Synu…

 

To nieprawda, że miłość rodzicielska jest bezwarunkowa i bezkrytyczna. Przynajmniej moja nie jest. Jasne, że gdzieś tam w głębi wybaczam wszystko i jestem gotowa w każdej chwili wyciągnąć rękę. Ale nie chcę zgodzić się na Twój stosunek do mnie. Nie pozwolę Ci obarczyć mnie winą za wszystko. Nie pozwolę się traktować jak worek do bicia. Mam wobec Ciebie oczekiwania i chyba po raz pierwszy to powiedziałam. Czy teraz Cię stracę? Czy całkowita akceptacja Ciebie jest ceną za Twoją miłość? Ja nie jestem gotowa jej zapłacić…. Przykro mi…

Reklamy

Ad snów ciąg dalszy…

Jakiś miesiąc temu śniła mi się Julia Roberts, która zakochała się we mnie i proponowała wyjazd wraz z nią do LA. Rozważałam to, poważnie martwiąc się co z Tomaszem 🤣 przedwczoraj z kolei całą noc spędziłam z Dodą i jej ekipą w trasie koncertowej. Robiąc zdjęcia, wywiady itp. Dziś za to próbowałam różne alkohole, wiedząc, że jestem uzależniona i że mi nie wolno, maczałam czubek języka w kieliszkach mówiąc, że przegadam to z Pauliną na terapii a teraz tylko chcę spróbować…. Ostatnio męczą mnie te sny już bardzo, nie pozwalają dobrze wypocząć, wyłączyć się w nocy… Z drugiej strony pozwalają przeżyć coś tak jakby na próbę. Na szczerość wobec siebie też pozwalają. Ostatnio często śni mi się Seba z Martą i ja u nich w domu robiąca jakieś porządki, szykująca z nimi pokój dla dziecka, prawie zaprzyjaźniam się w tych snach z Martą a Sebastianowi zawsze się za coś obrywa… Sny są dla mnie ostrzeżeniem, zmuszają do czujności, do samokontroli… Bo przecież skądś się biorą….

Czy kiedyś to zniknie?

Czy mamy wpływ na to co nam się śni? Czy wywołujemy czasem wilka z lasu? Jutro Paulinie opowiem ten sen tutaj tylko wspomnę bo za trudne to jednak. Zakazane przez samą siebie tematy. Mam tylko nadzieję, że było to odwrócenie rzeczywistości, forma przywrócenia kontroli, pozwolenie mi na samodzielnie podjęcie decyzji,dokonanie wyboru. Po paru intensywnie erotyką podszytych dniach (te dni w kobiecym cyklu, dzięki którym przychodzą na świat kolejni ludzie 😉 wspomaganych sanatoryjną samotnością bez Męża i intensyfikowanych masażami barku, karku i ręki…. W końcu znalazło ujście… Rujnując mi po raz kolejny naiwne przekonanie, że „ta sprawa” jest już definitywnie załatwiona. Pobudka była przykra i mdląca, na szczęście szybko wróciłam do pracowitego trybu sanatoryjnej rehabilitacji. Tak to właśnie moja psychika i moje ciało zaskakują mnie wciąż, tak jak parę dni później z zaskoczeniem przyjęłam do wiadomości zmęczenie wszechobecnym alkoholem na wieczornej imprezie w kawiarni poprzedzone wyczulonym zmysłem węchu i wzrokiem błądzącym za każdą szklanką z drinkiem. Oczywiście zmyłam się po angielsku do pokoju postanawiając oszczędzić samej sobie wątpliwych przeżyć. Wiem, że decyzja o zakończeniu terapii jest słuszna, że oprócz psychologa mam ludzi, z którymi mogę na każdy z tych tematów pogadać, że w ostateczności zawsze na tą terapię będę mogła wrócić, że ten blog jest miejscem, gdzie sama sobie wiele rzeczy tłumaczę i uświadamiam. Wkurza mnie jednak, że to wszystko wciąż we mnie gdzieś tam się kołacze.

