Mężczyźni mojego życia-odc.4

Oj, jak bardzo nie mam ochoty pisać tego wpisu…ale po pierwsze obiecałam tu być szczera a po drugie miałam skupić się na facetach w swoim życiu żeby coś zrozumieć…wolałabym napisać o Tomaszu ale to chyba jeszcze nie ten moment. Poza tym On jest przecież w każdym wpisie ostatnio. Tyle już o Nim napisałam…więc… mężczyźni w moim życiu…jak bardzo je skomplikowali to już wszyscy wiemy… Ojciec wyznaczył pewien wzorzec, wzór, do którego wpasowywałam się przez tyle lat. Ale to wszystkiego nie usprawiedliwia. Przecież wybierałam ich świadomie, może potem upijałam się przed pójściem z nimi do łóżka… tak jakbym jednak robiła to wbrew sobie.. często flirtowałam, prowokowałam i nawet jak miałam ochotę uciec, zastopować, zmienić zdanie uważałam, że już jest za późno, że nie wypada…I potem budziłam się rano pełna obrzydzenia do samej siebie i wstydu.. wystarczało do następnego razu… flirt dawał mi siłę i pewność siebie, rodzaj władzy… że niby to ja ich wybierałam i to ja decydowałam co dalej i w jakim tempie… co za bzdura… ten sam schemat przez lata.. starszy facet zwykle grubo po 40-stce (sorry to było naście i dziesiąt lat temu) często mój bezpośredni przełożony zagubiony w życiu osobistym i zawodowym, zapatrzony w rezolutną śliczną młódkę, przy której mógł się wreszcie wygadać i poczuć się męski. Na tym etapie nie był ważny jego stan majątkowy ani rodzinny, do dziś nie mogę sobie wybaczyć romansu z Piotrem i rozbicia jego rodziny, łez jego żony i późniejszej jej choroby, do której na pewno się przyczyniłam. Ale ten schemat jeszcze jakoś jestem w stanie sobie wytłumaczyć. Natomiast jednorazówek bez sensu i przyszłości juz nie. Ci wszyscy faceci. Starsi, młodsi.  Często po latach już bezimienni. Jezu, nie jestem w stanie policzyć ile razy zdradziłam męża. I czego do k…y  nędzy szukałam w trenerze Kaja czy kumplu przyjaciela?? Oczywiście czasem łączył mnie z nimi niezły seks ale często to też były rozczarowania. Nie pojmuję dziś sama siebie. Próbowałam się jakoś wczuć, przypomnieć sobie co czułam i myślałam. Nie potrafię. Nie rozumiem. Jakbym wchodziła w obcą babę, puszczającą się nie wiadomo dlaczego. Tak, było mi źle w domu, tak, byłam samotna, tak, miałam furę kompleksów, z których niby mieli mnie wyleczyć. Nie wierzyłam ani w swoją inteligencję ani możliwości.  Liczyła się tylko uroda… Większość z nich z miejsca oferowała mi małżeństwo, nie mając krztyny  skrupułów wobec mojej rodziny… większość znała mojego syna, część pomagała mi w domowych obowiązkach,  był nawet taki, który dał mi kasę na gwiazdkowy prezent dla Seby… wozili mnie, karmili,  ubierali,  upijali… pewnie niektórzy nawet mnie kochali na swój sposób… tak mi dziś przykro, że byłam kompletnie nie warta obrączki na palcu… tak trudno uwierzyć, że jestem warta teraz… tak bardzo czasem się boję… I modlę się żeby nigdy nie wróciła tamta Sylwia… tak trudno pokochać teraz samą siebie wiedząc ile zła wyrządziłam kiedyś… I trudno uwierzyć, że Tomek może mnie taką kochać… z takim bagażem…

