Ku większemu optymizmowi…

Mam ostatnio okazję do weryfikowania stanu swojego poudarowego zdrowia z innymi udarowcami. Co prawda głównie wirtualnie ale zawsze. Dziewczyna, którą nazwałam udarową siostrą, sprowokowana naszą wymianą zdań na ten temat napisała genialny tekst, który mną dość mocno wstrząsnął , na tyle mocno, że zebrałam dziś dupę w troki z wyra przed południem ( jest czego gratulować, uwierzcie) z zamiarem zrobienia czegoś pożytecznego. Zaczynam od tego wpisu, żeby mi nie uleciało to co mi się w głowie kłębi, potem będzie odwołanie do Powiatowego Zespołu ds. Orzekania o Niepełnosprawności – dostałam stopień lekki tyle, że nic mi on nie daję więc spróbuję jeszcze powalczyć, potem będzie spacer po przesyłkę do paczkomatu – przyjechały ślubne ozdoby samochodu (!!), potem będzie odkurzanie, obiad już w piekarniku, a potem będę czekać na zaproszenia, które dziś mają dowieźć – a więc niedługo będę wysyłać!! Kręcą mnie te wszystkie drobne przygotowania do ślubu bardzo….

Ale do rzeczy… Oto link do wpisu lewaczki

http://lewaczka.pl/opinia-innych-cie-widza-cie-widza/

Poczytajcie trochę, to bardzo mądra dziewczyna jest…

I w związku z tym – taa… no przecież wiem, że zrobiłam postępy, że jest o niebo lepiej niż było albo mogło być. że w końcu poruszam się sama i choć nadal dość szybko się męczę, to tak naprawdę muszę przyznać, że w tej chwili najbardziej dokucza mi jednak ociężałość umysłowa i jakaś taka wewnętrzna niechęć do jakiegokolwiek działania… Spać mogłabym prawie non stop – co z resztą czynię jak tylko Tomaszek wyjeżdża w delegację, Netflix jest ostatnio jedyną rozrywką, aż się zastanawiam czy jednak się go nie pozbyć…. Chciałabym żeby los po raz kolejny zmusił mnie do jakiegoś wysiłku, marzę o tym, żeby firma jednak nie zakończyła działalności i żebym miała gdzie i do czego wracać. Stać się znów przydatna, pożyć życiem innym, służbowym, wyjechać w jakąś delegację, pójść na służbowe spotkanie w większym gronie, musieć ubrać się w koszulę i umalować…Znów przekonać się, że są rzeczy w których jestem dobra….

Chciałam wkleić filmik z rehabilitacji, jeszcze w szpitalu, krótko po udarze, jeszcze w pampersie, z Olą ćwiczącą trochę za mnie. Ku pamięci i pokrzepieniu…Niestety bezpłatna subskrypcja nie pozwala na udostępnianie filmów więc…

może link do posta na fejsie?

https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=1626910637345765&id=100000805347005

 

 

 

 