Miłość… Wcale wszystkiego nie wybacza…

Coraz częściej doświadczając różnych jej przejawów wobec Tomka i od Niego dochodzę do wniosku, że to co było między mną a Sebą nawet jeśli na początku miłością było to potem zmieniło się w jakąś hydrę bezkształtną, którą przyzwyczaiłam się miłością nazywać. Przykro mi, bo zasługiwaliśmy na więcej, oboje, no i Syna chowałam w takim czymś dziwnym. Nie nauczyłam Go miłości… Przepraszam Kochanie…. Nie mówiłam o miłości, nie mówiłam komplementów, nie cieszyłam się razem z Byłym z Jego sukcesów, nie chwaliłam nie mówiąc już o zachwycie czy podziękowaniu. Przyjmowałam wszystko co mi dawał jak naturalny Jego obowiązek, jeszcze mało mi było. Często łapałam się na myśli o tym, że mi się nie podoba, nie fascynuje mnie, nie pociąga. Tomasz przysyła mi swoje zdjęcie a ja mięknę i zgrzytam zębami z tęsknoty. Jestem z Niego dumna. Chwalę Jego sukcesy w pracy. Przepraszam jak coś spitolę, dziękuję za to co dla mnie robi. Oczywiście żremy się czasem ale nawet te kłótnie są inne, nie ma w nich walki na siłę o zwycięstwo, nie ma chęci dokopania drugiej stronie za wszelką cenę. No i jest we mnie spokój. Nie boję się zdrady, kłamstwa, ufam i wierzę w 100 procentach. Tęsknię strasznie jak się rozstajemy, kocham Jego obecność przy mnie. Jestem niesamowicie i dogłębnie wdzięczna, że dano mi zaznać takiej Miłości, że przyszła do mnie wtedy, kiedy byłam na nią gotowa. Wiem oczywiście  że w miłości trzeba dwóch stron zaangażowania, że Seba nie był też wobec mnie zbyt wylewny, że to nie tylko moja wina. Po prostu czasem mi smutno jak o tym pomyślę.

Mamą być…

Wystarczyła chwila, wołanie o pomoc nie do końca skonkretyzowane, łzy w oczach, bezduszny szloch mojego Syna, żebym błyskawicznie przeskoczyla z trybu dojrzała wtórna mężatka ciesząca się swobodą w tryb zaangażowanej matki-lwicy. Śniadanie-no problem, podwózka-jasne, ukoić, przytulić, porozmawiać-natychmiast. Tęskniłam za tym bardzo. Kiedy wczoraj rozpłakałam się razem z nim uświadomiłam sobie, że są to nie tylko łzy współczucia i bezradności ale też tęsknoty… Zawyło mi w duszy… Raptem dwa dni noclegu Młodego u nas i…. Znów poczułam się Mamą przez duże M. Z sercem na dłoni, kubkiem gorącej herbaty, owsianką na śniadanie i mielonymi na obiad. Gotową prać,prasować,ścielić….Znow wyczulone zmysły, słuch nastawiony na odbiór w nocy, znów się okazało, że mogę nie spać pół nocy żeby trzymać za rękę albo tłumaczyć zawiłości życia… Aż muszę teraz porządnie wyhamować żeby nie przegiąć, nie kontrolować, nie wymądrzać się, znów nie zrazić do siebie… Seba występuje w charakterze chłodnego macho, który radzi nie płakać, wziąć się za robotę, w garść itp.. Czyli bez zmian, jakby tych ostatnich kilka lat kompletnie niczego go nie nauczyło. I ten mimochodem rzucony tekst Młodego „Marta nie lubi i nie rozumie mazgajów.”  Kij jej w oko. Zobaczymy jak zmieni ją spojrzenie pierwszy raz w oczy Synowi. Reasumując. Dobrze mi zrobił chwilowy powrót do przeszłości, ale czas wrócić do rzeczywistości. Do pakowania do sanatorium. Do poważnej rozmowy z Szefem nt. mojej pracy. Pozdrawiam porozumiewawczo wszystkie Mamy.😉