Rozmawiałam dziś z przecudowną, mądrą, wspaniałą, okrutnie doświadczoną przez życie kobietą, która tak jak ja odbudowuje właśnie swoje życie. W ogóle mam szczęście ostatnio do takich świetnych, pokaleczonych babek, których mądrość zachwyca mnie nieodmiennie równie mocno jak ich uroda. A głupota ich facetów poraża i wkurza mocno… Silne babki, znoszące przemoc, alkohol, ciężkie choroby.. a mimo to błyszczące dziś odzyskanym szczęściem… jestem dumna, że zaliczają mnie do bliskiego sobie grona… to też zobowiązuje… więc może dość już kajania się, przepraszania za przeszłość, nie mam mocy jej zmienić ale mam moc żyć inaczej, mądrze kochać, podejmować mądre decyzje, wybierać sobie na przyjaciół właśnie takich dobrych energetycznie ludzi… w końcu jestem przecież trzeźwa i nauczona doświadczeniem… Trzymam kciuki z całych sił za nas wszystkich…

Reklamy

Zaklinanie rzeczywistości… Może jednak mam coś w sobie z czarownicy?! ;)

Skoro w poprzednim wpisie poruszyłam kwestię listów do Sebastiana chciałabym, żeby jeszcze jeden wpis w „pluszowym zeszycie” mi nie umknął, bo jest dość poruszający, szczególnie w kontekście mojej aktualnej sytuacji. A więc wpis z 7 sierpnia 2016 r. : ” Tak bardzo nie chcę Cię dłużej kochać.Miłość nie może być dobra jeśli masz wrażenie,że Cię zabija.<Na dobre i złe, dopóki śmierć nas nie rozłączy…>Ja umieram….Codziennie po trochu a w takie weekendy jak ten kawałkami wyrywam sobie serce…Chcę kochać z wzajemnością. Chcę być dla kogoś celem a nie opcją.Chcę być ważna tak jak On dla mnie.Chcę patrzeć mu w oczy z uśmiechem a nie przez łzy.Chcę żeby mnie przytulał całym sobą. żeby mnie nie trzymał na dystans. żeby mówił co Go cieszy a co Go boli i żebym ja mówiła do Niego. żeby głaskał mnie po twarzy i biodrach. żeby myślał o mnie w ciągu dnia. Tulił do snu i witał rano. Doradzał i słuchał rad. Śmiał się ze mną z kabaretu i ocierał łzy na melodramacie. żeby chciał poznać mój świat i dzielił się swoim. żeby nie łamał słowa i nie kłamał.Nie dawał pustych obietnic. żeby wiedział,że jestem mądra i czuła i żeby chciał mnie takiej jaka jestem. żebym nie musiała grać ani udawać kogoś innego. żeby mnie nie zdradzał i żebym ja nie zdradzała Jego. żeby był ciepły i czuły ale kiedy trzeba stanowczy i opanowany. żeby pokochał Kaja i szanował Go.Chcę prawdziwej miłości gotowej na trudy i ciężkie chwile ale umiejącej się cieszyć tym co tu i teraz. Chcę mężczyzny , który mnie doceni i którego ja będę cenić i szanować. Ty Mój kochany nie dasz mi tego wszystkiego z prostego powodu – bo nie chcesz i bo Twoje poczucie szczęścia jest ważniejsze niż moje, niż nasze wspólne. Nigdy mi tego nie dasz choćbym znalazła sposób na zmuszenie Cię do powrotu.Bo nie jestem Twoim priorytetem. Był czas kiedy oddałabym Ci wszystko co mam. Poświęciłabym wszystko. Ale dla Ciebie to nic nie znaczy albo oznacza słabość. Dla Ciebie w tej chwili najważniejszy jest Twój spokój i Twoje szczęście. A ja nie chcę kochać takiego egoisty.Chcę wspólnoty, rozumiesz? Nie <moje> <twoje>, nie indywidualizmu.Chcę <razem><wspólnie> <<my>… I wierzę, że na to zasługuję. że tak jak ja nie doceniłam tego co miałam tak Ty nie doceniasz tego co Ci ofiarowuję. A ile jest wart taki dar, którego ofiarowany nie docenia? Mam tyle miłości w sobie , że wystarczyłoby nie tylko na dwoje. Wierzę, że poczułbyś w końcu miłość do mnie. Ale Ty już nie chcesz spróbować.Nie wierzysz. I nic już nie mogę  na to poradzić…….”.

