Testament?! Jednak nie….

„Testament”

Jesteś jak marzenie senne i koszmar nocnej samotności
jak piękno życia i niepokonana groza przemijania
gdyby ktoś jednak miał w spadku dostać dar mojej miłości
tylko Ty miałbyś prawo do jej zatrzymania
tylko Ty mógłbyś jednym nikłym gestem
wstrzymać upływ czasu – jak w tym wierszu Boy’a
Ty – ponieważ jesteś
a nic nie jest tak nieodzowne jak obecność Twoja…

wrzesień”94

http://wiersze.kobieta.pl/autor/wiedzma-30386

Ostatnio miałam trochę okazji sprzyjających myśleniu o śmierci. Bez dramatyzowania. Tak po prostu, jak o czymś co nieuniknione i nieprzewidywalne…Myślę, że przestałam się jej bać… dużo bardziej przeraża mnie wizja kalectwa, niesprawności fizycznej czy umysłowej, samotności i braku miłości… Poza tym już wiem, że może przyjść zupełnie niespodziewanie, niezaplanowana… Rzadko jesteśmy na nią gotowi, w końcu nadzieja umiera ostatnia… Ten ponad rok temu bałam się jej tylko przez chwilę, bałam się, że nie zdążę naprawić relacji z Synem, że nie będę miała szansy niczego mu wyjaśnić… Żal mi też było rozpoczynającego się dopiero związku z Tomaszem… Potem, ktoś litościwy wyłączył mi świadomość i bali się o moje życie już „tylko” moi bliscy. Obrzęk mózgu… Dziś przez przypadek trafiłam w tv na jakiś dokument o którymś z polskich szpitali, gdzie nie rozpoznali udaru u pięćdziesięcioparoletniego faceta, nafaszerowali go przeciwbólowymi lekami i odesłali do domu… Oczywiście zmarł…Miał obrzęk mózgu… Daje do myślenia…. Tak bardzo chciałam wyprostować wszystkie relacje, pozamykać wszystkie sprawy….I co? Nawet na tym polu poległam… Udało mi się „po drodze” stracić kogoś, kogo uważałam za przyjaciółkę… A co do prostowania relacji… Niektóre plączą się jeszcze bardziej… Kłótnia z Kajem ciąży mi na sercu bardzo… Wciąż zadaje sobie pytania co robić dalej… Czy w ogóle coś… Czy zostawić, odpuścić, dać Mu czas na przemyślenia… Qrwa przecież mam Go tylko jednego, nie chcę stracić kontaktu z Nim, ale z drugiej strony nie chcę pozwolić się tak traktować… Bo Jemu się należy.. Dziś usłyszałam, że mam to szczęście, że to mój były mąż spełnia w całości prawnie określone potrzeby naszego Syna. I te hasła „powinniśmy”, „powinnaś”… Kto mu dał prawo mówić mi co powinnam?? Powinnam kochać moje dziecko, powinnam wiedzieć jakie błędy popełniłam i próbować je naprawić… Ale czy zadośćuczynieniem mają być pieniądze?? Jasne, że wolałabym aby nic strasznego nam się nie przytrafiło, chciałabym cofnąć czas o te co najmniej 15 lat, zatrzymać się wtedy w pędzie nie wiadomo po co, odstawić butelkę z whisky, wyrzucić papierosy, poprosić Sebę żeby nie robił kariery kosztem rodziny, odrzucić te czy tamte zaloty, pójść na terapię co najmniej 10 lat wcześniej, nie spełniać każdego kaprysu Kaja… Ale nie mam tej mocy… Muszę żyć ze świadomością tego, co spieprzyłam, spieprzyliśmy…Bojąc się, że niczego już nie naprawię… A o odkupienie będę błagać tego faceta u góry….

Ale nie do końca o tym chciałam pisać… Chciałam napisać, że gdyby kolejnym razem mi się nie udało… Tak, chciałam napisać coś w rodzaju testamentu… Ale… Zmieniłam zdanie… Nie chcę kusić losu… więc…. co ma być, to będzie…

 

Reklamy

Rozwodowo – odc. 2 – wchodzimy na drogę bez powrotu….

24.10.2016r.

„Porozumienie o warunkach rozwiązania małżeństwa oraz wzajemnych obowiązkach stron. (…) Zważywszy, że pomiędzy Stronami na skutek faktycznej separacji nastąpił zupełny i trwały rozkład pożycia małżeńskiego, Strony zamierzają doprowadzić do rozwiązania małżeństwa (…) „

Wiedziałam, że będzie bolało, że usłyszenie na własne uszy formułowanych przez kogoś innego zwrotów typu: „trwały i zupełny rozkład pożycia”, „planowane rozwiązanie związku małżeńskiego”, „stanowisko procesowe”, „jako zobowiązany wobec żony do zaspokajania potrzeb rodziny”, „uprawomocnienie wyroku”, „egzekucja” wyryje w moim sercu krwawe pręgi. Miałam jedynie nadzieję, iż nie rozkleję się histerycznie i rozpaczliwie. Udało się. Płakałam sobie po cichutku za zasłoną z włosów i pewności siebie, pozwalając płynąć po policzkach bezgłośnym łzom i słuchając jednocześnie jak Pani Rejent odczytuje akt notarialny ujmujący w prawne i w razie czego możliwe do dochodzenia w sądzie ramy treść porozumienia zawartego chwilę wcześniej. Moje ciało domagało się nikotyny a w głowie kolebało się „ja pierdolę…”.

Czy ja Go jeszcze kocham? – padło jakiś czas później pytanie. A skąd do cholery mam wiedzieć? Czy przejmujący smutek i całkowite osłabienie organizmu, jakie ogarnęło mnie chwilę po zamknięciu za sobą drzwi Kancelarii to objaw miłości właśnie? Czy to tylko przerażająca świadomość przegranej? Czy tęsknota za przeszłością? Czy strach przed przyszłością? A może paraliżująca pewność jak bardzo spierdoliliśmy to, co miało być i , tak jestem pewna, mogło być na zawsze?

Mimo ponad pięcioletniej trzeźwości wciąż gram. Tylko za cholerę nie wiem kogo….