Szczęście…

Kiedyś mówiłam, ze ja tylko bywam szczęśliwa… Ciągle miałam jakieś ale… Niby nadal mogłabym się czepiać ale… Jestem szczęśliwa, permanentnie, codziennie mam tego poczucie, czasem gapię się niby bezmyślnie na Tomasza i po chwili zaczynam się zastanawiać nad czym tak dumam. W końcu dochodzę do wniosku, ze ja po prostu odczuwam szczęście. Bez względu na to czy leżymy przytuleni, czy się kochamy, czy oglądamy film na Netfliksie, czy coś czytamy, czy przesuwamy palcami po ekranach naszych telefonów, czy robimy zakupy, czy siedzimy w poczekalni u lekarza, czy łapczywie jemy lody z migdałami, czy tłuczemy razem kotlety… Mogłabym tak jeszcze długo… Permanentnie odczuwam szczęście i radość z bycia razem i taką bezpieczną pewność… Ostatnio znów miałam powód do myślenia o śmierci, tym razem z powodu bardzo poważnej choroby mojej teściowej, pierwszej teściowej, toczy ją rak niestety, ciężki, złośliwy, trudny i ja jak zwykle ogarniam w głowie wszystkie scenariusze. I pomyślałam sobie, że gdyby przyszedł kolejny udar czy jakaś inna cholera, która tym razem zabrałaby mnie na drugą stronę to nie byłoby to takie straszne… Oczywiście pragnę przeżyć z Tomaszem jeszcze dużo lat i doświadczać różnych przeżyć razem i zwiedzać i być po prostu jeszcze długo ale doświadczenie takiego szczęścia jakie dzięki Niemu mam szansę przeżywać napawa mnie wystarczającą wdzięcznością by nie oczekiwać już za dużo więcej… Oczywiście chciałabym zaadoptować jeszcze razem psa by przeżyć wspólną miłość do innego stworzenia. Tak, coś na kształt miłości do dziecka, z której świadomie zrezygnowaliśmy. Zrezygnować świadomie z tego kokonu komfortu i wolności, w którym nam tak dobrze i pożyć dla kogoś innego znów… Mając nadzieję, że zmusi to nas do ruszenia tyłków z łóżka w weekendy . Czy jednak nie będzie powodem do zazdrości? Wiem jak potrafię kochać psy… Traktować je jak członka rodziny, podporządkować im resztę i poświęcać swój czas. Czy mój Mąż. który do tej pory był obdarzany bezwarunkową całością mojej miłości i uwagi zniesie podział tego? ( nie wkurzaj się Skarbie, po prostu głośno myślę…). Czy nasze finanse nie ogarniane zbyt do tej pory wytrzymają dodatkowe obciążenie? Dużo pytań i wątpliwości a na jednej szali tylko albo aż potrzeba kochania czworonoga… A przecież ciężar wychowywania spocząłby na Jego barkach głównie, przecież ja pracuję…. Wracając do szczęścia… Żałuję, że dzielić się nim nie mogę z najbliższymi, że Syna swego Jedynego nie mogę obdarzyć nim , zasypać Jego wątpliwości, niezgody, bunty i oskarżenia. Zaspokoić Jego apetyt, Jego ciągłe ale… Uspokoić Jego temperament, złagodzić ból wewnętrzny, zlikwidować poczucie odrzucenia . Zasklepić Jego rany, wlać w Jego serce zadowolenie z każdego kolejnego dnia… Miłość mu dać , żeby ją poczuł każda komórką swego ciała i poleciał na jej skrzydłach…. Tak trudno mi się z Nim dogadać, tak trudno Go lubić…W tym Jego zacietrzewieniu, skupieniu na sobie, poczuciu krzywdy, ciągłym oczekiwaniu więcej i więcej… Nie rozumiem Go i nie umiem z Nim porozmawiać o tym… Nie czuje się w obowiązku realizowania Jego zachcianek i potrzeb… Tyle lat byłam skupiona tylko na Nim i Jego celach…. Dodatkowo straciłam trochę serca , nie ukrywam, żal mam o to, że mnie opuścił wtedy, kiedy był potrzebny, że nie pomagał w chorobie, że liczyć na Niego nie mogę raczej…. Że nie czuję Jego miłości do siebie… Że nie jest taki jaki chciałabym , żeby był… To prawda, przyznaję, nie akceptuję Go takiego jakim jest i pewnie w tym leży wina wszystkiego…. Jak to zmienić?

