List do S. Tylko bez nadinterpretacji….

Był sławny „List do M.”to teraz będzie do S.

Synku mój najukochańszy… Już widzę jak się krzywisz…Muszę do Ciebie napisać, bo nie jestem w stanie w tej chwili normalnie z Tobą porozmawiać. Zbyt w Nas buzują emocje, mnie ściska w gardle i łzy ściekają po policzkach… A Ty negujesz wszystko co mówię i próbuję Ci przekazać i wściekasz się za te łzy, a ja nie umiem ich powstrzymać… chyba jeszcze nie dorośliśmy do tej rozmowy… A ponieważ już raz przestraszyłam się śmierci i wiem jak niespodziewanie przychodzi i jak szybko zmienia nasze plany wolę napisać do Ciebie parę słów, które nie zginą. I upoważniam niniejszym Was moi drodzy Czytelnicy do wpuszczenia dziecka mego na ten teren , gdy nadejdzie taka potrzeba…i może to zrobić każdy z Was gdy uzna,że jest na to moment. Oczywiście gdy sama już nie będę mogła o tym zdecydować. Ufam Wam… Zatem. Mój Drogi, przede wszystkim chciałabym Cię prosić o wybaczenie. Że nie byłam taką matką jaka sprostałaby Twoim oczekiwaniom. Że myliłam się ciągle, że byłam agresywna i zła, że płaciłeś za niespełnione marzenia i nieudane życie miłosne. Że byłeś świadkiem rozpadu naszej rodziny przez tyle lat, a przede wszystkim, że porzuciłam Cię dla durnego zatrzepotania serca i głowy , że śmiałam wyrzec się Ciebie, uciec przed byciem matką, że zapłaciłeś za moją niedojrzałość i niewyleczone traumy. Nie usprawiedliwia mnie to czego się dowiesz z tego bloga. Fakt spieprzonego w dzieciństwie poczucia moralności , mylenia wiecznego pożądania z miłością, szukania wciąż i wciąż od nowa czegoś co nieznajdywalne…Ojciec mnie wypaczył. Niestety zbyt późno dotarły do mnie konsekwencje Jego błędów. Zbyt dużo procentów przyswoiłam po drodze. Tak , to prawda, nie planowałam macierzyństwa ani małżeństwa. Ale to naprawdę nie znaczy , że nie kochałam Cię od chwili kiedy Cię ujrzałam a nawet wcześniej gdy byłeś tylko rojem motylków w moim brzuchu…twoje piękne granatowe oczy, Twoje paluszki zaciskające się na moich, Twoja zależność od nas… potem Twój indywidualizm od pierwszych słów wypowiadanych, własnoręcznie od zawsze obierany kierunek, Twoja nieugięta chęć samodecydowania i samo istnienia…. Niełatwo Cię kochać… Z Twoim obruszaniem się na każdy dotyk czy przejaw troski…. A kocham Cię całym sercem… Oddałabym Ci świat zapakowany w kokardkę, wyprostowałabym każdy zakręt na życiowej drodze, usunęła każdy kolec, wyeliminowała każdą bakterię czy wirus latający wokół, odsunęła wszystkich krzywdzących Cię ludzi… Nie do zrobienia, wiem…Już zawsze będę drżała o Twoje bezpieczeństwo… W taki sposób kocham… Nie umiem inaczej… Choć zmuszam samą siebie wciąż i wciąż od nowa do odpuszczania, odsuwania się, puszczania Cię wolno…. Kochanie postaraj się mnie zrozumieć, jesteś sensem mojego istnienia, moim głównym powodem do życia, do walki…. Byłeś inspiracją moich życiowych zmian, dla Ciebie także wytrzeźwiałam, także dla Ciebie robiłam pierwsze kroki w szpitalu… Żebyśmy mieli szansę na normalną rozmowę kiedyś, żebym mogła kiedyś wytłumaczyć, wyjaśnić….żebym mogła iść jeszcze kiedyś z Tobą niekoniecznie za rękę… Wiesz czemu wciąż chcę Cię przytulać ? Bo pragnę nadrobić ten czas kiedy bałam się to robić, żyłam w strachu, że to co zrobił mój Ojciec zaraźliwe było i w jakiś sposób przeszło na mnie, bałam się zrobić Ci krzywdę… Tym bardziej , że przy ciągłej nieobecności Ojca Twego , na Ciebie podświadomie kładłam rolę faceta w domu…A przecież miałeś być dzieckiem….Może dlatego wciąż nie mogę przestać traktować Cię jak dziecko… Najdroższy , dużo w tej naszej relacji bólu, nieprawidłowości, kłamstw, przemocy… Mam nadzieję, że zanim przeczytasz te słowa zdążymy coś naprawić… że znów mi zaufasz i uwierzysz i zaakceptujesz to , kim się po udarze i przejściach zeszłego roku stałam…. Kocham Cię i modlę się za Ciebie i Twój świat…

Reklamy

przeszłość nas zabija jeśli jej na to pozwalamy….