Ciekawe doświadczenia…

Dwa dni temu, weekend, sobota, rano niby ok, trochę wstaję lewą noga bo poprzedniego wieczoru lekka sprzeczka z Tomaszem, ale podskórnie czuję, że coś jest nie tak. Jadę na manicure tytanowy do cudnej Ani, wracam z różowymi szponami ale lekko ćmi mnie głowa… Kładę się na trochę, Tomasz mnie wygania z wyra bo przecież zarezerwowaliśmy stolik w Curry Mary ( nota bene polecam gorąco!) a tu na lewym oku jakaś plama, cień jakiś widzę i jakoś dziwnie drętwieje mi  skóra wokół nosa… I oczywiście panika!! Drugi udar!! jadę jednak na obiad, siadamy, wyszczerzam się do Tomka żeby sprawdził czy buzia równo się krzywi i nagle myśl ” Przecież jest Tomek, jest samochód, szpital Raszei niedaleko, najwyżej pojedziemy żeby ktoś mnie zbadał. A jak drugi udar – no cóż jeden przeszłam to drugi też przejdę…” I w tym momencie uspokoiłam się, przestałam się nakręcać, do końca obiadu prawie mi przeszło… A przed facebookiem olśnienie : „Uwaga, ponadnormatywne wysokie ciśnienie w Polsce!”. No i tuż przed okresem, więc miałam prawo gorzej się poczuć….

Kolejna nowość ( teraz męska część moich czytelników może ominąć ten fragment 😉 drugi miesiąc testuję kubeczek menstruacyjny… Jeszcze się z nim oswajam, ale już przy pierwszym razie zużyłam co najmniej o połowę mniej środków higienicznych… Więc… Jestem optymistką… żesz… Jak cudownie byłoby np móc ćwiczyć w tym czasie normalnie i spać bez strachu… Będę zdawać relację, nie martwcie się nie na żywo 😉

 

kolejny rozdział zamknięty?? przecież już dawno…

Mój Były zostanie tatą po raz drugi…I co? przecież do przewidzenia to było… A jednak żuję tą informację od wczoraj i dziwnie mi jakoś…. Zazdroszczę mu to prawda. Lecz z drugiej strony? Przecież gdyby mi tak strasznie zależało przeciągnęłabym swoją osobę po wszystkich możliwych lekarzach sprawdzając przeciwwskazania i możliwości. Tak ( sorry za porównanie) jak i w przypadku chęci posiadania psa… Gdyby mi na prawdę zależało zobowiązałabym się do wypełniania obowiązków . A Najdroższy mój Mąż pewnie po kilku dyskusjach dałby się przekonać… A tak czyż nie wygodniej rzucić w przestrzeń : oj za stara jestem i po udarze… Oj Tomek nie chce psa…. Leniwa jestem i tyle! Za dobrze mi w tym naszym bezpiecznym gniazdku, za wygodnie, za ciepło… Nic nie muszę, żadnych prawdziwych obowiązków… Tyle, że zawsze spełniałam się w tej opiece nad kimś i przytulaniu kogoś… Spełniałam się w byciu Mamą i właścicielką psa…. To o co mi chodzi? Żal mi? Ale czego? Kogo? Potwierdzeniem to ostatecznym dla mnie naszego nie bycia ze sobą już na wieki wieków? a może po prostu wściekam się, że on też szczęśliwy będzie? No bo przecież za krzywdy mi wyrządzone nikt go do cholery nie ukarał jeszcze!! To ja musiałam się wyprowadzić, porzucić ukochane przedmioty, wspomnienia, to na moich rękach umarła Norka, to ja w końcu udar mózgu miałam czego konsekwencje do końca życia odczuwać będę. A on? Nawet jak praca dla której porzucił swoje ukochane Lyreco go zawiodła to hej siup znalazł nową, latają sobie wakacyjnie po świecie, kasy im nie brak, zadowolenia z siebie też nie….a teraz jeszcze szczęśliwa rodzinka na zdjęciach się będzie uwieczniać… tak , szlag mnie trafia, trudno, muszę się przyznać do niegodnych uczuć…  Wybacz mi Boże brak pokory i pamięć krótką.. żółty wąż zazdrości… postaram się zbyt długo nie gościć go w sobie…. przecież szczęśliwa jestem i mam za co dziękować! Muszę Synowi swemu pomóc zaakceptować tą sytuacje i odnaleźć się w nowej roli wujko-brata. I pomóc mu znaleźć w tym radość. Nim sam tatą zostanie…