Pierwszy wqurw po udarze czyli komisja…

Skąd ten tytuł? Bo przed udarem a jeszcze przed rozwodowymi perypetiami złość to było moje drugie imię. O byle co i przy byle okazji. Potrafiłam wpaść w szał, wytrącona z równowagi, drąc się w niebogłosy, agresywnie potrącając przedmioty, rzucając nimi czasem, trzaskając drzwiami. To właśnie taką matkę zapamiętał mój Syn i taką mnie piętnuje do dziś. Teraz też oczywiście potrafię się zdenerwować,podnieść głos, Tomaszek był świadkiem wyrzucania zawartości szuflady w efekcie sprzeciwienia się mojemu pomysłowi na porządki ale od udaru nie pozwalałam sobie na takie emocje na maksa, na parę z uszu itp. Bałam się, wściekałam na pół gwizdka, trochę na pokaz czasem, bojąc się, że za chwilę pęknie mi jakieś naczynko w nadwyrężonym i tak mózgu i znów stanę się niesamodzielna. W ostatni czwartek wezwano mnie na kolejną komisję, wojewódzką tym razem, celem potwierdzenia lub zanegowania sensu mojego odwołania od decyzji przyznającej mi lekki stopień niepełnosprawności. Niezbyt stary lekarz o jakże mylącym wyglądzie Chrystusa i jakże wiele mówiącym nazwisku Niezgoda przyjął mnie w gabinecie prosząc o zajęcie miejsca. Usiadłam dość szeroko podpierając ramię drugim krzesłem, akurat tego dnia wszedł mi jakiś uporczywy ból pod lewą łopatkę i szukałam w miarę wygodnej pozycji. Neutralny strój, odrobina makijażu,grzeczny jak mi się wydawało uśmiech i zaczynamy. Udar był tak? No tak(komputer z moją historią przed oczami, nie spuszcza oka z ekranu), kiedy? No wtedy. Proszę opisać własnymi słowami jak się Pani teraz czuję? No to opowiadam o dokuczliwym jeszcze wciąż bólu ramienia, o nodze kulejącej, kostce skręcającej się notorycznie. Ma Pani jakieś badania? No mam, kładę na biurku. I tu pada agresywnym mocnym tonem wypowiedziane:hormony były? Jeśli ma Pan na myśli antykoncepcję to tak były. Fajki pewnie też? I tu mnie już ubodło bo powtarza się sytuacja z poprzedniej komisji więc mówię :dlaczego wy wszyscy przyczepiliście się tych fajek i antykoncepcji? Jeśli spojrzy Pan w moje papiery zobaczy, że wykryto mi po udarze przetrwały otwór owalny i mój neurolog uważa mój udar za ewidentnie kardiogenny. Jacy wy? Pada pytanie. No więc mówię, że podobną reakcje wobec mnie zaprezentował lekarz na poprzedniej komisji i z jego poglądem też się nie zgadzam. Czy Pani wie ilu ludzi ma taką dziurę w sercu i nie ma udaru? A czy Pan wie ile kobiet bierze antykoncepcję hormonalną, pali papierosy i nie ma udaru? Tu pada