Pamiętnik…

Przypomniałam sobie dziś o czymś… O 5 nad ranem, jak zwykle obudzona przez fizjologiczną potrzebę i jak zwykle nie mogąc zasnąć potem.Myśląc jak zwykle o Kaju i naszej kłótni. Przypomniałam sobie jak kiedyś, nie wiem czy jest na to usprawiedliwienie, przeszukiwałam pokój Młodego i znalazłam notesik, w którym zapisywał różne rzeczy a w nim wpis na swój temat. Bardzo ostry, bluźnierczy, zszokowana skojarzyłam, że Kaj z kolei przejrzał moją szafkę nocną i znalazł mój pamiętnik, w którym zapisywałam wiersze, erotyki, pragnienia intymne, wspomnienia seksualne… Z którego dość brutalnie dowiedział się, że matka prowadzi intensywne życie erotyczne nie tylko z jego ojcem… Przerażona, że opowie Sebastianowi, zapisałam w pamiętniku notatkę, rodzaj listu do Syna, w którym sugerowałam, że źle zrozumiał, że to fikcja itp. Potem bardzo szybko wyrzuciłam całe zdarzenie z pamięci, wstydząc się siebie, Jego…. Dziś pomyślałam, że to co przeczytał i to co sobie wtedy o mnie pomyślał musiało mocno namieszać Mu w głowie. Że nienawiść splotła się z miłością już nierozerwalnie. Potem, jako gwóźdź do trumny, wyprowadziłam się z domu zostawiając Go z ojcem…. Potem słyszał wielokrotnie nasze awantury, podczas których Sebastian niejednokrotnie tą wyprowadzkę i Piotra mi wypominał… Czyli żył sobie w przekonaniu, że ma matkę… no tak… nawet tu tego słowa nie wypowiem… wstydzę się…. Czy mi to kiedyś wybaczy??

Reklamy

Zadanie domowe…

Dobrze, że Młody prowadzi raz w tygodniu audycję w studenckim radio – mam przynajmniej wtedy okazję Go usłyszeć, dowiedzieć się, że żyje.. Wciąż walczę z chęcią zadzwonienia. Wciąż chodzi mi po głowie myśl, że rolą rodziców jest oczywiście wychowywać ale przede wszystkim być zawsze do dyspozycji i kochać pomimo wszystko. Jestem, kocham, ale jednocześnie odczuwam coś w rodzaju złości, jestem urażona, czuję się obrażona i potraktowana niesprawiedliwie w zemście za to, że rzeczywistość jest inna niż by chciał i niż sobie wyobrażał. Nie wiem czy wrócił na studia, czy znalazł jakąś pracę, czy je jakoś w miarę przyzwoicie. Chciałabym mu dać nauczkę a jednocześnie tęsknię cholernie. „coś na kształt złości” to był właśnie powód mojej pracy domowej na terapii. Paulina spytała czemu nie jestem zła? Po pierwsze boję się złości jako takiego wqurwienia, które kiedyś potrafiło mnie zaślepić i pozbawić resztek rozsądku. Boję się tak silnych emocji że względu na swój nadwyrężony mózg. No i przede wszystkim boję się, że Go stracę. Panicznie się tego boję. Ale tak,  przegiął, potraktował mnie jak worek treningowy,wykorzystał jako argument na wszystko. Wyrzygał w ten sposób złość na rzeczywistość, która pewnie nie spełniła oczekiwań. Moja terapeutka twierdzi, że utkwił gdzieś pomiędzy przekonaniem o swej dorosłości a potrzebą opieki. I miota się nie wiedząc za bardzo co wybrać. Boję się, że w tym zapamiętaniu zrobi coś głupiego, nieodpowiedzialnego, czego konsekwencje będzie ponosił długo. Ja pitolę Synu jak śmiałeś mnie tak potraktować? Bez serca, empatii, współczucia. Przecież jestem Twoją matką nie jakimś tam obcym człowiekiem. I bardzo dobrze zdaje sobie sprawę ze swoich błędów, z traum, których doświadczyłeś, z tego, że byłam kiepską mamą. Ale do cholery nie tylko!! Byłam obok Ciebie tak często i tak blisko jak tylko umiałam. Przytulałam, słuchałam, wycierałam łzy, objaśniałam świat. Starałam się, często za dwoje… Bez wsparcia, bez oparcia, bez pochwał, w pojedynkę. Bo przecież Jego nie było prawie nigdy. Na odległość, na telefon, na weekend. I jeszcze śmie mi powiedzieć, że nie wie co się między nami działo… Że niby co??? Fuck… Fakt nie byłam idealna ale przecież są gorsze prawda? Więc może porozmawiaj w końcu ze mną jak dorosły z dorosłym pamiętając, że choroba mnie zmieniła i ta twarda Zosia samosia, którą znałeś już nie wróci!! Mam hiper wrażliwość, płaczę często, nic na to nie poradzę. Zaakceptuj wreszcie mnie po chorobie i po rozstaniu z Twoim Ojcem. Pewne rzeczy i stany już nie wrócą, też żałuję czasem, że czasu nie da się cofnąć. Ale masz mnie jedną a ja mam Ciebie. I kocham Cię nad życie. I tęsknię…

