Autorefleksje…

Wczoraj zagadałam pół świata o swoich ślubnych wątpliwościach… No dobra może nie pół 😉 Sama nie wiem co mnie dopadło, kryzys jakiś, zmęczenie pracą, porannym wstawaniem, siedzeniem przy biurku, nudą….Zaczęłam sobie zadawać zbyt dużo pytań… Czy na pewno, czy nie za szybko itp. Dziś rano po sms-ie ze zwyczajowym Tomaszowym dzień dobry ( szlaja się gdzieś po Niemczech) gęba mi się rozjarzyła i poczułam ciepło w serduchu i pomyślałam, ze no jak, przecież kocham, tęsknię, myślę z czułością, ufam i pewna jestem Jego bardzo więc co to za wątpliwości?? Podobno większość Panien Młodych zalicza taki stan wiec nie będę sobie więcej zaprzątać tym głowy…. W dupie mi się przewraca, jak powiedziałaby zapewne Siostrzyca moja… I pewnie miałaby rację… Okrzepłam już po udarowo- rozwodowej traumie i fikać zaczynam. Uroczyście oświadczam, ze protestuje sama przed sobą przed takimi myślami, nie zgadzam się na nie i obiecuję wyrzucać je z głowy i duszy za każdym razem gdy choć migną na horyzoncie… A w ogóle niech już będzie ten 30sty. Miejmy to już za sobą… Poprzysięgajmy sobie, pouściskajmy się z gośćmi, pojedzmy coś dobrego, pośmiejmy się z bliskimi przy torcie i kawie w naszym domu i obudźmy się następnego dnia rano migocząc złotem obrączek i po raz pierwszy mówiąc do siebie „żono”, „mężu”. Czekanie mnie wykańcza, jestem niecierpliwa, nie lubię czekać!!!!!

Reklamy

Kinematografia, czyli o wpływie filmów…

Kocham kino.Uwielbiam oglądać filmy, zarówno w kinie, po ciemku, z popcornem i tajemniczymi odgłosami z widowni, jak i w domu, na tv czy laptopie… oglądam namiętnie, nie tylko wielkie, oskarowe produkcje, nie tylko mądre, z przesłaniem, lubię też tandetne komedie, ckliwe romansidła, banalne tematy i mało odkrywcze ujęcia…mogłabym spędzać w kinie każdą wolną chwilę… Oczywiście najwspanialej jest gdy reżyser jest najwyższych lotów, aktorzy wprost z oskarowej czołówki, scenariusz stworzony przez mistrza pióra, a za kamerą stoi Artysta. Gdy historia prowadzi nas za sobą, a my nie możemy się doczekać rozwoju akcji… Dziś obejrzałam „Chemię’… Historia oparta na faktach, które większość nas zna z gazet, wzruszająca opowieść o normalności wobec wyroku śmierci, o sile miłości, o sile w ogóle… Od czasu choroby na tego typu filmy patrzę inaczej… Potrafię się utożsamić, nie ma we mnie dystansu, pomimo tego, że jednak moja historia jest raczej lżejszego kalibru. Czasem , jak dziś, czuję złość na samą siebie, że jestem tak leniwa, tak mało konsekwentna, tak rozciapana, tak ciężko mi samą siebie zmobilizować, zmusić do jakiegokolwiek wysiłku… Jeszcze teraz, kiedy Tomek w delegacji, bez Jego towarzystwa, Jego motywacji, robienia pewnych rzeczy razem, nie potrafię ruszyć tyłka spod kołdry…. A przecież są ludzie dużo bardziej dotknięci przez życie, przez choroby, doświadczeni dużo ciężej, bardziej zmęczeni, mniej sprawni Chciałabym jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki obudzić się jutro naładowana jak bateryjka Duracella, żeby robota paliła mi się w rękach…. Sprzątanie, prasowanie, układanie książek i pościeli, mycie okien, a na koniec dnia radosny marsz na siłownię…

A do tego jeszcze ta fura wątpliwości, które ostatnio ogarniają mnie przy byle okazji… A to prezent nie ten , kupiony jak zwykle pod wpływem nagłego impulsu, pozbawiony rozsądku i nie przemyślany…. A to rzucone przez Syna podczas rozmowy telefonicznej zdanie-szpilka, a to perspektywa utraty pracy, słowotok myślowy atakuje mnie co wieczór tuż po zgaszeniu światła…Jedynie ciepły dotyk Ukochanego daje chwilę wytchnienia, rozmowa z nim, spokojny ton Jego głosu, opiekuńczy uścisk Jego ramion… Chyba uzależniłam się…

Nienawiść…trudno, ulało mi się…

Nienawiść to podobno złe uczucie. Tak nam wmawiają od dzieciństwa. Nie uczą nas jak sobie z nią radzić.Nie dają na nią recepty. Zła i tyle..