coś o winie, o postępowaniu bez zastanowienia i potem oczekiwaniu nie wiadomo czego. Bo pewnie myślę, że mi się należy. Tak uważam, że należy mi się status osoby niepełnosprawnej a moja rzekoma wina nie ma tu nic wspólnego. Poza tym, opowiadam już roztrzęsiona lekko, na moją chorobę nałożyło się wiele okoliczności, byłam w trudnej sytuacji,rozwodziłam się właśnie, to był duży stres….I co rozwód może też nie był z Pani winy?? I tu wstałam, zaprotestowałam głośno na takie traktowanie i odzywki i poprosiłam o zmianę lekarza albo przyjście jego przełożonego. Udał, że nie słyszy, kazał mi usiąść, usiadłam i rozpłakałam się w głos. Proszę na kozetkę, muszę Panią zbadać. Ok. Bada odruchy a ja ryczę. Dlaczego Pani płacze? Bo mnie Pan zranił. Pani musi mieć problem z kontaktem z ludźmi albo z poczuciem winy skoro Pani tak reaguje. Pani na mnie krzyczała (prawda podniosłam głos ale nie krzyczałam),Pani tu weszła i się rozsiadła, tłumaczę więc, że bolą mnie plecy i wtykam mu do ręki usg ramienia i kostki mówiąc, że chciał obejrzeć a nawet nie spojrzał. Łzy lecą, ręce się trzesą , mam problem ze schowaniem segregatora do plecaka, pada: to już koniec, może Pani iść. Wychodzę na trzęsących się nogach, Tomasz przestraszony, idę do recepcji próbując już nie płakać, mówię, że chce rozmawiać z przełożonym tego lekarza. Idę na górę, przyjmuje mnie Pani kierownik, przestraszona moim stanem, opowiadam jej całe zajście, mówi, że przyjmuje moją skargę, porozmawia z lekarzem, mówi, że mogę złożyć skargę na piśmie, ale między nami mówiąc lekarz pracuje na umowę zlecenie, czyli nic mu nie może zrobić a jest dobrym neurologiem, a u nich braki kadrowe, więc w domyśle nie chciałaby żeby się zwolnił. Pyta czego oczekuję? Żeby moja kłótnia z Panem doktorem nie miała wpływu na merytoryczną ocenę mojego stanu zdrowia. To mogę Pani zagwarantować. Zobaczymy. Czy chcę złożyć skargę na piśmie. Poczekam… Idę na dół na spotkanie z pracownikiem socjalnym, miła kobitka uśmiecha się przy wejściu i pyta czy już się uspokoiłam. No trochę tak. No bo słyszała, że była awantura. No była. Nie jest Pani pierwsza, Pan doktor z tego słynie… Uff…nawet opis tego mnie denerwuje… Wyszliśmy stamtąd i poszliśmy na lody. I wiecie, że poczułam coś na kształt ulgi? Oczyszczającą moc wyrzucenia z siebie złości, takie: „heloł, jednak jest jeszcze coś we mnie z tamtej Sylwii. Nie umarła jednak…”. No i teraz czekam na decyzję i zastanawiam się czy i gdzie złożyć skargę na tego lekarza.