Reklamy

Kobiety…

Chyba już pisałam, że wiele w moim życiu kobiet mądrych, pięknych, ciepłych, pokaleczonych przez życie, opuszczonych, straumatyzowanych, silnych mimo wszystko… Jakoś tak się stało, że rozwód, choroba i wszystko co pomiędzy postawiło na mojej drodze przewspaniałe babki, które podziwiam i, których przykład pomaga mi gdy zbyt się nad sobą roztkliwiam… Żona mojego kumpla z liceum, borykająca się z jego uzależnieniem, przez lata upokarzana i na któryś tam miejscu w hierarchii  wreszcie zaczyna życie na swoich warunkach przy boku prawdziwego faceta. Piękna, krótkowłosa blondynka z pasją, wygląda na kruchą a jest mega silna. Mama koleżanki Kaja z liceum, fajna, bystra babka, opuszczona, zostawiona z długami i opieką nad członkiem rodziny byłego już męża… Koleżanka z pracy w restauracji, rozwiedziona oczywiście, musiała spłacić byłego męża i teraz spłaca długi, pracując na dwóch etatach i samodzielnie remontując odzyskany dom… Rzesza cudownych kobiet poznanych w szpitalu, prześliczne ,również rozwiedzione neurologopedki, patrząc na nie za każdym razem nie mogłam pojąć facetów, którzy świadomie opuścili takie babki… Współpacjentki zaciskające zęby przy codziennych ćwiczeniach, Lucy, uosobienie dobroci, empatii i serdeczności, dokarmiająca mnie przez cały pobyt w Piaskach własnej roboty wędlinami, Martusia, słoneczko, potrącona na pasach, walcząca z uszkodzeniami ciała i umysłu, cudowna towarzyszka ostatnich szpitalnych tygodni, Anita, sąsiadka z Dąbrówki, połączył nas krótki związek naszych dzieci, pokaleczona DDA , porzucona z trójką cudownych dziewczyn przez rozpłodowca bez honoru, który płodząc kolejne dzieci w nowym małżeństwie zapominał o poprzednich… Zadziwia mnie jej niezachwiana wiara w Boga i optymizm, bezinteresowna chęć pomocy każdemu kto stanie na jej drodze… Kumpela z liceum, po  ciężkiej chorobie, która w prezencie podarowała jej nową miłość, bo licealny mąż oczywiście nie podołał, zaangażowana politycznie, silna, bezkompromisowa… Znajoma Rodziców, zdradzana wiele lat, opiekująca się niewiernym mężem do końca gdy dopadła go śmiertelna choroba…. Kumpela z Archikwadratu, borykająca się z trudnym małżeńsatwem , dwójką uroczych chłopaków, śmiercią siostry, zapracowana ale nie wahająca się przyjąć pod swój dach potrzebującego członka rodziny, jej uroda zawsze zapiera mi dech, jej inteligencja także… Mama mojej chrześnicy, porzucona w ciąży z drugim dzieckiem przez nieodpowiedzialnego gówniarza, kalki rozpłodowca z poprzedniego opisu, nie mająca szczęścia do facetów, od lat walcząca o utrzymanie córek na odpowiednim poziomie, żeby nie czuły się gorsze….Renia moja kochana, podjęła jedną z najtrudniejszych decyzji odchodząc od toksycznego, zakompleksionego, zaślepionego, przemocowego męża, przyparta do muru jego chorobą, dokonując wyboru pomiędzy tym co wypada a walką o własną godność… Przepiękna, długowłosa , rasowa blondynka Angela, poznałyśmy się dzięki naszym mężom motocyklistom, przeszła przez okropny rozwód z zapatrzonym w siebie dupkiem, preferującym wirtualne rozkosze nad ponętne dużo młodsze ciało swej mądrej i dowcipnej żony. Teraz układa sobie życie za oceanem a ja wreszcie widzę u niej błyszczące szczęściem spojrzenie… Siostra moja jedyna, serce mi drży i złość nabrzmiewa gdy słucham jak dociera do niej ukrywana do tej pory skrzętnie, bolesna prawda o życiu przy boku obleśnego szowinisty ojca, brata mojego z resztą… Żona wojskowego, wiecznie sama, drżąca swego czasu samotnie o życie i zdrowie ukochanego, wysłanego na misje… No i oczywiście moje dysfunkcyjne, straumatyzowane, walczące na co dzień ze skutkami tragicznego dzieciństwa pod „opieką” niedojrzałych, nałogowych rodziców…  Jestem dumna, że należę do Ich grona, że nazywają mnie swoją, pomagamy sobie jak umiemy, czasem dobrym słowem, czasem wyżerką wspólną, czasem przytuleniem , czasem kopem w dupsko. Kocham Je niezmiennie i wierzę, że jeszcze kiedyś świat będzie nasz!