Oglądam „Shall we dance?” i nagłe ukłucie w sercu” dostałem kurs tańca na urodziny”… qrwa … kiedy przestanie to boleć… przecież jestem szczęśliwa, kochająca i kochana?!tak bardzo się staram nie rozpamiętywać tego małżeństwa, nie zastanawiać się nad każdym słowem czy gestem….zapomnieć ten ból i rozczarowanie…Paryż, kłamstwa, podwójne życie, dwa domy, dwie kobiety, ale przy moich wrodzonych kompleksach, braku wiary w siebie, traumach z dzieciństwa, zbyt dużej wagi przywiązywanej do zewnętrzności… to wszystko pali jak tatuaż na skórze…. nie potrafię uciec przed poczuciem krzywdy i pytaniem jak bardzo musiałam być zła, że tak mnie potraktował…jak wielkie musiał czuć obrzydzenie , wstręt , odrazę??jak bardzo musiał pogardzać mną i tym co sobą reprezentowałam?? w sumie mogłabym podobne pytania zadać sobie samej ale już nie pamiętam co wtedy czułam?? pamiętam, że nawet wtedy kochałam… a jak to możliwe?? Boże obdaruj mnie zapomnieniem, amnezją chwilową, pozwól być ponad to…pozwól tak naprawdę zacząć od nowa….bo mnie to zatruje…

strach i tęsknota… czyli powtórka z rozrywki….

w ostatnią sobotę zalały mnie wspomnienia…. Dąbrówkowo weekendowo rodzinne…. spędzanych w trójkę niedzielnych poranków z kawą wypijaną czasem w trójkę w łóżku… z Norką wylegującą się w trawie…. z jajecznicą mężowską…. wspomnienia wakacji wspólnych… Paryża zwiedzanego w trójkę, Toskanii, weekendowych kin i restauracji… zatęskniłam za rodziną… oczywiście tą z dobrych momentów… popłakałam sobie z tej tęsknoty i żałości jakiejś…. serducho bolało…. tęsknię za Synem moim … tak… widujemy się co czas jakiś… ale brak mi go na co dzień… mimo, że wredny ostatnio znów jakiś się zrobił…  Norusi brak mi ciągle… stworzenia mojego do kochania takiego… cóż… Tomasz jednak nie wszystkie moje potrzeby zaspokoić może… miłości dostaję pewnie tyle ile może dać najwięcej… ale chyba za innym jej rodzajem tęsknię… dziecięca czy psia miłość inne jednak zaspokaja potrzeby… cóż pieska może jeszcze za czas jakiś przygarniemy… a dzieci więcej już mieć nie będę… głupie myśli o tamtej nienarodzonej istotce… nastolatką by była teraz… a co do strachu… dławi czasem w gardle zmęczeniem, zniechęceniem jakimś, brakiem postępów w rehabilitacji…ale też w taki tydzień samotny jak ten refleksją , że im bardziej się kocha tym trudniej później znieść rozstanie czy stratę… bo skoro raz już ktoś zakochanym strasznie będąc zrezygnował to niby czemu ktoś inny miałby nie powtórzyć tego samego… takie właśnie mnie ponuraki nachodzą , w ogóle nie wiosenne, jak w ogóle nie wiosenna ta wiosna u nas…może potrzeba mi już ciepłych słonecznych promieni na twarzy… złocistej opalenizny na skórze… wakacji z palmą i szumem fal… oby do lata…

Zaklinanie rzeczywistości… Może jednak mam coś w sobie z czarownicy?! ;)

