Dotyk…

Z kolei jeden z moich braków tu w sanatorium daleko od domu. Brak mi przytulenia, głaskania, dotyku stopy pod kołdrą, wtulenia twarzy, ciepłej miękkości dłoni. Seksu też oczywiście ale właśnie chyba z tej dotykowej strony. Śnią mi się różne erotyczne konfiguracje, ale to nie zmniejsza tęsknoty, przeciwnie nasila potrzebę czułości. Stałam się po chorobie bardzo dotykowa, tulaśna.. Może zawsze taka byłam tylko seksem zagłuszałam głód czułości. W domu Freja oczywiście zaspokaja jakąś część tych pragnień ale to też nie wystarcza. Potrzebuję męskich ramion, oddechu na karku przed zaśnięciem, trzymania za rękę na spacerze, położonych stóp na kolanach… Aaaaa… Tęsknię….

 

Seks po udarze…

Pomysł na ten post  zaczerpnęłam z bloga lewaczki, o którym już wspominałam. Nazwałam ją nawet swoją udarową młodszą siostrą. Żałuję, że na żywo nie mam kontaktu z udarowcami, chciałabym czasem wymienić się doświadczeniami, poradzić lub doradzić. Ktoś, kto przeżywa udar nie wiedząc o nim nic ponad to, co przemknie w tv czy necie jest bardzo zagubiony i takie udarowe rodzeństwo mogłoby bardzo pomóc. Tak myślę… Mnie pomaga…

Ale do rzeczy.. Ci co mnie znają osobiście ale również Ci, co mnie czytają od jakiegoś czasu wiedzą, że seks miał dla mnie zawsze duże znaczenie. Oczywiście wiele lat błądziłam i myliłam pojęcia, drogi, cele… A gdy w końcu odnalazłam sens i właściwy dla siebie sposób nie było mi dane zbyt długo się tym cieszyć. Udar zatrzymał mnie również i na tej drodze. Spotkanie Tomka, o czym już tu nie raz pisałam pokazało mi czym może być seks pomiędzy dwójką dorosłych kochających się i ufających sobie osób. Że nie musi być wyścigiem, manipulacją, środkiem, lecz celem samym w sobie, rozmową, kontynuacją uczucia… Oczywiście to, że może być świetną zabawą wiedziałam już wcześniej. Ale nigdy wcześniej nie czułam takiego luzu i beztroski. Zawsze miałam w głowie to jak wyglądam, czy jestem wystarczająco wydepilowana, czy dane światło odpowiednio mnie rzeźbi, czy bielizna jest wystarczająco seksowna. .. Nawet pierwsze doświadczenia z Michałem pomimo oczywistego zakochania były formą walki i wyścigu. Jak ja potrafiłam się wściekać nie dostając tego, czego chciałam. Nasze seksualne porażki wpłynęły na całe moje późniejsze seksualne życie… Tak samo jak doświadczenie molestowania… Z perspektywy czasu bardzo żałuję straconych lat także w tym obszarze. Tych gigantycznych nerwów, stresu, obaw, kłamstw, gierek… Seks z byłym mężem mimo tego, że zawsze mówiłam, że był udany, też był jakąś formą walki między nami… Szczególnie ten ostatni, akt żebrania o miłość w obliczu końca… Robi mi się cholernie przykro jak pomyślę ile w nim było rozpaczy i przerażenia…