Czyżbym sobie Tomasza wymyśliła??Boże spraw żebyśmy tego nie popsuli… żeby już zawsze chciało nam się chcieć i żebyśmy nigdy nie przestali się starać…

Smutne refleksje,rozwodowa depresja-kolejny etap…

Norka

9 listopada odeszła moja ukochana czworonożna przyjaciółka, moja wierna psia towarzyszka-Nora.

Chorowała dziewczynka od roku, a to wątroba, a to nerki… A jakieś trzy tygodnie temu dołączyły oskrzela, zapalenie gardła, a na sam koniec serduszko… Próbowałam, a właściwie próbowaliśmy z T. wszystkiego. Prawie codzienne wizyty u weta, coraz większa bateria leków. Niestety nie udało się…

Mam oczywiście wyrzuty sumienia. Bo mogłam więcej, bardziej, mocniej… Bo może nie trzeba było podawać jej tej ostatniej kroplówki, bo może mogłam podjąć decyzję o zakończeniu jej cierpienia, bo może inny weterynarz bardziej by pomógł… Bo może wyczuła moje zmęczenie, bo może odczuła te wszystkie ostatniomiesięczne zmiany, bo może poczuła się odrzucona, może zazdrosna…

Brakuje mi porannego odgłosu jej pazurów na panelach, merdającego ogona, uśmiechniętego pyska, kapci podawanych przy drzwiach, ciepłego ciałka, do którego zawsze mogłam się przytulić…

A jednocześnie odczułam ulgę. Bo naprawdę byłam już zmęczona. Odpowiedzialnością, koniecznością powrotu do domu nie później niż, kombinowaniem opieki przed każdym wyjazdem, poczuciem, że tylko ja muszę, że S. zostawił mnie nawet z tym samą.

Teraz zostałam sama. Wreszcie? Wreszcie nic nie muszę, wszystko mogę. Nawet zaplanować wystrój mieszkania, do którego za chwilę się przeprowadzę, bez uwzględniania czyichkolwiek, innych niż moje, potrzeb. Biała narzuta? Biały szlafrok? Nowa kanapa w jakichkolwiek kolorach? Czas?

Przeprowadzka. Własnie. Okazało się, że nie zostało mi zbyt wiele czasu do końca roku. Pakowanie pudeł, walizek, toreb. Odrzuca mnie od tego. Nie mogę się zmobilizować. Strach? Czyżby dopadł mnie znów strach, który tak usilnie podświadomie odsuwałam, angażując się w nowe? Znów nie mogę spać, znów natłok myśli, które trudno uśpić. Znów drżenie rąk, znów więcej papierosów, znów huśtawka nastrojów. Okazuje się, że jednak nie da się samej siebie oszukać, że trzeba to wszystko przeżyć, pozwolić tym wszystkim uczuciom zaistnieć, spotkać się z nimi, poobracać w ręku, poprzyglądać się… Próbowałam od tego uciec. Wiem to. Próbowałam sobie wmówić, że mam już to za sobą, że pokonałam, wygrałam. Że teraz już tylko lepiej. Gówno…

Do tego cholerna jesienna szaruga, zimno, ciemno, mokro. Codzienna poranna walka o wstanie, o znalezienie w sobie sił, energii.

I oczekiwanie… Na papiery rozwodowe, na termin rozprawy…

Niech ten rok już się skończy…

„Jesteś?!

szeptanie bajanie
i nieme błaganie
budzenie patrzenie
i myśli błądzenie

czułości w nicości
od łez do radości

rozmowa od nowa
aż rozboli głowa
za szybko zbyt prędzej
twe ręce w podzięce

czułości w nicości
od łez do radości

czytanie płakanie
twych ust całowanie
skrzywienia zwątpienia
znów zbyt blisko cienia

czułości w nicości
od łez do radości

znaliśmy czuliśmy
świat zbyt oczywisty
schematy dogmaty
z mych wierszy cytaty

czułości w nicości
od łez do radości

zwątpienia złudzenia
wzajemne tulenia
tęsknoty ciągoty
wciąż nowe zaloty

czułości w nicości
od łez do radości

i żale niedbale
nie czynione wcale
pragnienia marzenia
wspólnego istnienia

czułości w nicości
od łez do radości

to koniec miłości?!”