Reklamy

Niezwyczajna zwyczajność…

Wieczór… Siedzimy sobie obok siebie na kanapie , każde ze swoim laptopem na kolanach, każde ze słuchawkami na uszach, Tomaszek oglada serial na Netfliksie, ja słucham audycji Kaja i skończyłam pisać to cholerne odwołanie….Qrczę jak fajnie… Niby nic… Zwyczajny wieczór w domu dwojga dorosłych ludzi… Słone orzeszki, winogrona, ciepła herbata z imbirem i Jego zapach, Jego ciepło…. Mój Facet ❤

Samotność z wyboru,od urodzenia…

Fizycznie nie jestem sama… Mam Jego, mam przyjaciół sprawdzonych już niejednokrotnie, gotowych na rozpaczliwe wezwanie, jak w zeszłym roku „pojechał sam do Paryża,pomocy !!”, rzucić wszystko i poświęcić mi swój czas, mam Syna ukochanego, jedynego, trudnego w swej niezależności i niechęci do dzielenia się swoim światem, mam Mamę, z którą dobrze nam ostatnio bardzo, mam Siostrę nierodzoną, daleko ale rozumiejącą wiele i wspierającą bardzo, ale pomimo tych wszystkich ukochanych osób, przychodzą momenty kiedy czuję się samotna… czy dlatego, że świat moich wewnętrznych przemyśleń skomplikowany jest i oplata moje wnętrze mnóstwem odnóg, czy dlatego,że tyle lat czułam się jednak samotna ze swoimi traumami, których nikt nie rozumiał, że działa gdzieś jeszcze przyzwyczajenie wieloletnie ,czy może po prostu jest we mnie jakaś samotność wrodzona, stanowiąca cześć mojego charakteru, duszy mojej…. lubię czasem być sama, nabieram wtedy dystansu jakiegoś, mam czas, żeby spojrzeć na wszystko z odległości, wyostrzyć swoje błędy, potknięcia, nawyki niekoniecznie pozytywne, powiedzieć sobie w twarz „przestań, weź się w garść,  jest lepiej niż mogłoby być, doceń to co wokół , nie lataj w kosmos ,utnij „a gdyby” , zaakceptuj nieodwracalne….” I mimo , że brak mi ciepła Jego dłoni , oddycham ciut głębiej i sprawdzam, że daję radę choć na tak maleńkim polu… Lubię czasem ugotować coś tylko dla siebie, wziąć długą samotną kąpiel, wyspać się za wsze czasy, polenić bez wyrzutów sumienia, gdybym tylko jeszcze  mogła wsiąść w samochód, pojechać do lasu potulić brzozy, pójść samej do kina czy na obiad,odwiedzić kogoś niespodziewanie i bez zapowiedzi, pojechać stanąć przy grobie Norusi i pogadać do niej ciut….cierpliwości mi trzeba…

Kocham…twoje dlonie…

Kocham Twoje dłonie.. patrzyłam ostatnio na Twoją rękę, lezącą na moim udzie podczas podróży samochodowej do mojego rodzinnego miasta. Kocham ich uścisk mocny,dający bezpieczeństwo, będący przystanią i najbezpieczniejszym miejscem na świecie, kocham ich wsparcie gdy znów zabraknie równowagi na jeżyckim nierównym chodniku,kocham ich siłę gdy wnosisz mnie po schodach z gipsem na kolejny raz skręconej kostce, kocham ich rozgrzewające ciepło gdy lato jakoś takie niezbyt tropikalne wokół, gdy obejmują moją twarz czule i z miłością, gdy odgarniasz z niej kosmyki moich niesfornych blondów, gdy Twoje palce wypełniają mnie w porywie namiętności, gdy obejmują mnie w zaborczym uścisku pt „moja ona jest”….uwielbiam ich siłę i gwarancję spokoju… pamiętam kiedy zalana łzami po po wigilijnej, emocjonalnej rozmowie z Sebą prawie biegłam do Ciebie (prawie,bo trudno biec na wózku),żeby uspokoić rozedrgane serducho… I ten spokój, który na mnie spłynął w chwili gdy zamknąłeś mnie w swoim uścisku. ..kocham Twoje ręce…

Zaklinanie rzeczywistości… Może jednak mam coś w sobie z czarownicy?! ;)