Reklamy

Ku większemu optymizmowi…

Mam ostatnio okazję do weryfikowania stanu swojego poudarowego zdrowia z innymi udarowcami. Co prawda głównie wirtualnie ale zawsze. Dziewczyna, którą nazwałam udarową siostrą, sprowokowana naszą wymianą zdań na ten temat napisała genialny tekst, który mną dość mocno wstrząsnął , na tyle mocno, że zebrałam dziś dupę w troki z wyra przed południem ( jest czego gratulować, uwierzcie) z zamiarem zrobienia czegoś pożytecznego. Zaczynam od tego wpisu, żeby mi nie uleciało to co mi się w głowie kłębi, potem będzie odwołanie do Powiatowego Zespołu ds. Orzekania o Niepełnosprawności – dostałam stopień lekki tyle, że nic mi on nie daję więc spróbuję jeszcze powalczyć, potem będzie spacer po przesyłkę do paczkomatu – przyjechały ślubne ozdoby samochodu (!!), potem będzie odkurzanie, obiad już w piekarniku, a potem będę czekać na zaproszenia, które dziś mają dowieźć – a więc niedługo będę wysyłać!! Kręcą mnie te wszystkie drobne przygotowania do ślubu bardzo….

Ale do rzeczy… Oto link do wpisu lewaczki

http://lewaczka.pl/opinia-innych-cie-widza-cie-widza/

Poczytajcie trochę, to bardzo mądra dziewczyna jest…

I w związku z tym – taa… no przecież wiem, że zrobiłam postępy, że jest o niebo lepiej niż było albo mogło być. że w końcu poruszam się sama i choć nadal dość szybko się męczę, to tak naprawdę muszę przyznać, że w tej chwili najbardziej dokucza mi jednak ociężałość umysłowa i jakaś taka wewnętrzna niechęć do jakiegokolwiek działania… Spać mogłabym prawie non stop – co z resztą czynię jak tylko Tomaszek wyjeżdża w delegację, Netflix jest ostatnio jedyną rozrywką, aż się zastanawiam czy jednak się go nie pozbyć…. Chciałabym żeby los po raz kolejny zmusił mnie do jakiegoś wysiłku, marzę o tym, żeby firma jednak nie zakończyła działalności i żebym miała gdzie i do czego wracać. Stać się znów przydatna, pożyć życiem innym, służbowym, wyjechać w jakąś delegację, pójść na służbowe spotkanie w większym gronie, musieć ubrać się w koszulę i umalować…Znów przekonać się, że są rzeczy w których jestem dobra….

Chciałam wkleić filmik z rehabilitacji, jeszcze w szpitalu, krótko po udarze, jeszcze w pampersie, z Olą ćwiczącą trochę za mnie. Ku pamięci i pokrzepieniu…Niestety bezpłatna subskrypcja nie pozwala na udostępnianie filmów więc…

może link do posta na fejsie?

https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=1626910637345765&id=100000805347005

 

 

 

 

Seks po udarze…

Pomysł na ten post  zaczerpnęłam z bloga lewaczki, o którym już wspominałam. Nazwałam ją nawet swoją udarową młodszą siostrą. Żałuję, że na żywo nie mam kontaktu z udarowcami, chciałabym czasem wymienić się doświadczeniami, poradzić lub doradzić. Ktoś, kto przeżywa udar nie wiedząc o nim nic ponad to, co przemknie w tv czy necie jest bardzo zagubiony i takie udarowe rodzeństwo mogłoby bardzo pomóc. Tak myślę… Mnie pomaga…

Ale do rzeczy.. Ci co mnie znają osobiście ale również Ci, co mnie czytają od jakiegoś czasu wiedzą, że seks miał dla mnie zawsze duże znaczenie. Oczywiście wiele lat błądziłam i myliłam pojęcia, drogi, cele… A gdy w końcu odnalazłam sens i właściwy dla siebie sposób nie było mi dane zbyt długo się tym cieszyć. Udar zatrzymał mnie również i na tej drodze. Spotkanie Tomka, o czym już tu nie raz pisałam pokazało mi czym może być seks pomiędzy dwójką dorosłych kochających się i ufających sobie osób. Że nie musi być wyścigiem, manipulacją, środkiem, lecz celem samym w sobie, rozmową, kontynuacją uczucia… Oczywiście to, że może być świetną zabawą wiedziałam już wcześniej. Ale nigdy wcześniej nie czułam takiego luzu i beztroski. Zawsze miałam w głowie to jak wyglądam, czy jestem wystarczająco wydepilowana, czy dane światło odpowiednio mnie rzeźbi, czy bielizna jest wystarczająco seksowna. .. Nawet pierwsze doświadczenia z Michałem pomimo oczywistego zakochania były formą walki i wyścigu. Jak ja potrafiłam się wściekać nie dostając tego, czego chciałam. Nasze seksualne porażki wpłynęły na całe moje późniejsze seksualne życie… Tak samo jak doświadczenie molestowania… Z perspektywy czasu bardzo żałuję straconych lat także w tym obszarze. Tych gigantycznych nerwów, stresu, obaw, kłamstw, gierek… Seks z byłym mężem mimo tego, że zawsze mówiłam, że był udany, też był jakąś formą walki między nami… Szczególnie ten ostatni, akt żebrania o miłość w obliczu końca… Robi mi się cholernie przykro jak pomyślę ile w nim było rozpaczy i przerażenia…