Mężczyźni mojego życia-odc.4

Oj, jak bardzo nie mam ochoty pisać tego wpisu…ale po pierwsze obiecałam tu być szczera a po drugie miałam skupić się na facetach w swoim życiu żeby coś zrozumieć…wolałabym napisać o Tomaszu ale to chyba jeszcze nie ten moment. Poza tym On jest przecież w każdym wpisie ostatnio. Tyle juz o Nim napisałam…więc… mężczyźni w moim życiu…jak bardzo je skomplikowali to już wszyscy wiemy… Ojciec wyznaczył pewien wzorzec, wzór, do którego wpasowywałam się przez tyle lat. Ale to wszystkiego nie usprawiedliwia. Przecież wybierałam ich świadomie, może potem upijałam się przed pójściem z nimi do łóżka… tak jakbym jednak robiła to wbrew sobie.. często flirtowałam, prowokowałam i nawet jak miałam ochotę uciec, zastopować, zmienić zdanie uważałam, że już jest za późno, że nie wypada…I potem budziłam się rano pełna obrzydzenia do samej siebie i wstydu.. wystarczało do następnego razu… flirt dawał mi siłę i pewność siebie, rodzaj władzy… że niby to ja ich wybierałam i to ja decydowałam co dalej i w jakim tempie… co za bzdura… ten sam schemat przez lata.. starszy facet zwykle grubo po 40stce (sorry to było naście i dziesiąt lat temu) często mój bezpośredni przełożony zagubiony w życiu osobistym i zawodowym, zapatrzony w rezolutną śliczną młódkę, przy której mógł się wreszcie wygadać i poczuć się męski. Na tym etapie nie był ważny jego stan majątkowy ani rodzinny, do dziś nie mogę sobie wybaczyć romansu z Piotrem i rozbicia jego rodziny, łez jego żony i późniejszej jej choroby, do której na pewno się przyczyniłam. Ale ten schemat jeszcze jakoś jestem w stanie sobie wytłumaczyć. Natomiast jednorazówek bez sensu i przyszłości juz nie. Ci wszyscy faceci. Starsi, młodsi.  Często po latach już bezimienni. Jezu, nie jestem w stanie policzyć ile razy zdradziłam męża. I czego do k…y  nędzy szukałam w trenerze Kaja czy kumplu przyjaciela?? Oczywiście czasem łączył mnie z nimi niezły seks ale często to też były rozczarowania. Nie pojmuję dziś sama siebie. Próbowałam się jakoś wczuć, przypomnieć sobie co czułam i myślałam. Nie potrafię. Nie rozumiem. Jakbym wchodziła w obcą babę, puszczającą się nie wiadomo dlaczego. Tak, było mi źle w domu, tak, byłam samotna, tak, miałam furę kompleksów, z których niby mieli mnie wyleczyć. Nie wierzyłam ani w swoją inteligencję ani możliwości.  Liczyła się tylko uroda… Większość z nich z miejsca oferowała mi małżeństwo, nie mając krztyny  skrupułów wobec mojej rodziny… większość znała mojego syna, część pomagała mi w domowych obowiązkach,  był nawet taki, który dał mi kasę na gwiazdkowy prezent dla Seby… wozili mnie, karmili,  ubierali,  upijali… pewnie niektórzy nawet mnie kochali na swój sposób… tak mi dziś przykro, że byłam kompletnie nie warta obrączki na palcu… tak trudno uwierzyć, że jestem warta teraz… tak bardzo czasem się boję… I modlę się żeby nigdy nie wróciła tamta Sylwia… tak trudno pokochać teraz samą siebie wiedząc ile zła wyrządziłam kiedyś… I trudno uwierzyć, że Tomek może mnie taką kochać… z takim bagażem…

Rozmawiałam dziś z przecudowną, mądrą, wspaniałą, okrutnie doświadczoną przez życie kobietą, która tak jak ja odbudowuje właśnie swoje życie. W ogóle mam szczęście ostatnio do takich świetnych, pokaleczonych babek, których mądrość zachwyca mnie nieodmiennie równie mocno jak ich uroda. A głupota ich facetów poraża i wkurza mocno… Silne babki, znoszące przemoc, alkohol, ciężkie choroby.. a mimo to błyszczące dziś odzyskanym szczęściem… jestem dumna, że zaliczają mnie do bliskiego sobie grona… to też zobowiązuje… więc może dość już kajania się, przepraszania za przeszłość, nie mam mocy jej zmienić ale mam moc żyć inaczej, mądrze kochać, podejmować mądre decyzje, wybierać sobie na przyjaciół właśnie takich dobrych energetycznie ludzi… w końcu jestem przecież trzeźwa i nauczona doświadczeniem… Trzymam kciuki z całych sił za nas wszystkich…