Strumień świadomości…czyli rozmaite refleksje…

Odkryłam wczoraj blog młodej dziewczyny, która przeszła udar http:/lewaczka.pl/ – jak cudownie poczytać o takich samych odczuciach i refleksjach… wiedzieć, że ktoś jak ja boi się śmierci, niepewnie patrzy w przyszłość. Poniżej mój komentarz do jej posta o „udarowych urodzinach”, które od choroby obchodzi co rok. Bliskie jest mi takie traktowanie naszej choroby…

„Wg Twojej nomenklatury obchodziłam 11 grudnia 2017 roku pierwsze poudarowe urodziny. Krótko po tych prawdziwych 43cich…Ja z kolei zawsze uwielbiałam urodziny, z resztą świętuję każde możliwe okazje. Postanowiłam sobie właśnie, że będę świętować te drugie także, chociażby przez sprawienie sobie tego dnia jakiejś osobistej przyjemności…Piszesz o zmianach, które przynosi choroba,tych mniej oczywistych, bo na lepsze.. tak trudno je zauważać na co dzień…Konsekwencje choroby są straszne , czasem w tych gorszych dniach myślę, że oddałabym wszystko co się polepszyło za powrót do stanu zdrowia sprzed… Chociaż tak naprawdę wcale nie wiem jaką decyzję bym podjęła gdybym stanęła przed takim wyborem… Byłam dumna ze swej fizycznej samodzielności, takiej wówczas normalnej.. Wsiadałam za kierownicę własnego autka kiedy tylko naszła mnie taka ochota, chociażby po to by „pospacerować”… Godzinne spacery po lesie z psem , kiedy tylko czas, pogoda i humor pozwalały… Schody w górę i w dół kilkanaście razy dziennie… Podbiegnięcie do autobusu – pestka… Długi namiętny seks pełen większych czy mniejszych akrobacji…. Robienie sobie samej paznokci co najmniej raz w tygodniu…Bezstresowe wyjście na basen czy siłownię… Tuż przed chorobą odkryłam na nowo przyjemność z jazdy rowerem…. No tak ale miało być o zmianach na lepsze… Większa niż kiedykolwiek empatia, uwrażliwienie uczuciowe, czasem nawet przewrażliwienie,… Przewartościowanie życia, zmiana priorytetów, podział na rzeczy ważne i ważniejsze… Rzucenie fajek oczywiście, choć do dziś szczególnie wieczorami muszę zajadać chęć zapalenia… Załatanie dziury w sercu kończące napady migreny, wyłączające mnie często z życia na parę dni… Naturalna segregacja znajomych i przyjaciół… Chociaż tę akurat zaliczyłam już wcześniej przy okazji zaprzestania spożywania procentowych napojów wszelkiej maści… Ciężko mi idzie selekcja zmian na te poudarowe ponieważ ten nieszczęsny 2016 obfitował w traumatyczne przeżycia, które wypaliły ogromne ślady w mojej psychice… Rozstanie po 21 latach z mężem, rozbicie rodziny, wyprowadzka Syna, pożegnanie wieloletniej psiej przyjaciółki, przeprowadzka z uroczego domku z ogródkiem do mieszkania w bloku w centrum Poznania… Udar był wisienką na torcie….Moja terapeutka twierdzi, że wciąż jeszcze nie pogodziłam się z chorobą, nie zaakceptowałam jej a co za tym idzie zmian, które przyniosła… Pomimo aktualnego osobistego szczęścia uczuciowego , ogólnie dobrego stanu zdrowia ( lekkie kulenie, sporadyczny ból lewego ramienia, niedoczynność tarczycy , rosnąca waga to „drobiazgi” przecież w porównaniu do tego co mogło mi zostać…) Ojej, przepraszam , że się tak rozpisałam , cudownie „ gadać” z kimś kto przeszedł tą samą chorobę….”.