16.10.2007

Rozwodowo

Oj… Chyba nigdy się nie zmienię… Emocje zawsze będą brały górę nad rozsądkiem i zimną kalkulacją…

Od pięciu miesięcy tłuczemy się wraz z naszymi prawnikami o to jak ma wyglądać porozumienie, które mamy podpisać u notariusza żeby w sądzie zakończyć nasze małżeństwo na jednej rozprawie. Przepychamy się kolejnymi zapisami lub ich usuwaniem, kolejnymi paragrafami, zabezpieczeniami… Ciągle jestem w szoku jak szybko przeszliśmy ze statusu „małżeństwo” na status „w trakcie rozwodu”, ze wspólnoty na osobność, z zaufania na „a gdybyś zmienił/a zdanie”.

Oczywiście, prawdą jest, że to nasze małżeństwo ma tylko w chronologii ponad 20 lat stażu. Tak na prawdę już od dawna było tylko papierowe. Bo przecież już od dawna nie było między nami wspólnoty ani zaufania. I choćbym jeszcze próbowała głośno krzyczeć, że to On mnie zawiódł, to On mnie zdradził, to On przestał mnie kochać… to i tak dobrze wiem, że tak na prawdę oboje już dawno przestaliśmy się starać żeby je uratować. Bo cokolwiek bym sobie nie wmawiała, jakkolwiek nie czułabym się urażona, to wystarczy telefon do kogoś z dysfunkcyjnych żeby usłyszeć przypomnienie o tym ile razy narzekałam na to, że jestem nieszczęśliwa, ile razy opowiadałam o tym, że mój Mąż mnie przestał podniecać, że nie lubię się z nim całować, że czuję się przy nim niewiele warta itp. itd.

Nie jest to jeszcze czas na spisanie historii tego związku, na oficjalne pożegnanie się z nim, na podsumowanie pełne. Nie jest to jeszcze czas na to aby Mąż stał się bohaterem kolejnego odcinka „Mężczyzn mojego życia”. Potrzebne będzie trochę czasu na dobór słów, na uspokojenie emocji, na sprawiedliwość. Ale dziś tuż po wyjściu od mojej Pani Mecenas i powiedzeniu Jej „Niech się pieprzą, podpisujemy!” i po czytaniu w tzw. międzyczasie sms-ów od Męża pełnych słów i sformułowań w rodzaju : „umowa”, „jestem przerażony Twoją zmiennością jak wiatr zawieje”, „zawracanie głowy”, „Twoje wybory”, „najmniejsza linia oporu”, „śmieszna oferta”, „rób co chcesz”, mam w sobie tyle żalu, rozczarowania i zawodu, że muszę to gdzieś wyrzucić z siebie.

Nie drogi i nie mój już Mężu (choć oficjalnie nadal jestem Twoją żoną) – nie będziemy przyjaciółmi. Na to miano trzeba sobie zasłużyć, trzeba się sprawdzić w trudnych chwilach, trzeba nie krzywdzić, być obok, nie uciekać od problemów, nie zdradzać, nie obgadywać… A my każdy z tych punktów zaliczyliśmy. Kłamstwa, obelgi, brak szacunku, przemoc werbalna i materialna, szantaże, brak zrozumienia, oskarżanie się wzajemne, manipulacja, zniechęcenie, zobojętnienie,. To jeszcze bym dodała do kompletnego opisu naszego związku. Na dziś nie ma we mnie pamięci o tym co było dobre i piękne, choć przecież wiem, że było. Na dziś widzę Cię tak jak widziałam w sennych koszmarach – z obojętną twarzą, lodowatymi oczami, szyderczym uśmiechem. Na dziś pamiętam tylko jak zabiłeś mnie słowami o tym jak wreszcie znalazłeś kobietę swojego życia. Tak jak ja pewnie zabiłam Ciebie 12 lat temu mówiąc o Piotrze. Każde z Nas dziś się odradza. Zaczyna na nowo. Próbuje odbudować wiarę w miłość i zaufać. Ze względu na Naszego wspaniałego Syna musimy się z tym zmierzyć bez prania brudów przed sądem. Dla mnie jeszcze dodatkową motywacją jest moja trzeźwość i chęć bycia przyzwoitym człowiekiem.