Ale wróćmy do udaru… Ponieważ doznałam udaru podczas seksu jakiekolwiek nasze wyczyny seksualne po przerażały mnie wizją powtórki. Mimo iż ciało domagało się pieszczot i dotyku strasznie bałam się pójść na całość. Dlatego np pierwsza przepustka ze szpitala to była „tylko” jedna wielka czułość. Ale z naszymi temperamentami nie wytrzymalismy długo w zupełnym celibacie. Co prawda lodowate sale i łazienki szpitala w Piaskach nie sprzyjały zbytnio ale postanowiłam, że jakiekolwiek pierwsze seksualne doświadczenia po udarze muszą odbyć się na bezpiecznym gruncie z szybkim i bezpośrednim dostępem do lekarzy i sprzętu, na wszelki wypadek. Potem wspinałam się po schodach na 4 piętro bo ktoś powiedział, że z seksem po udarze jest jak po zawale, jak wejdziesz po schodach na 4 piętro i nie umrzesz to potem już Ci wolno go uprawiać..Weszłam zatem… Hulaj dusza… A właściwie ciało… No i zaczęły się schody ale nieco inne.. Okazało się, że udarowy strzał naruszył nie tylko to co widoczne na zewnątrz. Wszystkie moje mięśnie po lewej stronie zostały osłabione. No i trzeba było się nauczyć innych dróg i sposobów na satysfakcję. Od zawsze byłam kobietą potrzebującą dużo czasu i starań. Po udarze potrzebuje jeszcze więcej. . I cierpliwości… I czułości… Samozaparcia i luzu własnego, akceptacji ograniczeń fizycznych, no bo łóżkowe wygibasy w moim wykonaniu są już niestety mocno ograniczone. Nie zwisnę z żyrandola, noga słabsza dużo niż kiedyś nie pozwala na długodystansowe jeździectwo,  ręka lewa czasem wysiada, brzuch czasem przeszkadza… Ale miłość pomaga wszystko pokonać, odpowiedni partner u boku, którego zakochany wzrok dodaje skrzydeł a pożądliwe ręce pomagają na każdym kroku… Nawet pewnie nie zdaje sobie sprawy jak bardzo pomógł mi i w tym obszarze…

Reasumując… Udarowcu… Przyszykuj się na nowe wyzwania, długą walkę o orgazm, nowe ograniczenia, zaakceptuj zmiany, pokochaj nową/nowego siebie, ufaj i kochaj.. Wszystko w końcu jakoś się ułoży.  Nawet jeśli na innym boku niż dotychczas…

Ból paraliżuje i otępia…

Jestem kompletnie nieodporna na ból. Zarówno fizyczny jak i psychiczny choć dziś raczej o tym pierwszym będzie. Leżę trzeci dzień po wyrwaniu ósemki, w końcu zaaplikowałam sobie przepisany na wszelki wypadek antybiotyk. Łykam apap regularnie co parę godzin i nie wychodzę z wyra. Tomuś znosi to z trudem wydaje mi się… Najchętniej bym przespała ten czas niewygodny. Kompletnie poddaję się w takich chwilach choć może racja w tym, że gdybym nie miała możliwości polegiwania i nicnierobienia to pewnie bym się do kupy zebrała. Potrzebuję powrotu do pracy, choć na ten moment nie wyobrażam sobie wstawania o 7 i ośmiu godzin za biurkiem bez możliwości nawet krótkiej drzemki. Ale znam się na tyle, że wiem, że płynę z prądem i dopóki życie mnie nie zmusi nie stanę w stu procentach samodzielnie na nogi. Odejście Seby też mnie tego nauczyło. Najpierw paniczny, duszący strach, myśli samobójcze, totalna rozpacz a potem powoli krok za krokiem w górę ku własnej samodzielnej przyszłości. No tak, udar to wszystko skutecznie zahamował ale z nim też koniec końców jakoś sobie radzę. W końcu nie skromnie mówiąc sama (oczywiście z pomocą) na te nogi stanęłam. Niech tylko już przestanie boleć….