Tomaszek wyjechał a ja siedzę przy laptopie i ogarniam. Trochę „sprzątam” w mailach, dokumentach, plikach, zdjęciach. Oczywiście za dużo tego na raz ale od czegoś przecież trzeba zacząć… Wlazłam oczywiście w foldery rozwodowo-Sebastianowe. Posłuchałam sobie naszej radosnej konwersacji sprzed zaraz dwóch lat na temat tego kto weźmie na siebie winę w sądzie , jego lodowaty beznamiętny ton nawet mnie już specjalnie nie poruszył, dużo bardziej wstrząsnął mnie mój głos, udawana obojętność, lekkie drżenie, odgłos kolejnych odpalanych papierosów… Szkoda mi się zrobiło mnie samej, taka byłam wówczas przerażona , niepewna, ten ból słychać w każdym wymawianym słowie… Jednocześnie pamiętam tą ogromną kontrolę wypowiadanych słów, przecież to ja wiedziałam, że nagrywam i musiałam planować te słowa tak aby on powiedział to, co chciałam usłyszeć… Gorsza dużo jest dwu i pół godzinna rozmowa z 1 kwietnia 2016- ławka na Cytadeli, tuż po powrocie od Siostry mej, po przesranych Świętach, podszyta szlochem i błaganiami o powrót… Boże daj mi siłę do usunięcia tego wraz z całym materiałem dowodowym, który zbierałam do rozwodu z orzekaniem o winie… Ta korespondencja z Martą, Z Gośką, która okazała się jednak nie tak lojalna jak myślałam…Jasne, znając ją i jej światopogląd wiem jak trudno jej było ukrywać wszystkie moje grzechy… Ale zdanie, że zawsze życzyła Sebie odwagi w walce o własne szczęście…. Jakim qrwa prawem , nie znając jeszcze wówczas całego kontekstu, to mnie obarczyła winą za wszystko…. Sara zrobiła podobnie, choć jej pobudką była złość na mnie…… A podobno my kobiety powinnyśmy trzymać się razem i wspierać bez względu na wszystko… Oczywiście przez wsparcie nie rozumiem ślepego poparcia tylko konstruktywną krytykę a nawet kop w dupsko czasem, byle w świadomej chęci pomocy osobie bliskiej…

Odpływam gdzieś dziś w tym pisaniu… Wielowątkowość tworzy wrażenie chaosu… Nazywam to strumieniem świadomości, jak w nocnych bezsennych godzinach kiedy nie umiem tego powstrzymać i wyciszyć…

Co się jeszcze zmieniło? Stałam się jeszcze bardziej szczera w wypowiadaniu swoich opinii i mówieniu o tym co czuję… tyczy się to przede wszystkim bliższych znajomości… Choć bolą mnie te stracone, walę prosto z mostu co mnie boli i czego nie akceptuję… Niektórzy wówczas oskarżają mnie o okrucieństwo, egoizm i zadufanie… A ja tylko nie chcę już w swoim życiu udawania, sztuczności, zastępstwa, bycia na niby… Nigdy więcej…

Kłamstwo jako przedsmak, panika czy wypadek przy pracy?

Zostałam wychowana przez Mamę w chronicznym braku zaufania do ludzi, facetów przede wszystkim… Na przeciwnym biegunie był Ojciec z sercem na dłoni, pomocą każdemu i wiarą w dobre intencje… Mama zawsze miała jakieś ale.. I snuła wizję różnych dramatów, które mogą mnie spotkać gdy zbyt komuś zawierzę… I szczerze mówiąc bujałam się pomiędzy tymi dwoma postawami, miotana w zależności od tego co akurat działo się w moim życiu… Bliższa jednak mimo wszystko była mi postawa Taty, kocham ludzi, ciągle w nich wierzę, lubię ich towarzystwo… Wielokrotnie doznałam z ich strony dobra, pomocy, szczególnie przez ostatni rok, kiedy tak źle mi było samej ze sobą.. Pisałam już o tym… O przynoszonych zupach, spacerach z psem żebym mogła później wrócić do domu, wyciągania za uszy z mentalnego dna…

Oczywiście dostałam też parę razy po dupie, zaufałam za bardzo i za szybko, cierpiąc potem ciszej lub głośniej…

Teraz zaufałam na sto procent, bardziej niż kiedykolwiek i komukolwiek, pomimo szeptów Mamy w tle, oddałam całe serce, cały umysł, powierzyłam całe życie temu Jedynemu… Zapragnęłam inaczej niż do tej pory, trzymać za rękę kogoś, przed kim nie będę miała tajemnic, sekretów, wstydów i ograniczeń, kogo nigdy w życiu nie będę musiała się bać… Dostał dostęp do bloga, choć zdawałam sobie sprawę, że będzie mu ciężko „publicznie” czytać o naszym wspólnym życiu… Ten wpis mu tego nie ułatwi… Sorry Darling, obiecałam tu być szczera w 100 %.