Skoro w poprzednim wpisie poruszyłam kwestię listów do Sebastiana chciałabym, żeby jeszcze jeden wpis w „pluszowym zeszycie” mi nie umknął, bo jest dość poruszający, szczególnie w kontekście mojej aktualnej sytuacji. A więc wpis z 7 sierpnia 2016 r. : ” Tak bardzo nie chcę Cię dłużej kochać.Miłość nie może być dobra jeśli masz wrażenie,że Cię zabija.<Na dobre i złe, dopóki śmierć nas nie rozłączy…>Ja umieram….Codziennie po trochu a w takie weekendy jak ten kawałkami wyrywam sobie serce…Chcę kochać z wzajemnością. Chcę być dla kogoś celem a nie opcją.Chcę być ważna tak jak On dla mnie.Chcę patrzeć mu w oczy z uśmiechem a nie przez łzy.Chcę żeby mnie przytulał całym sobą. żeby mnie nie trzymał na dystans. żeby mówił co Go cieszy a co Go boli i żebym ja mówiła do Niego. żeby głaskał mnie po twarzy i biodrach. żeby myślał o mnie w ciągu dnia. Tulił do snu i witał rano. Doradzał i słuchał rad. Śmiał się ze mną z kabaretu i ocierał łzy na melodramacie. żeby chciał poznać mój świat i dzielił się swoim. żeby nie łamał słowa i nie kłamał.Nie dawał pustych obietnic. żeby wiedział,że jestem mądra i czuła i żeby chciał mnie takiej jaka jestem. żebym nie musiała grać ani udawać kogoś innego. żeby mnie nie zdradzał i żebym ja nie zdradzała Jego. żeby był ciepły i czuły ale kiedy trzeba stanowczy i opanowany. żeby pokochał Kaja i szanował Go.Chcę prawdziwej miłości gotowej na trudy i ciężkie chwile ale umiejącej się cieszyć tym co tu i teraz. Chcę mężczyzny , który mnie doceni i którego ja będę cenić i szanować. Ty Mój kochany nie dasz mi tego wszystkiego z prostego powodu – bo nie chcesz i bo Twoje poczucie szczęścia jest ważniejsze niż moje, niż nasze wspólne. Nigdy mi tego nie dasz choćbym znalazła sposób na zmuszenie Cię do powrotu.Bo nie jestem Twoim priorytetem. Był czas kiedy oddałabym Ci wszystko co mam. Poświęciłabym wszystko. Ale dla Ciebie to nic nie znaczy albo oznacza słabość. Dla Ciebie w tej chwili najważniejszy jest Twój spokój i Twoje szczęście. A ja nie chcę kochać takiego egoisty.Chcę wspólnoty, rozumiesz? Nie <moje> <twoje>, nie indywidualizmu.Chcę <razem><wspólnie> <<my>… I wierzę, że na to zasługuję. że tak jak ja nie doceniłam tego co miałam tak Ty nie doceniasz tego co Ci ofiarowuję. A ile jest wart taki dar, którego ofiarowany nie docenia? Mam tyle miłości w sobie , że wystarczyłoby nie tylko na dwoje. Wierzę, że poczułbyś w końcu miłość do mnie. Ale Ty już nie chcesz spróbować.Nie wierzysz. I nic już nie mogę  na to poradzić…….”.

Czyżbym sobie Tomasza wymyśliła??Boże spraw żebyśmy tego nie popsuli… żeby już zawsze chciało nam się chcieć i żebyśmy nigdy nie przestali się starać…

Mężczyźni mojego życia – odc.3

Jak żona Lota…

pełnymi szczęścia oczami spojrzałam w Twoje
i skamieniałam
w środku
na zewnątrz uwodziłam tysiące uśmiechów i parę spojrzeń
ale w głębi
był mrok , gruz i popioły
cicha melodia powoli zanikająca

jednym zamaszystym ruchem
skreśliłam wszystko
zapaliłam zapałkę i podpaliłam
a Ty
odwróciłeś się nie zauważając pożaru
straż nie przyjechała
przeciwnie – ktoś dolał oliwy
i jak po trzeciej wojnie –
strach , pragnienie , niepokój
strzępki jak w ostatnim wierszu

ręce pachnące jeszcze Tobą
usta krwawe od gorących myśli
ale oczy
już skamieniały…

14.02.1993 (popraw.)

Ten stary wiersz chyba najlepiej oddaje charakter mojego małżeństwa…Totalne niezrozumienie wzajemne, zupełnie inne oczekiwania od życia, inne marzenia, inne priorytety, straumatyzowane dzieciństwo jednego i młodość drugiego….To się chyba nie mogło udać… Nie na takim etapie naszego życia….Dwójka gówniarzy kłócących się zawzięcie prawie od samego początku udawała przed sobą i innymi, że jest gotowa na dorosły i dojrzały związek tylko dlatego,że stworzyli nowego człowieka…