Siepomaga.pl… Czyli kasa i jej magiczne właściwości…

Facebook mi dziś pokazał zbiórkę na Tymka, na którego ostatnio zbiera pół Poznania. Kiedy przeczytalam wpis jego rodziców bez zastanowienia przelałam te symboliczne 50 złotych. Choroba dziecka, która stawia przed koniecznoscią zebrania w chwil parę 200 tysięcy euro grożąc w przypadku fiaska jego śmiercią to coś co zawsze mnie przerażało. Od razu myślę o swoim pomyśle sprzed paru miesięcy żeby zorganizować zbiórkę na swoją rehabilitację. No bo przecież miesiąc  w miesiąc brakuje mi kasy i Tomaszek staje się moim sponsorem. W takich chwilach za każdym razem wściekam się  na siebie za jakże lekkomyślne rozporządzenie odszkodowaniem z ubezpieczenia. Co prawda dobrze wiem, że riskowe sukienki poprawiły i nadal poprawiają mi skutecznie samopoczucie (przynajmniej dopóki jeszcze się w nie mieszczę 😉 ale jednak zupelnie inaczej rozplanowałabym wydatki wiedząc jak dlugo będę wracać do formy. Nie zapominajmy przecież, że wychodząc ze szpitala w Piaskach 8 marca (zaraz mija rok) pewna byłam, że w maju już wrócę do pracy… A tak mam świadomość, że robię niezbędne minimum. Bo przecież mogłabym fundnąć sobie jakieś fizjoterapeutyczne zabiegi wzmacniające tą felerną kostkę czy krioterapię, która działała przeciwbólowo na ramię czy chociażby poodwiedzać jeszcze parę razy przesympatycznego specjalistę od takich urazów w Ortopie. Prawda jest jednak okrutna – przede wszystkim moglabym sama do jeszcze większego wysiłku się zmuszać a nie czekać na wizytę Oleńki i jej zbawienny wpływ na mnie…

Zadanie domowe…

Dobrze, że Młody prowadzi raz w tygodniu audycję w studenckim radio – mam przynajmniej wtedy okazję Go usłyszeć, dowiedzieć się, że żyje.. Wciąż walczę z chęcią zadzwonienia. Wciąż chodzi mi po głowie myśl, że rolą rodziców jest oczywiście wychowywać ale przede wszystkim być zawsze do dyspozycji i kochać pomimo wszystko. Jestem, kocham, ale jednocześnie odczuwam coś w rodzaju złości, jestem urażona, czuję się obrażona i potraktowana niesprawiedliwie w zemście za to, że rzeczywistość jest inna niż by chciał i niż sobie wyobrażał. Nie wiem czy wrócił na studia, czy znalazł jakąś pracę, czy je jakoś w miarę przyzwoicie. Chciałabym mu dać nauczkę a jednocześnie tęsknię cholernie. „coś na kształt złości” to był właśnie powód mojej pracy domowej na terapii. Paulina spytała czemu nie jestem zła? Po pierwsze boję się złości jako takiego wqurwienia, które kiedyś potrafiło mnie zaślepić i pozbawić resztek rozsądku. Boję się tak silnych emocji że względu na swój nadwyrężony mózg. No i przede wszystkim boję się, że Go stracę. Panicznie się tego boję. Ale tak,  przegiął, potraktował mnie jak worek treningowy,wykorzystał jako argument na wszystko. Wyrzygał w ten sposób złość na rzeczywistość, która pewnie nie spełniła oczekiwań. Moja terapeutka twierdzi, że utkwił gdzieś pomiędzy przekonaniem o swej dorosłości a potrzebą opieki. I miota się nie wiedząc za bardzo co wybrać. Boję się, że w tym zapamiętaniu zrobi coś głupiego, nieodpowiedzialnego, czego konsekwencje będzie ponosił długo. Ja pitolę Synu jak śmiałeś mnie tak potraktować? Bez serca, empatii, współczucia. Przecież jestem Twoją matką nie jakimś tam obcym człowiekiem. I bardzo dobrze zdaje sobie sprawę ze swoich błędów, z traum, których doświadczyłeś, z tego, że byłam kiepską mamą. Ale do cholery nie tylko!! Byłam obok Ciebie tak często i tak blisko jak tylko umiałam. Przytulałam, słuchałam, wycierałam łzy, objaśniałam świat. Starałam się, często za dwoje… Bez wsparcia, bez oparcia, bez pochwał, w pojedynkę. Bo przecież Jego nie było prawie nigdy. Na odległość, na telefon, na weekend. I jeszcze śmie mi powiedzieć, że nie wie co się między nami działo… Że niby co??? Fuck… Fakt nie byłam idealna ale przecież są gorsze prawda? Więc może porozmawiaj w końcu ze mną jak dorosły z dorosłym pamiętając, że choroba mnie zmieniła i ta twarda Zosia samosia, którą znałeś już nie wróci!! Mam hiper wrażliwość, płaczę często, nic na to nie poradzę. Zaakceptuj wreszcie mnie po chorobie i po rozstaniu z Twoim Ojcem. Pewne rzeczy i stany już nie wrócą, też żałuję czasem, że czasu nie da się cofnąć. Ale masz mnie jedną a ja mam Ciebie. I kocham Cię nad życie. I tęsknię…