Pomimo tej naszej związkowej szczerości miałam w sobie strach przed powtórką życiowej klapy… W końcu prawie każdy Mężczyzna mojego życia w końcu mnie zawodził…

Do dzisiaj nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo zaufałam Tomaszowi… Jedno małe kłamstwo, mini oszustwo, próba ukrycia czegoś przede mną rozwaliło mnie totalnie.. Świat przez chwilę zatrząsł się w posadach, w wyobraźni widziałam już siebie bez Niego, widziałam już samotne noce i konieczność układania wszystkiego od nowa… No bo jeśli w ogóle może skłamać, jeśli w ogóle przeszło mu przez myśl wyłączyć mnie z czegoś to przecież może zrobić wszystko.. To samo co Seba… A może i więcej… Mama jak zwykle doradziła ograniczenie zaufania, brak wspólnoty majątkowej, brak posunięć, które mogą mnie finansowo wykończyć gdyby jednak okazał się świnią.. Qrwa nie chcę tak, albo na sto procent albo w ogóle! Dość mam związków na pół gwizdka, dość ukrywanych dochodów, potajemnych romansów, poczucia samotności pomimo dzielenia łóżka i życia… Warunek jest jeden.. Nigdy więcej albo żegnaj… Nie piszę się już na nic na niby, na nic na wszelki wypadek, na nic zamiast… Na nic ze strachu przed samotnością czy finansowym dnem… Kompromis w tym wypadku jest poza moimi możliwościami… I choćbym miała już nigdy więcej nie kochać nie pozwolę się tak ranić… Tak cholernie mi przykro…. Uwierzyłam w bajkę a przecież bajek nie ma i księcia na białym rumaku też nie….

Przyjaźń… wielkie słowo…czasem zbyt…

Zawsze mnie to boli i dotyka bardzo osobiście… Cholernie przywiązuję się do ludzi… I zawsze przeżywam jeśli znikają z mojego życia…Ostatnio mocno przeżyłam konflikt z koleżanką,choć oczywiście był czas kiedy nazywałam Ją przyjaciółką, kiedy poróżniły nas pożyczone i nie oddane w terminie pieniądze… Niby niewielka suma ale sposób unikania odpowiedzialności, konieczność wymuszania i wyżebrywania kolejnej spłaty zraziła mnie skutecznie… Teraz, z perspektywy, wiem, że nie tylko to nas różniło… To był ten typ osoby, że albo myślisz tak jak ona i mówisz to co ona chce usłyszeć, albo jest obraza majestatu. Z moją szczerością długo to nie przetrwało, pierwszy konflikt miałyśmy właśnie o różnicę zdań i moje rady, które ja traktowałam jako chęć pomocy a ona odebrała jako krytykę… Reanimowanie tej relacji skończyło się kolejnym konfliktem… Teraz stoję przed kolejnym dylematem… Czy reanimować, walczyć o relację z osobą, którą znów niedawno nazywałam przyjaciółką, czy pozwolić jej odejść, bo przecież nikogo nie da się zmusić do kontynuowania znajomości… Wściekam się, bo czuję się niesprawiedliwie oceniona, padły ciężkie słowa, których akurat po niej się nie spodziewałam….Jednocześnie mam poczucie, że ta kłótnia była trochę przedszkolną kłótnią w piaskownicy….Boli… Nie, ja oczywiście też nie jestem bez winy, dałam ciała, nie uprzedziłam, za szybko wylałam z siebie swoje żale… I co teraz… Czy dwie, dorosłe przecież, kobiety nie mogą po prostu porozmawiać ?

Mężczyźni mojego życia-cz.5

Postaram się z całych sił żeby to nie była laurka..