Skoro w poprzednim wpisie poruszyłam kwestię listów do Sebastiana chciałabym, żeby jeszcze jeden wpis w „pluszowym zeszycie” mi nie umknął, bo jest dość poruszający, szczególnie w kontekście mojej aktualnej sytuacji. A więc wpis z 7 sierpnia 2016 r. : ” Tak bardzo nie chcę Cię dłużej kochać.Miłość nie może być dobra jeśli masz wrażenie,że Cię zabija.<Na dobre i złe, dopóki śmierć nas nie rozłączy…>Ja umieram….Codziennie po trochu a w takie weekendy jak ten kawałkami wyrywam sobie serce…Chcę kochać z wzajemnością. Chcę być dla kogoś celem a nie opcją.Chcę być ważna tak jak On dla mnie.Chcę patrzeć mu w oczy z uśmiechem a nie przez łzy.Chcę żeby mnie przytulał całym sobą. żeby mnie nie trzymał na dystans. żeby mówił co Go cieszy a co Go boli i żebym ja mówiła do Niego. żeby głaskał mnie po twarzy i biodrach. żeby myślał o mnie w ciągu dnia. Tulił do snu i witał rano. Doradzał i słuchał rad. Śmiał się ze mną z kabaretu i ocierał łzy na melodramacie. żeby chciał poznać mój świat i dzielił się swoim. żeby nie łamał słowa i nie kłamał.Nie dawał pustych obietnic. żeby wiedział,że jestem mądra i czuła i żeby chciał mnie takiej jaka jestem. żebym nie musiała grać ani udawać kogoś innego. żeby mnie nie zdradzał i żebym ja nie zdradzała Jego. żeby był ciepły i czuły ale kiedy trzeba stanowczy i opanowany. żeby pokochał Kaja i szanował Go.Chcę prawdziwej miłości gotowej na trudy i ciężkie chwile ale umiejącej się cieszyć tym co tu i teraz. Chcę mężczyzny , który mnie doceni i którego ja będę cenić i szanować. Ty Mój kochany nie dasz mi tego wszystkiego z prostego powodu – bo nie chcesz i bo Twoje poczucie szczęścia jest ważniejsze niż moje, niż nasze wspólne. Nigdy mi tego nie dasz choćbym znalazła sposób na zmuszenie Cię do powrotu.Bo nie jestem Twoim priorytetem. Był czas kiedy oddałabym Ci wszystko co mam. Poświęciłabym wszystko. Ale dla Ciebie to nic nie znaczy albo oznacza słabość. Dla Ciebie w tej chwili najważniejszy jest Twój spokój i Twoje szczęście. A ja nie chcę kochać takiego egoisty.Chcę wspólnoty, rozumiesz? Nie <moje> <twoje>, nie indywidualizmu.Chcę <razem><wspólnie> <<my>… I wierzę, że na to zasługuję. że tak jak ja nie doceniłam tego co miałam tak Ty nie doceniasz tego co Ci ofiarowuję. A ile jest wart taki dar, którego ofiarowany nie docenia? Mam tyle miłości w sobie , że wystarczyłoby nie tylko na dwoje. Wierzę, że poczułbyś w końcu miłość do mnie. Ale Ty już nie chcesz spróbować.Nie wierzysz. I nic już nie mogę  na to poradzić…….”.

Czyżbym sobie Tomasza wymyśliła??Boże spraw żebyśmy tego nie popsuli… żeby już zawsze chciało nam się chcieć i żebyśmy nigdy nie przestali się starać…

Seks nasz powszedni…

Seks… temat tabu? czy temat do wycierania dupy wykorzystywany przy byle okazji? Kiedyś dla mnie powód wstydu i zażenowania, naznaczony piętnem traumy z dzieciństwa….Potem problem dziewictwa, którego chciałam się pozbyć jak klątwy jakiejś….Potem kolejni partnerzy, zarówno życiowi jak i przez chwilę goszczący w życiu moim za pośrednictwem ciała mojego…. Z biegiem lata coraz starsi i bardziej tatusiowaci…. Ile lat zajęło mi zrozumienie, kogo w nich szukałam i jak naiwnie myliłam miłość z pożądaniem…. Szukanie złudnego bezpieczeństwa w zastępstwie Ojca, szukanie kogoś kto się zaopiekuje, utrzyma, pozbawi problemów, obroni jak to Ojciec powinien. Z biegiem czasu coraz więcej alkoholu trzeba było żeby samą siebie oszukać. Dopiero wiele sesji terapeutycznych później zrozumiałam, że coś co wydawało mi się dawno zaleczone wciąż jątrzy się i zatruwa całe moje życie.I tak za późno żeby uratować rodzinę i małżeństwo….Ale wystarczająco w czas aby się zakochać , mam nadzieję po raz ostatni, i żeby seks stał się tym czym być powinien – formą okazania uczucia, zabawą dwóch dojrzałych osób ufających sobie , radością życiową a przestał być walutą, towarem handlowym, czymś za coś…. Wdzięczna jestem, że udało się jeszcze….

List do T. – miłość niespodziewana…

Drogi mój,

jesteś prezentem od Losu,Boga czy Kogo tam jeszcze. Bez Ciebie nie dałabym chyba rady… Twoja dobroć.cierpliwość, pogoda ducha, niezłomna wiara w to, że się uda,że wyjdę z tego udaru, że odzyskam sprawność…Jesteś moim bohaterem, tak mi strasznie przykro ,że zamiast obściskiwać się w kinie na kolejnej randce, chodzę z Tobą za rękę do szpitalnej toalety…Taka jestem dumna  z Ciebie, imponujesz mi codziennie, taka jestem zaskoczona ,że pojawiłeś się w moim życiu, kiedy nie spodziewałam się już niczego dobrego.Nie spodziewałam się też po sobie,że tak się zaangażuję,że będę tak otwarta na Ciebie, tak pełna miłości, tak pewna swoich i Twoich uczuć…Strach gdzieś zniknął, została pewność, że chcę zostać Twoją Żoną… zostałabym pewnie nawet matką Twoich dzieci gdybyś chciał…..Kochany dziękuję Ci za to jaki jesteś wobec mnie i moich bliskich….Jestem Twoja….