Jakiej jeszcze pokuty mam oczekiwać?

Dziś po raz pierwszy od udaru pomyślałam, że może nie powinnam go przeżyć. Pamiętam, jak podejmowałam decyzję o zaprzestaniu picia, przez dwa tygodnie pomiędzy pierwszą a kolejną wizytą w poradni AA, cierpiąc na bezsenność, drżenie rąk, opędzając się od samobójczych myśli, myślałam, że jak to przetrwam,  to potem będzie już tylko lepiej. Tak jak chlając wmawiałam sobie, że gdy się obudzę następnego dnia większość problemów zniknie, tak w zaprzestaniu chlania widziałam zbawienny koniec tychże. Potem okazało się, że życie na trzeźwo jest dużo gorsze, że nie ma fanfarów, oklasków, klepania po plecach, jest gorzej bo nie ma gdzie się schować przed tym wszystkim co mnie przerastało. Kiedy po udarze w końcu uświadomiłam sobie, jakie miałam szczęście przeżywając, myślałam, że nic gorszego już mnie nie spotka, że wyczerpałam limit, dostałam drugą szansę, więc teraz będzie już tylko lepiej. Spotkanie Tomka tylko mnie utwierdzilo w tym naiwnym oczekiwaniu tęczy i aniołów. Cóż, po raz kolejny okazało się, że jestem jeszcze bardzo niedojrzała. Usłyszałam dziś bardzo dużo złych rzeczy na swój temat, bardzo dużo oskarżeń o zmarnowane dzieciństwo, dużo ostrych słów o byciu okropną,  egoistyczną, krzywdzącą matką, którą mój Syn kojarzy jedynie z krzykiem i przemocą. Patrzyłam na niego załzawionymi oczami i szukałam w nim tego błękitnookiego chłopczyka, który tak ufnie trzymał moja dłoń, ledwie chwilę temu. A potem mój świat po raz kolejny zatrząsł się w posadach a moje niedawno sklejone serce popękało ponownie. Wiem, że ma prawo oskarżyć  mnie o wiele zaniedbań, nie spodziewałam się jedynie zarzutu kompletnego braku miłości… Bycie mamą stanowiło przez 22 lata sens mojego istnienia. Kim jestem jeśli mi to zakwestionowano?