Pewnego dnia, zainspirowana tekstem Mariusza o księciu, który raczej nie podjedzie do Dąbrówki w białym mercedesie, zarejestrowałam się na portalu randkowym…Byłam do bólu szczera wychodząc z założenia, że jeśli znaleźć mam kogoś poważnego i być może ważnego, to nie mogę udawać, a poza tym już wcześniej podjęłam decyzję, że jeśli nie będę musiała to nie będę grać… Zastanawiałam się nad kimś tylko od seksu albo tylko od kin i kawiarni ale chyba chciałam kogoś od wszystkiego… Kompletnie nie brałam pod uwagę, że mogę się zakochać… Kilku facetów mnie zaintrygowało, z kilkoma popisałam ale chemia zadziałała tylko w jednym przypadku. i oto pojawił się w moim życiu budowlaniec, niby rozwodnik Bartosz. Na szczęście sam ze mnie zrezygnował używając mojego alkoholizmu jako argumentu. Pomógł mi na tyle, że doszło do mnie, że nadal jestem w stanie przeżyć fascynację facetem… Polatać ciut nad ziemią… pisać setki sms-ów, flirtować… Zranił jednak moją dumę na tyle głęboko, że planowałam już prędzej skorzystać z sugestii Karli niż rozpoczynać całą zabawę od nowa. W końcu znalezienie kogoś od zaspokajania potrzeb naszego ciała jest najmniejszym problemem. Jeszcze przed Barceloną, jakby przeczuwając kosza, postanowiłam spróbować jeszcze raz, z ciekawości i bez zbędnej nadziei. Poczytałam kilka profili i zainteresował mnie opis starszego ciut ode mnie rozwodnika z Konina. Wysłałam mu uśmiech i parę komentarzy. PO powrocie, już porzucona, otarłam łzy złości i zajrzałam na swój profil. Facet odesłał uśmiech i zaczęliśmy trochę pisać a chwilę później rozmawiać przez telefon. Na dość szybko zadane pytanie czy mam ochotę się spotkać zareagowałam ” wiesz, w środę mam wolne…”. Na randkę oczywiście się spóźniłam, pospiesznie po pracy wzięty prysznic, szybki make-up, zwykła ale oczywiście krótka kiecka i czarne sandałki na obcasie… Widziałam jak śmieją Mu się oczy na mój widok… Wysoki, dość postawny łysy facet z bardzo ciepłym uśmiechem i oczami, które od początku mnie ujęły… Zupa dyniowa w Silva, mnóstwo wypalonych fajek i świetna rozmowa… Jego ciepło, to mi najbardziej utkwiło w pamięci… Na pytania Mamy i koleżanek jak było, odpowiadałam” super tylko szkoda, że jest łysy…”. Teraz kocham tę Jego łysinę…I szaleję na punkcie lodowato błękitnych oczu… I wszystko dalej potoczyło się w błyskawicznym tempie…. Bardzo szybko zaczął zostawać na noc, bardzo szybko powiedziałam Sebie, że jest Ktoś, kto nocuje w jego domu…Seks rozkręcił się również błyskawicznie do poziomu, którego jeszcze nie zaznałam, do zabawy, bez oceniania, bez konkursu, kto lepiej. Świat zawirował, na totalnym haju oświadczyłam Mu się, pędziłam sama nie wiem dokąd. Chyba była w tym chęć udowodnienia całemu światu jak to sobie świetnie poradziłam… Od początku czułam się przy Nim bezpiecznie, ogarniał mnie jakiś spokój… Oczywiście zdarzyło nam się pokłócić…Ujął mnie opieką nad Norą… Czułością jaką otoczył nas obie…. Ugotowaną na obiad chińszczyzną, brakiem speszenia podczas spotkań z moimi bliskimi… Poczuciem humoru, otwartością… Pomocą we wszystkim, akceptacją mnie całej, mimo odkrywania coraz ciemniejszych moich sekretów… Wiem, że się bał, że wciąż kocham Sebę, że do niego wrócę… I pewnie miał czego w pewnym sensie… Zaczęło się szaleństwo przeprowadzkowe, pakowanie, zakupy, sprzątanie… Pomagał z całych sił mimo, że wiedział, że być może jednak ze mną nie zamieszka… No i BUM! Przyszedł udar… Niespodziewanie zmieniło się wszystko. Z faceta na teraz stał się facetem na zawsze… Uratował mi życie, będę to zawsze powtarzać… I wtedy kiedy zadzwonił po karetkę i potem kiedy dawał mi powód do walki, dawał nadzieję, uśmiech….Ocierał łzy, przyjeżdżał codziennie, przez parę miesięcy praktycznie żył moim życiem… Nie wiem jakim cudem znajdował jeszcze czas na pracę… Jadł byle co, spał niewiele no bo przecież jeszcze trzeba było mnie przeprowadzić, zapakować, rozpakować, kontaktować się ze wszystkimi… Nie jestem w stanie wyobrazić sobie co przeżył w szpitalu wiedząc, że walczę o życie, stojąc obok mojego wciąż legalnego męża, obok mojego Syna, mojej Mamy… Tak, to jednak będzie laurka… Moja wdzięczność nie da się opisać… Mój podziw dla miłości, którą mi ofiarował… Po trzech miesiącach znajomości stanął oko w oko z sytuacją traumatyczną i wyszedł z niej zwycięsko. Mój prywatny Bohater…. A teraz? Cóż, żyjemy jak małżeństwo, którym będziemy za parę miesięcy… Kochamy się, kłócimy czasem, przeżywamy swoje różne pierwsze razy, już nie bawimy się w dom tylko żyjemy prawdziwym życiem… Bywa ciężko, bywa trudno, bywa łzawo… Ale nadal jest moim Bohaterem i będzie Mężczyzną mojego życia już zawsze, bez względu na wszystko…. Nadal szaleję za błękitem Jego oczu i tym wszechogarniającym ciepłem. Nadal uwielbiam z Nim rozmawiać, budzić się koło Niego i zasypiać… Nadal tylko On mnie uspokaja i tylko przy Nim czuję się bezpieczna… Mam pewność, że poradzi sobie w każdej sytuacji a ja razem z Nim… Kocham Cię Tomaszu jak nigdy nikogo….