Poznali nas ze sobą nasi przyjaciele Mariusz i Joanna, sami będący wówczas parą.( jakże nabijaliśmy się z ich słodkości wzajemnych , teraz sama tak się zachowuję ciesząc się z tego codziennie…)Dyskoteka na łódzkim osiedlu studenckim, Twoje opowieści o wymarzonym przeze mnie Paryżu, mój czarny stanik pod głęboko rozpiętą białą koszulą…Każde przyszło z kimś innym, ale  noc spędziliśmy gadając ze sobą… Potem ten słynny telefon : ” Cześć czy boli Cię jeszcze głowa??”. A potem poszło…. imprezy, spacery, rozmowy, wyznania,Zaręczyny przed Katedrą i nagle okazało się,że to jednak nie skórka od pomidora usiadła mi na żołądku wywołując poranne mdłości….I decyzja podjęta przez nasze rodziny niejako poza nami, obok nas….. ślub organizowany w pośpiechu jakimś, pomiędzy gonitwą przedświąteczną, chorobą i śmiercią mojej Babci… I ta pewność rankiem 6-go stycznia podpowiadająca „nie rób tego…”i to pieprzone „jak się rozwiedziesz to zadzwoń…”-Twojej koleżanki ze szkoły… głupia sucz popsuła mi całe wesele… Dziś nie miałaby takiej mocy…. To pewnie też coś znaczyło. Jak bardzo niepewna byłam siebie i Ciebie..A może było klątwą na nasze małżeństwo rzuconą przez zakochaną w Tobie pannę w czerwonym berecie? Tą co wg słów Twojego Ojca ” do rozporka Ci wchodziła”… Boże ile ja szczegółów pamiętam….Moje przerażenie kiedy pierwszy raz usłyszałam ” żono”….Pomruk moich klasowych kumpli z Michałem na czele…. tyle sygnałów…. tyle znaków…. Wesele pod znakiem żałoby…. rosnący brzuch….Młodego ślady stopy lub dłoni na skórze… Twoje dłonie śledzące jego kopniaki…. Strach przed utratą tej ciąży… Poród wielogodzinny, wspólny i wreszcie „mamy Syna!!”. te paluszki maleńkie zaciskające się na naszych, granatowe oczy , sen czujny i czuwanie każdonocne….. Ojciec mój wyręczający Cię z ojcowskich obowiązków, bo Ty ciągle w pracy, tak, wiem , ktoś musiał pracować….Samotność dotkliwa już wtedy… Poczucie nie bycia Twoim priorytetem. Z resztą Ty moim też nie byłeś….tak naprawdę spieprzyliśmy to już wtedy, na samym początku… kłótnie gorące, jakaś przemoc, rzeczy fruwające przez okno, wtedy już zaczęliśmy żyć osobno, Twoi znajomi, moi znajomi… osobne imprezy, spotkania, wyjazdy… Twój romans z koleżanką z pracy (!) , moje romanse…. coraz częściej pojawiający się alkohol…. Wyjazd do Poznania… Pewnie mógłbyś spytać po co Cię goniłam?…nie wiem , tak samo jak nie wiem czemu rok temu nie wyobrażałam sobie życia bez Ciebie… Czego tak straszliwie się bałam?? Mam obok siebie cały zeszyt zapisany listami do Ciebie z tamtego okresu….Mam też przed oczami historię naszego małżeństwa pisaną dla prawnika. 17 zapisanych stron , pełnych dat, faktów, o których nie zawsze chciałabym pamiętać, naszych kłótni, rozstań, ucieczek, porzucań wzajemnych, wszystkiego, co uświadamia mi jaką krzywdę sobie nawzajem wyrządziliśmy, jak cierpiał przez nas nasz Syn….Ile straciliśmy nawzajem czasu, nerwów, życia ile nam uciekło… żałuję tego wszystkiego,zapisek z 26.06.2016: ” Gdybym mogła cofnąć się do siebie sprzed 21 lat i gdybym umiała do siebie przemówić poradziłabym samej sobie nigdy nie wychodzić za Ciebie za mąż.Powiedziałabym  <Urodź Syna i wychowuj go sama>< to i tak nie będzie trudniejsze niż małżeństwo z Nim>żałuję ślubu z Tobą. żałuję tego , że gdy w końcu po tylu latach Ci zaufałam zostałam zdradzona , i nie mówię o zdradzie fizycznej. (…) Wolałabym nigdy nie być Twoją żoną , nie przeżyć tych 20-stu lat niż teraz zostać rozwódką, Twoją ” byłą żoną” ” pierwszą żoną”…nigdy nie powinniśmy się spotkać.Nigdy nie powinniśmy być razem. Nasze  światy się różnią, nasze poglądy są inne. Mamy inne priorytety. Inaczej traktujemy pracę. Inaczej rodzinę.Mamy inne podejście do ludzi.Inną wiarę. Inne poczucie humoru. Inne wartości. Nic nas nie łączy. Nie mamy ze sobą nic wspólnego. Nawet Kaj przez tyle lat nas nie połączył. żałuję, że byłam niemądra i nie umiałam podjąć decyzji, którą przecież miałam gdzieś w środku. żałuję tych lat sklejania tego co było nienaprawialne od samego początku…”.ot, jak już wtedy potrafiłam na to spojrzeć. teraz nie ma we mnie tyle żalu i poczucia straconego czasu. Wręcz przeciwnie ,  bliżej mi do myśli, że dzięki tym wszystkim doświadczeniom, jestem teraz taka jaka jestem , stałam się lepszym człowiekiem , potrafię wreszcie bez strachu okazywać Ukochanemu uczucia, nie węszę wszędzie podstępu ani zdrady, jestem szczera, niczego nie udaję… Stałam  się taka jaką zawsze chciałam być…Dużo w tym „puchatym zeszycie” , który podarowałeś mi mówiąc ” pisz, lubisz to robić, jesteś w tym dobra”, złości, przekleństw, obarczania Cię winą za wszystko, ale też dużo samoobserwacji , wniosków wyciąganych z bólem, świadomości własnych win….Cóż Mężu Mój wciąż jeszcze oficjalnie, choć coraz bardziej obcy Człowieku, nie udało nam się coś co właściwie nie miało prawa się udać , nie wtedy, nie z takimi Nami, nie w taki sposób. Ponosimy za to oboje winę i jakoś będziemy musieli z tym dalej żyć. Poza tym przecież przydarzyło się nam dużo fajnych rzeczy, mamy najwspanialszego Syna pod słońcem, dużo przeżyliśmy przy sobie „pierwszych” doświadczeń, dużo się też nauczyliśmy zapewne. Więc niech „nam ziemia lekką będzie”.Zakończmy to małżeństwo z odrobiną choć szacunku do siebie nawzajem. I choć nie planuję brać ślubu w Twojej obecności, wierzę, że jeszcze kiedyś normalnie porozmawiamy. tylko przestań się bać takiej rozmowy, nie ściemniaj, nie udawaj kogoś innego, nie graj , bo to i tak niczego nie zmieni. I nie rań mnie już więcej,. Pozwól żyć bez Ciebie już, w szczęściu i poczuciu spełnienia….

