwanie z oddali.

Za Wikipedią : „Zespół napięcia przedmiesiączkowegoZNP(premenstrual syndrome, PMS) – zespół objawów fizycznych, emocjonalnych i psychicznych występujący od kilku do kilkunastu dni przed menstruacją. Bardzo często towarzyszy kobiecie również na jej początku. Nie jest pewne, co tak naprawdę wywołuje ZNP, jednak uważa się, że jest on skutkiem zaburzeń hormonalnych pod koniec cyklu miesiączkowego – nadmiernej produkcji estrogenów przy niedoborze progestagenów. Badania ostatnich lat wykazały, że u podłoża PMS leży działanie endogennych metabolitów progesteronu na poziomie ośrodkowego układu nerwowego. Czynniki genetyczne również mają znaczenie: przy występowaniu PMS-u jednego bliźnięcia, ryzyko wystąpienia PMS-u drugiego bliźnięcia jest dwa razy wyższe wśród bliźniąt jednojajowych niż dwujajowych.Opisanych zostało 150 objawów towarzyszących ZNP, oto najczęstsze z nich:

  • huśtawka nastrojów
  • rozdrażnienie
  • dysforia
  • agresja
  • depresja
  • płaczliwość
  • problemy z koncentracją i zapamiętywaniem
  • zmniejszona aktywność życiowa
  • uczucie zmęczenia
  • zmiana apetytu
  • bóle głowy
  • bóle pleców
  • bolesność piersi
  • zaparcia i wzdęcia
  • uczucie ciężkości, puchnięcia (głównie nóg i twarzy)
  • wzrost masy ciała od 2 do 4 kg
  • zaostrzenie alergii
  • wzmożone pocenie, uczucie gorąca
  • pogorszenie koordynacji ruchów
  • problemy ze wzrokiem
  • smutek
  • przygnębienie
  • rozczarowanie. „

Czym skorupka…

Miałam okazję przypomnieć sobie starą Sylwię… Sprzed udaru, sprzed AA. Ze starymi numerami, flirtem, sztuczkami  i całym tym wachlarzem, który towarzyszył mi gdy ruszałam w miasto. Okazało się, że to wszystko nadal we mnie jest i nadal działa. I do pewnego momentu nadal mnie kręci. Tak bardzo brak mi już dotyku i czułości, że podeszłam dość blisko granicy, którą kiedyś przekraczałam notorycznie. I zatrzymałam się przed nią. I poczułam całą gamę różnych uczuć na czele z tym, że nie chcę nigdy przenigdy zaryzykować utraty Tomka. Że On mi ufa i nie chcę tego zaufania zawieść. Że tak, tu i teraz mi źle i tu i teraz przez chwilę byłoby mi dobrze ale tam jest On i ja tylko tam z Nim chcę być do końca życia. I że to po prostu chwilowe zaćmienie i nic więcej. I ulżyło mi. Bo szczerze mówiąc bałam się tego, co mogę zrobić gdy znajdę się w takiej sytuacji. Ale kiedy człowiek jest trzeźwy i ma szansę zmierzyć się z samym sobą i rozpoznać swoje uczucia nie musi się bać.

Dotyk…

Z kolei jeden z moich braków tu w sanatorium daleko od domu. Brak mi przytulenia, głaskania, dotyku stopy pod kołdrą, wtulenia twarzy, ciepłej miękkości dłoni. Seksu też oczywiście ale właśnie chyba z tej dotykowej strony. Śnią mi się różne erotyczne konfiguracje, ale to nie zmniejsza tęsknoty, przeciwnie nasila potrzebę czułości. Stałam się po chorobie bardzo dotykowa, tulaśna.. Może zawsze taka byłam tylko seksem zagłuszałam głód czułości. W domu Freja oczywiście zaspokaja jakąś część tych pragnień ale to też nie wystarcza. Potrzebuję męskich ramion, oddechu na karku przed zaśnięciem, trzymania za rękę na spacerze, położonych stóp na kolanach… Aaaaa… Tęsknię….