Przegraliśmy tę walkę dawno temu. Szkoda, że w międzyczasie poraniliśmy się tak bardzo. Że nasza miłość, która przecież była ogromna, nie pomogła nam rozstać się we wzajemnym szacunku.

Powiedziałeś, że miłość Twoja do mnie umierała, umierała aż w końcu umarła. Teraz wiem o czym mówiłeś. We mnie też już jej niewiele zostało. Ale chciałabym tą odrobinę zachować. W końcu jesteś Ojcem mojego Syna, w końcu przeżyłam przy Tobie ogromną część swojego życia. I nie chcę tylko żałować. Chcę przypomnieć sobie kiedyś dlaczego Cię pokochałam i dlaczego byłam z Tobą tyle lat. Chcę kiedyś wrócić do zdjęć, do dobrych wspomnień. Kiedyś choć jeszcze nie teraz.

Żegnaj Moja Miłości, która okazałaś się nie być miłością mojego życia.

Czarny poniedziałek 3.10.2016r.

Wolna wola… To własnie z jej powodu poszłam w poniedziałek na Plac Mickiewicza, ramię w ramię z kobietami tak różnymi a tak zjednoczonymi oraz z mężczyznami,których wcale mało nie było. Bo wierzę w Boga, który Nas stworzył na swe podobieństwo i umiłował Nas bardzo i dał Nam wolną wolę własnie. Tak jak się miłuje własne dzieci ale daje im się wolność i prawo decydowania o sobie i prawo wyboru i prawo do błędów. Nie po drodze mi z taką wiarą do żadnego Kościoła. Ale nie przejmuje się tym. Gadam z Nim po swojemu co wieczór, czasem zadaje pytania także w ciągu dnia. Wierzę, że kocha mnie bezgranicznie tak jak ja kocham swojego Syna.
Było pięknie. Ciemno,chmurzaście,lało się z nieba prosto do torebek,butów, prosto na te słynne parasolki. Ale czuło się jedność i wspólnotę. Nasi przeciwnicy głosem mojego ukochanego Sąsiada mówili,że Bóg nas deszczem karze za ten protest, my zgodnie odpowiadaliśmy, że niebo płacze razem z Nami…
Tego co po oficjalnej manifestacji się działo nie widziałam. Ale nie wierzę,żeby te same kobiety zgodnie ze mną moknące nabrały nagle od tej wody agresji i rzuciły się na biednych policjantów z zakagańcowanymi psami. Wot znów przykład jak polityka wkracza ostatnio w nasze życie z buciorami, jak znów musimy tłumaczyć z polskiego na nasze to co mówią w państwowych wiadomościach, jak katolicki Kościół kilkorgiem swych przedstawicieli pakuje Nam się do portfeli i do majtek. Nie godzę się na to. Nie ja wybrałam ten rząd ale czuję się współodpowiedzialna za zbałamuconych i oszukanych rodaków. Wstydzę się przed Światem, że popierać Nas musi manifestacjami, że dyskutować o Nas muszą przy stołach Unijnych. Wstydzę się za kurdupla zakompleksionego wobec swego nieżyjącego brata i przekonanego, że jest głosem całego naszego kraju. Obawiam się, że czekają Nas długie lata mordęgi, kłótni, potyczek, bitew, zakłamania i bratobójczej nienawiści.
Wolna wola… To ona mówi mi, że nie przejmować się mam tym „co ludzie powiedzą” na kolejnego Mężczyznę odwiedzającego mnie o różnych porach dnia i nocy. Że wykpiwać mam obawy Mamy mojej takie właśnie. Że jeśli czuję to co czuję to nie krzywdząc nikogo mam prawo działać w imię swojego szczęścia. Więc tak też czynię.