Mężczyźni mojego życia – odc.1

Otrzymałam od terapeuty zadanie: zastanowić się nad mężczyznami w moim życiu, nad ich rolą, nad miejscem, swoimi oczekiwaniami wobec nich, tym, co rzeczywiście dostałam, co mi zabrali, co im dałam…

Nimfomanka…

ojciec był jej pierwszym kochankiem
każdy następny zastępował jej ojca

przyjaźń zawsze myliła z miłością
a seks z bliskością dusz

nauczyła się pięknie usprawiedliwiać
spłacać grzechy dobrymi uczynkami

teraz się boi
tylu mężczyznom dała kawałek siebie
czy nie zabraknie jej do końca życia?

30.10.2007

Pierwszy był ojciec. Kiedyś Tata, Tatuś… Zdrobniale i z dużej litery. Dziś ojciec. To i tak dużo. Obiektywnie wspaniały facet, może nieco porywczy, cholernie emocjonalny, z resztą mam to po nim. Mówili o nim „dobry człowiek z sercem na dłoni”.  Pomagał ludziom. Dużo rozmawiał, potrzebował kontaktu z innymi – to też mam po nim. Zwierzał się. W ostatnich miesiącach choroby częściej „obcym” niż nam. Co pamiętam? Że nauczył się gotować i robił to świetnie. Że uwielbiał przemeblowywać mieszkanie, co chwilę coś przesuwał, przestawiał, wbijał gwoździki… I że jeśli kupił sobie jakiś nowy ciuch musiał go założyć najpóźniej następnego dnia – też mam to po nim. Ale pamiętam też dwie potężne awantury rok po roku, kiedy oboje z mamą wrócili z jakiejś imprezy mocno wstawieni i kiedy ojciec uderzył mamę.. Położyła się potem koło mnie a ja musiałam ojca wyrzucić z mojego pokoju. Podobno był zazdrosny. Podobno też lubił seks o wiele bardziej niż mama i potrzebował go o wiele bardziej niż ona. Czy dlatego popierdoliła mu się dojrzewająca córka z obiektem seksualnym? Nie pamiętam ile miałam lat. Po pierwszej miesiączce to na pewno. Obudził mnie w nocy, kiedy usiadł obok na łóżku. Rozpiął mi guziki od piżamy, położył moja rękę na swoim kroczu i wsadził mi swoją rękę w spodnie. Pieścił. I uciszał szeptem. I szeptem mówił też jakieś niby czułości. Dostałam orgazm. Nie pamiętam czy pierwszy w życiu – chyba nie. Wcześniej chyba sama odkryłam masturbacje. Ale na pewno pierwszy, do którego doprowadził mnie ktoś inny. Potem wstał i poszedł. Nie pamiętam czy coś powiedział na koniec. Nie pamiętam, kiedy zasnęłam. Czy coś myślałam? Czy chociaż raz zastanowiłam się nad możliwością krzyku, odepchnięcia jego ręki, ucieczki? Czy mama była obok w pokoju? Tyle rzeczy wymazałam. Pamiętam tylko, ze to trwało jakiś czas. Ze przychodziłam do niego w ciągu dnia, siadałam na kolanach i domagałam się pieszczot. Jak długo? Nie mam pojęcia. W końcu przestałam pozwalać mu się dotykać. I od tej pory przestałam też przytulać się do niego, dawać buziaki na dzień dobry. Zaczęłam unikać kontaktu fizycznego.

Do niedawna jeszcze sama myśl, sama próba opowiedzenia tego komuś wywoływała we mnie mdłości i takie dziwne uczucie w żołądku i w gardle. Teraz już potrafię o tym mówić. Teraz już nie wstydzę się tego. Nie obwiniam. Nie mam żalu do tej młodej dziewczyny, dziewczynki właściwie, którą byłam. Teraz już wiem, że córka kochająca bezgranicznie swego ojca zagubiła się w tym, co wolno było mu zrobić, nie znała jeszcze granicy swojej cielesności, przeczuwała jedynie, że coś jest nie tak.

Wiele, wiele lat zajęło mi dojście do takich wniosków. Wiele lat ucieczki, wymazywania, chlania, szukania zastępstwa, rozpieprzania swoich związków tak na wszelki wypadek. Myślę, że nawet rozpad mojego małżeństwa ma z tym ogromny związek. Ale to już temat na kolejny wpis…

stripped teddy