Gdybanki z nudów…

Co by było ze mną i z moim życiem gdybym nie zachorowała? Tuż przed udarem moja „kariera” zawodowa nabierała tempa – szkolenia, eventy, reprezentacyjne spotkania. W Polsce i w Niemczech. Szef chciał mnie namaścić na swoją następczynię…. Co prawda wszystko zaczęło się pieprzyć przez zmianę ustawy o OZE ale któż może wiedzieć… Może podebrałby mnie ktoś z innej firmy, zachwycony moją elokwencją , otwartością i umiejętnością radzenia sobie w trudnych sytuacjach, przynajmniej zawodowych…. A może we dwójkę uratowalibyśmy firmę przed długami i marazmem? Kwestie wynagrodzenia wtedy też miały inne perspektywy… Czy bywająca na imprezach wpakowałabym się tradycyjnie w romans jakiś? Zafascynowana, jak kiedyś , czyjąś pozycją itp?? W końcu byłabym już po rozwodzie… Ha. Czy związek z Tomaszem przetrwałby i zaszedł tak daleko jak za 4 dni zajdzie?? Przecież zamiarowałam zamieszkać jednak sama… Jak potoczyłoby się moje życie gdybym po prostu zamieszkała na Długosza jako osoba wolna, zdrowa, atrakcyjna… Gdzie byłabym teraz? Czy patrzyłabym w zadumie na ten sam widok z okna? Czy nie próbowałabym jeszcze w rozpaczy i przyzwyczajeniu jakimś powrotu do Seby? Takie tam gdybania mnie naszły… Wszystko mi się w podświadomości gotuje na zbliżającą się kolejną zmianę życiową, wiem przecież jak działa mój mózg… W sumie męczy mnie ta moja psychika, niech już będzie po…. Może wtedy zacznę funkcjonować w miarę normalnie….

Reklamy

Nienawiść…trudno, ulało mi się…

Nienawiść to podobno złe uczucie. Tak nam wmawiają od dzieciństwa. Nie uczą nas jak sobie z nią radzić.Nie dają na nią recepty. Zła i tyle..

Czuję nienawiść. W tym czasie, kiedy wszyscy przygotowują się do nadchodzących Świąt, szukają prezentów, pieką pierniczki, ustalają harmonogram wizyt, ja czuję nienawiść. Za zmiany, na które nie jestem gotowa, za wywrócenie życia do góry nogami, za smutek i rozżalenie, za kolejne pakowane wieczorami pudła, za trzymaną zbyt długą w dłoniach każdą książkę, za łzy pojawiające się przy wywołujących wspomnienia piosenkach. Za rozczarowanie, kiedy patrzę na Ciebie tak obcego i kompletnie mi nieznanego. Za pustkę i ciszę w domu, który, przynajmniej w teorii, miał być nasz. Za każdą decyzję, którą muszę podjąć sama. Za ich ilość, która przytłacza. Za wypalane znów w nadmiarze papierosy, za problemy z zaśnięciem i potem ze wstaniem. Za obcość między nami. Za trudne uczucia, z którymi musi sobie radzić nasz Syn. Za wszystkie „a gdyby”, „a może”. Za każde wspomnienie ostatnich miesięcy a może nawet lat zbrukane zastanawianiem się, czy już wtedy prowadziłeś podwójne życie. Za każdą podartą w strzępy walentynkową kartkę z „na zawsze”. Za biżuterię, której nie mogę nosić. Za nieobecność ukochanego psa. Za rozregulowany cykl miesiączkowy i kiepską odporność. Za niemożność skupienia uwagi i pojawiające się czasem myśli o alkoholu. Za poczucie przegranej i strach przed przyszłością bez Ciebie. Za własnoręcznie zaprojektowaną łazienkę, w której ostatni raz biorę lawendową kąpiel. Za kłótnie z Mamą, którym tak naprawdę nie jestem winna. Za wielką niewiadomą. Za pieniądze wydane na prawnika i na nowe meble, z których nie umiem się cieszyć. Za sztampowe i kompletnie nie od serca życzenia urodzinowe, wysłane ot tak, dla uspokojenia wyrzutów sumienia. Za Twój każdy nowy sweter. Za dietę, na którą przy mnie nie chciałeś przejść. Za to, że jest młodsza. Za wątpliwości co do sensu trzeźwienia i zmian, które w sobie z takim trudem poczyniłam. Za trzęsące się dłonie. Za straszny żal, że powierzyłam Ci tyle swoich tajemnic. Za czas, który płynie nieubłaganie. Za przekonanie, że Cię okradam. Za świadomość, że Ty okradłeś mnie. Za wyrzucenie na śmietnik wszystkiego, co było dla mnie ważne. Za wyrzucenie na śmietnik 20 lat naszego małżeństwa. Za wyrzucenie na śmietnik mnie. Za Twoje dobre samopoczucie. Za Wasze wspólne kolacje i za każde Twoje wyjście do kina beze mnie. Za zazdrość, której nie chcę czuć. Za skamieniałe serce, które nie wie czy umie kochać tak jak by chciało. Za każdą zmarszczkę urastającą w moich oczach do monstrualnych rozmiarów. Za Twój egoizm i całkowity brak empatii. Za codzienne zmuszanie się do wykonywania podstawowych czynności. Za brak nadziei. Za brak wiary w siebie i w to, że mi się uda. Za jesienno-zimową aurę, która potęguje jeszcze moje depresyjne nastroje. Za opadające z winogron liście i za to, że nie zobaczę ich pąków na wiosnę. Za najwspanialszych sąsiadów na świecie i osiedlowych cudownych znajomych. Za całą Twoją rodzinę, która nie jest już moją. Za przyszły czwartek, który przeraża. Za nazwisko, którego noszenia nadal nie widzę już sensu.

Nienawidzę Cię Sebastian.