Ale wróćmy do udaru… Ponieważ doznałam udaru podczas seksu jakiekolwiek nasze wyczyny seksualne po przerażały mnie wizją powtórki. Mimo iż ciało domagało się pieszczot i dotyku strasznie bałam się pójść na całość. Dlatego np pierwsza przepustka ze szpitala to była „tylko” jedna wielka czułość. Ale z naszymi temperamentami nie wytrzymalismy długo w zupełnym celibacie. Co prawda lodowate sale i łazienki szpitala w Piaskach nie sprzyjały zbytnio ale postanowiłam, że jakiekolwiek pierwsze seksualne doświadczenia po udarze muszą odbyć się na bezpiecznym gruncie z szybkim i bezpośrednim dostępem do lekarzy i sprzętu, na wszelki wypadek. Potem wspinałam się po schodach na 4 piętro bo ktoś powiedział, że z seksem po udarze jest jak po zawale, jak wejdziesz po schodach na 4 piętro i nie umrzesz to potem już Ci wolno go uprawiać..Weszłam zatem… Hulaj dusza… A właściwie ciało… No i zaczęły się schody ale nieco inne.. Okazało się, że udarowy strzał naruszył nie tylko to co widoczne na zewnątrz. Wszystkie moje mięśnie po lewej stronie zostały osłabione. No i trzeba było się nauczyć innych dróg i sposobów na satysfakcję. Od zawsze byłam kobietą potrzebującą dużo czasu i starań. Po udarze potrzebuje jeszcze więcej. . I cierpliwości… I czułości… Samozaparcia i luzu własnego, akceptacji ograniczeń fizycznych, no bo łóżkowe wygibasy w moim wykonaniu są już niestety mocno ograniczone. Nie zwisnę z żyrandola, noga słabsza dużo niż kiedyś nie pozwala na długodystansowe jeździectwo,  ręka lewa czasem wysiada, brzuch czasem przeszkadza… Ale miłość pomaga wszystko pokonać, odpowiedni partner u boku, którego zakochany wzrok dodaje skrzydeł a pożądliwe ręce pomagają na każdym kroku… Nawet pewnie nie zdaje sobie sprawy jak bardzo pomógł mi i w tym obszarze…

Reasumując… Udarowcu… Przyszykuj się na nowe wyzwania, długą walkę o orgazm, nowe ograniczenia, zaakceptuj zmiany, pokochaj nową/nowego siebie, ufaj i kochaj.. Wszystko w końcu jakoś się ułoży.  Nawet jeśli na innym boku niż dotychczas…

Pamiętnik…

Przypomniałam sobie dziś o czymś… O 5 nad ranem, jak zwykle obudzona przez fizjologiczną potrzebę i jak zwykle nie mogąc zasnąć potem.Myśląc jak zwykle o Kaju i naszej kłótni. Przypomniałam sobie jak kiedyś, nie wiem czy jest na to usprawiedliwienie, przeszukiwałam pokój Młodego i znalazłam notesik, w którym zapisywał różne rzeczy a w nim wpis na swój temat. Bardzo ostry, bluźnierczy, zszokowana skojarzyłam, że Kaj z kolei przejrzał moją szafkę nocną i znalazł mój pamiętnik, w którym zapisywałam wiersze, erotyki, pragnienia intymne, wspomnienia seksualne… Z którego dość brutalnie dowiedział się, że matka prowadzi intensywne życie erotyczne nie tylko z jego ojcem… Przerażona, że opowie Sebastianowi, zapisałam w pamiętniku notatkę, rodzaj listu do Syna, w którym sugerowałam, że źle zrozumiał, że to fikcja itp. Potem bardzo szybko wyrzuciłam całe zdarzenie z pamięci, wstydząc się siebie, Jego…. Dziś pomyślałam, że to co przeczytał i to co sobie wtedy o mnie pomyślał musiało mocno namieszać Mu w głowie. Że nienawiść splotła się z miłością już nierozerwalnie. Do tego pamięć o wyprowadzce z domu kiedy zostawiłam Go z ojcem…. Potem słyszał wielokrotnie nasze awantury, podczas których Sebastian niejednokrotnie tą wyprowadzkę i Piotra mi wypominał… Czyli żył sobie w przekonaniu, że ma matkę… no tak… nawet tu tego słowa nie wypowiem… wstydzę się…. Czy mi to kiedyś wybaczy??