Samotność z wyboru,od urodzenia…

Fizycznie nie jestem sama… Mam Jego, mam przyjaciół sprawdzonych już niejednokrotnie, gotowych na rozpaczliwe wezwanie, jak w zeszłym roku „pojechał sam do Paryża,pomocy !!”, rzucić wszystko i poświęcić mi swój czas, mam Syna ukochanego, jedynego, trudnego w swej niezależności i niechęci do dzielenia się swoim światem, mam Mamę, z którą dobrze nam ostatnio bardzo, mam Siostrę nierodzoną, daleko ale rozumiejącą wiele i wspierającą bardzo, ale pomimo tych wszystkich ukochanych osób, przychodzą momenty kiedy czuję się samotna… czy dlatego, że świat moich wewnętrznych przemyśleń skomplikowany jest i oplata moje wnętrze mnóstwem odnóg, czy dlatego,że tyle lat czułam się jednak samotna ze swoimi traumami, których nikt nie rozumiał, że działa gdzieś jeszcze przyzwyczajenie wieloletnie ,czy może po prostu jest we mnie jakaś samotność wrodzona, stanowiąca cześć mojego charakteru, duszy mojej…. lubię czasem być sama, nabieram wtedy dystansu jakiegoś, mam czas, żeby spojrzeć na wszystko z odległości, wyostrzyć swoje błędy, potknięcia, nawyki niekoniecznie pozytywne, powiedzieć sobie w twarz „przestań, weź się w garść,  jest lepiej niż mogłoby być, doceń to co wokół , nie lataj w kosmos ,utnij „a gdyby” , zaakceptuj nieodwracalne….” I mimo , że brak mi ciepła Jego dłoni , oddycham ciut głębiej i sprawdzam, że daję radę choć na tak maleńkim polu… Lubię czasem ugotować coś tylko dla siebie, wziąć długą samotną kąpiel, wyspać się za wsze czasy, polenić bez wyrzutów sumienia, gdybym tylko jeszcze  mogła wsiąść w samochód, pojechać do lasu potulić brzozy, pójść samej do kina czy na obiad,odwiedzić kogoś niespodziewanie i bez zapowiedzi, pojechać stanąć przy grobie Norusi i pogadać do niej ciut….cierpliwości mi trzeba…