Przytulajmy się….o niezaspokojonej wciąż potrzebie czułości….

uwielbiam się przytulać… szczególnie ostatnio… brak mi czułości bardzo… jakbym cierpiała na niedosyt jakiś….można mnie zagłaskać zatulić zacałować… i nie tylko o tej intymnej damsko-męskiej mówię… przytulenie się do Synka mego ukochanego… dotknięcie policzkiem jego szorstkich młodym zarostem,jędrnych policzków….do Mamy… dotyk jej brzoskwiniowej skóry miękkiej i ciepłej…..oczywiście niedżwiedziowaty gorący uścisk Jego silnych męskich ramion…dotyk szorstkiej skóry….tonę w nim….uściski przyjaciół serdeczne, pocieszające,rozdzierający serce uścisk Męża mego wciąż jeszcze przy okazji odwiedzin w szpitalu….moja skóra woła o dotyk….moje ciało o przytulenie…. moja dusza o zaopiekowanie….nie wiem czy to efekt choroby czysto fizyczny czy też wynik ostatnich przejść, strachu jakiego doświadczyłam….tak jakbym chciała nacieszyć się, na zapas nachapać…. nie podoba mi się ten strach, zbyt mnie przytłacza,ogranicza,wyolbrzymia wszystko….nie mogę się bać życia przecież….

nowe życie czas zacząć!

za tydzień stąd wychodzę! Trochę sama to wyprosiłam tłumacząc lekarzom, że mój mózg obleczony w watę jakąś zbyt leniwy się stał, brak mu wysiłku jakiegokolwiek a nawet chęci albo wręcz konieczności żeby go do tego wysiłku zmusić. Muszę, pomimo strachu , zmierzyć się ze swoim życiem ponownie, stanąć naprzeciw trudnościom , wyborom… nie chcę już dłużej uciekać…muszę znów uwierzyć w siebie, w swoją siłę, wartość i możliwości.I to bez względu na obecność i wsparcie T.Nie , nie mam zamiaru znów bawić się w Zosię Samosię, bo już wiem do czego może to doprowadzić.Po prostu wiem , że jeśli nie uwierzę w siebie ponownie, Jego miłość i pomoc nie wystarczą mi do tego, żeby się pozbierać.Dlatego postanowiłam wrócić do” żywych”.