Mężczyźni mojego życia-odc.4

Oj, jak bardzo nie mam ochoty pisać tego wpisu…ale po pierwsze obiecałam tu być szczera a po drugie miałam skupić się na facetach w swoim życiu żeby coś zrozumieć…wolałabym napisać o Tomaszu ale to chyba jeszcze nie ten moment. Poza tym On jest przecież w każdym wpisie ostatnio. Tyle już o Nim napisałam…więc… mężczyźni w moim życiu…jak bardzo je skomplikowali to już wszyscy wiemy… Ojciec wyznaczył pewien wzorzec, wzór, do którego wpasowywałam się przez tyle lat. Ale to wszystkiego nie usprawiedliwia. Przecież wybierałam ich świadomie, może potem upijałam się przed pójściem z nimi do łóżka… tak jakbym jednak robiła to wbrew sobie.. często flirtowałam, prowokowałam i nawet jak miałam ochotę uciec, zastopować, zmienić zdanie uważałam, że już jest za późno, że nie wypada…I potem budziłam się rano pełna obrzydzenia do samej siebie i wstydu.. wystarczało do następnego razu… flirt dawał mi siłę i pewność siebie, rodzaj władzy… że niby to ja ich wybierałam i to ja decydowałam co dalej i w jakim tempie… co za bzdura… ten sam schemat przez lata.. starszy facet zwykle grubo po 40-stce (sorry to było naście i dziesiąt lat temu) często mój bezpośredni przełożony zagubiony w życiu osobistym i zawodowym, zapatrzony w rezolutną śliczną młódkę, przy której mógł się wreszcie wygadać i poczuć się męski. Na tym etapie nie był ważny jego stan majątkowy ani rodzinny, do dziś nie mogę sobie wybaczyć romansu z Piotrem i rozbicia jego rodziny, łez jego żony i późniejszej jej choroby, do której na pewno się przyczyniłam. Ale ten schemat jeszcze jakoś jestem w stanie sobie wytłumaczyć. Natomiast jednorazówek bez sensu i przyszłości juz nie. Ci wszyscy faceci. Starsi, młodsi.  Często po latach już bezimienni. Jezu, nie jestem w stanie policzyć ile razy zdradziłam męża. I czego do k…y  nędzy szukałam w trenerze Kaja czy kumplu przyjaciela?? Oczywiście czasem łączył mnie z nimi niezły seks ale często to też były rozczarowania. Nie pojmuję dziś sama siebie. Próbowałam się jakoś wczuć, przypomnieć sobie co czułam i myślałam. Nie potrafię. Nie rozumiem. Jakbym wchodziła w obcą babę, puszczającą się nie wiadomo dlaczego. Tak, było mi źle w domu, tak, byłam samotna, tak, miałam furę kompleksów, z których niby mieli mnie wyleczyć. Nie wierzyłam ani w swoją inteligencję ani możliwości.  Liczyła się tylko uroda… Większość z nich z miejsca oferowała mi małżeństwo, nie mając krztyny  skrupułów wobec mojej rodziny… większość znała mojego syna, część pomagała mi w domowych obowiązkach,  był nawet taki, który dał mi kasę na gwiazdkowy prezent dla Seby… wozili mnie, karmili,  ubierali,  upijali… pewnie niektórzy nawet mnie kochali na swój sposób… tak mi dziś przykro, że byłam kompletnie nie warta obrączki na palcu… tak trudno uwierzyć, że jestem warta teraz… tak bardzo czasem się boję… I modlę się żeby nigdy nie wróciła tamta Sylwia… tak trudno pokochać teraz samą siebie wiedząc ile zła wyrządziłam kiedyś… I trudno uwierzyć, że Tomek może mnie taką kochać… z takim bagażem…

Rozmawiałam dziś z przecudowną, mądrą, wspaniałą, okrutnie doświadczoną przez życie kobietą, która tak jak ja odbudowuje właśnie swoje życie. W ogóle mam szczęście ostatnio do takich świetnych, pokaleczonych babek, których mądrość zachwyca mnie nieodmiennie równie mocno jak ich uroda. A głupota ich facetów poraża i wkurza mocno… Silne babki, znoszące przemoc, alkohol, ciężkie choroby.. a mimo to błyszczące dziś odzyskanym szczęściem… jestem dumna, że zaliczają mnie do bliskiego sobie grona… to też zobowiązuje… więc może dość już kajania się, przepraszania za przeszłość, nie mam mocy jej zmienić ale mam moc żyć inaczej, mądrze kochać, podejmować mądre decyzje, wybierać sobie na przyjaciół właśnie takich dobrych energetycznie ludzi… w końcu jestem przecież trzeźwa i nauczona doświadczeniem… Trzymam kciuki z całych sił za nas wszystkich…