Czuję nienawiść. W tym czasie, kiedy wszyscy przygotowują się do nadchodzących Świąt, szukają prezentów, pieką pierniczki, ustalają harmonogram wizyt, ja czuję nienawiść. Za zmiany, na które nie jestem gotowa, za wywrócenie życia do góry nogami, za smutek i rozżalenie, za kolejne pakowane wieczorami pudła, za trzymaną zbyt długą w dłoniach każdą książkę, za łzy pojawiające się przy wywołujących wspomnienia piosenkach. Za rozczarowanie, kiedy patrzę na Ciebie tak obcego i kompletnie mi nieznanego. Za pustkę i ciszę w domu, który, przynajmniej w teorii, miał być nasz. Za każdą decyzję, którą muszę podjąć sama. Za ich ilość, która przytłacza. Za wypalane znów w nadmiarze papierosy, za problemy z zaśnięciem i potem ze wstaniem. Za obcość między nami. Za trudne uczucia, z którymi musi sobie radzić nasz Syn. Za wszystkie „a gdyby”, „a może”. Za każde wspomnienie ostatnich miesięcy a może nawet lat zbrukane zastanawianiem się, czy już wtedy prowadziłeś podwójne życie. Za każdą podartą w strzępy walentynkową kartkę z „na zawsze”. Za biżuterię, której nie mogę nosić. Za nieobecność ukochanego psa. Za rozregulowany cykl miesiączkowy i kiepską odporność. Za niemożność skupienia uwagi i pojawiające się czasem myśli o alkoholu. Za poczucie przegranej i strach przed przyszłością bez Ciebie. Za własnoręcznie zaprojektowaną łazienkę, w której ostatni raz biorę lawendową kąpiel. Za kłótnie z Mamą, którym tak naprawdę nie jestem winna. Za wielką niewiadomą. Za pieniądze wydane na prawnika i na nowe meble, z których nie umiem się cieszyć. Za sztampowe i kompletnie nie od serca życzenia urodzinowe, wysłane ot tak, dla uspokojenia wyrzutów sumienia. Za Twój każdy nowy sweter. Za dietę, na którą przy mnie nie chciałeś przejść. Za to, że jest młodsza. Za wątpliwości co do sensu trzeźwienia i zmian, które w sobie z takim trudem poczyniłam. Za trzęsące się dłonie. Za straszny żal, że powierzyłam Ci tyle swoich tajemnic. Za czas, który płynie nieubłaganie. Za przekonanie, że Cię okradam. Za świadomość, że Ty okradłeś mnie. Za wyrzucenie na śmietnik wszystkiego, co było dla mnie ważne. Za wyrzucenie na śmietnik 20 lat naszego małżeństwa. Za wyrzucenie na śmietnik mnie. Za Twoje dobre samopoczucie. Za Wasze wspólne kolacje i za każde Twoje wyjście do kina beze mnie. Za zazdrość, której nie chcę czuć. Za skamieniałe serce, które nie wie czy umie kochać tak jak by chciało. Za każdą zmarszczkę urastającą w moich oczach do monstrualnych rozmiarów. Za Twój egoizm i całkowity brak empatii. Za codzienne zmuszanie się do wykonywania podstawowych czynności. Za brak nadziei. Za brak wiary w siebie i w to, że mi się uda. Za jesienno-zimową aurę, która potęguje jeszcze moje depresyjne nastroje. Za opadające z winogron liście i za to, że nie zobaczę ich pąków na wiosnę. Za najwspanialszych sąsiadów na świecie i osiedlowych cudownych znajomych. Za całą Twoją rodzinę, która nie jest już moją. Za przyszły czwartek, który przeraża. Za nazwisko, którego noszenia nadal nie widzę już sensu.

Nienawidzę Cię Sebastian.