Kocham…twoje dlonie…

Kocham Twoje dłonie.. patrzyłam ostatnio na Twoją rękę, lezącą na moim udzie podczas podróży samochodowej do mojego rodzinnego miasta. Kocham ich uścisk mocny,dający bezpieczeństwo, będący przystanią i najbezpieczniejszym miejscem na świecie, kocham ich wsparcie gdy znów zabraknie równowagi na jeżyckim nierównym chodniku,kocham ich siłę gdy wnosisz mnie po schodach z gipsem na kolejny raz skręconej kostce, kocham ich rozgrzewające ciepło gdy lato jakoś takie niezbyt tropikalne wokół, gdy obejmują moją twarz czule i z miłością, gdy odgarniasz z niej kosmyki moich niesfornych blondów, gdy Twoje palce wypełniają mnie w porywie namiętności, gdy obejmują mnie w zaborczym uścisku pt „moja ona jest”….uwielbiam ich siłę i gwarancję spokoju… pamiętam kiedy zalana łzami po po wigilijnej, emocjonalnej rozmowie z Sebą prawie biegłam do Ciebie (prawie,bo trudno biec na wózku),żeby uspokoić rozedrgane serducho… I ten spokój, który na mnie spłynął w chwili gdy zamknąłeś mnie w swoim uścisku. ..kocham Twoje ręce…

Seks nasz powszedni…

Seks… temat tabu? czy temat do wycierania dupy wykorzystywany przy byle okazji? Kiedyś dla mnie powód wstydu i zażenowania, naznaczony piętnem traumy z dzieciństwa….Potem problem dziewictwa, którego chciałam się pozbyć jak klątwy jakiejś….Potem kolejni partnerzy, zarówno życiowi jak i przez chwilę goszczący w życiu moim za pośrednictwem ciała mojego…. Z biegiem lata coraz starsi i bardziej tatusiowaci…. Ile lat zajęło mi zrozumienie, kogo w nich szukałam i jak naiwnie myliłam miłość z pożądaniem…. Szukanie złudnego bezpieczeństwa w zastępstwie Ojca, szukanie kogoś kto się zaopiekuje, utrzyma, pozbawi problemów, obroni jak to Ojciec powinien. Z biegiem czasu coraz więcej alkoholu trzeba było żeby samą siebie oszukać. Dopiero wiele sesji terapeutycznych później zrozumiałam, że coś co wydawało mi się dawno zaleczone wciąż jątrzy się i zatruwa całe moje życie.I tak za późno żeby uratować rodzinę i małżeństwo….Ale wystarczająco w czas aby się zakochać , mam nadzieję po raz ostatni, i żeby seks stał się tym czym być powinien – formą okazania uczucia, zabawą dwóch dojrzałych osób ufających sobie , radością życiową a przestał być walutą, towarem handlowym, czymś za coś…. Wdzięczna jestem, że udało się jeszcze….

Przytulajmy się….o niezaspokojonej wciąż potrzebie czułości….

uwielbiam się przytulać… szczególnie ostatnio… brak mi czułości bardzo… jakbym cierpiała na niedosyt jakiś….można mnie zagłaskać zatulić zacałować… i nie tylko o tej intymnej damsko-męskiej mówię… przytulenie się do Synka mego ukochanego… dotknięcie policzkiem jego szorstkich młodym zarostem,jędrnych policzków….do Mamy… dotyk jej brzoskwiniowej skóry miękkiej i ciepłej…..oczywiście niedżwiedziowaty gorący uścisk Jego silnych męskich ramion…dotyk szorstkiej skóry….tonę w nim….uściski przyjaciół serdeczne, pocieszające,rozdzierający serce uścisk Męża mego wciąż jeszcze przy okazji odwiedzin w szpitalu….moja skóra woła o dotyk….moje ciało o przytulenie…. moja dusza o zaopiekowanie….nie wiem czy to efekt choroby czysto fizyczny czy też wynik ostatnich przejść, strachu jakiego doświadczyłam….tak jakbym chciała nacieszyć się, na zapas nachapać…. nie podoba mi się ten strach, zbyt mnie przytłacza,ogranicza,wyolbrzymia wszystko….nie mogę się bać życia przecież….