Mężczyźni mojego życia-odc.4

Oj, jak bardzo nie mam ochoty pisać tego wpisu…ale po pierwsze obiecałam tu być szczera a po drugie miałam skupić się na facetach w swoim życiu żeby coś zrozumieć…wolałabym napisać o Tomaszu ale to chyba jeszcze nie ten moment. Poza tym On jest przecież w każdym wpisie ostatnio. Tyle już o Nim napisałam…więc… mężczyźni w moim życiu…jak bardzo je skomplikowali to już wszyscy wiemy… Ojciec wyznaczył pewien wzorzec, wzór, do którego wpasowywałam się przez tyle lat. Ale to wszystkiego nie usprawiedliwia. Przecież wybierałam ich świadomie, może potem upijałam się przed pójściem z nimi do łóżka… tak jakbym jednak robiła to wbrew sobie.. często flirtowałam, prowokowałam i nawet jak miałam ochotę uciec, zastopować, zmienić zdanie uważałam, że już jest za późno, że nie wypada…I potem budziłam się rano pełna obrzydzenia do samej siebie i wstydu.. wystarczało do następnego razu… flirt dawał mi siłę i pewność siebie, rodzaj władzy… że niby to ja ich wybierałam i to ja decydowałam co dalej i w jakim tempie… co za bzdura… ten sam schemat przez lata.. starszy facet zwykle grubo po 40-stce (sorry to było naście i dziesiąt lat temu) często mój bezpośredni przełożony zagubiony w życiu osobistym i zawodowym, zapatrzony w rezolutną śliczną młódkę, przy której mógł się wreszcie wygadać i poczuć się męski. Na tym etapie nie był ważny jego stan majątkowy ani rodzinny, do dziś nie mogę sobie wybaczyć romansu z Piotrem i rozbicia jego rodziny, łez jego żony i późniejszej jej choroby, do której na pewno się przyczyniłam. Ale ten schemat jeszcze jakoś jestem w stanie sobie wytłumaczyć. Natomiast jednorazówek bez sensu i przyszłości juz nie. Ci wszyscy faceci. Starsi, młodsi.  Często po latach już bezimienni. Jezu, nie jestem w stanie policzyć ile razy zdradziłam męża. I czego do k…y  nędzy szukałam w trenerze Kaja czy kumplu przyjaciela?? Oczywiście czasem łączył mnie z nimi niezły seks ale często to też były rozczarowania. Nie pojmuję dziś sama siebie. Próbowałam się jakoś wczuć, przypomnieć sobie co czułam i myślałam. Nie potrafię. Nie rozumiem. Jakbym wchodziła w obcą babę, puszczającą się nie wiadomo dlaczego. Tak, było mi źle w domu, tak, byłam samotna, tak, miałam furę kompleksów, z których niby mieli mnie wyleczyć. Nie wierzyłam ani w swoją inteligencję ani możliwości.  Liczyła się tylko uroda… Większość z nich z miejsca oferowała mi małżeństwo, nie mając krztyny  skrupułów wobec mojej rodziny… większość znała mojego syna, część pomagała mi w domowych obowiązkach,  był nawet taki, który dał mi kasę na gwiazdkowy prezent dla Seby… wozili mnie, karmili,  ubierali,  upijali… pewnie niektórzy nawet mnie kochali na swój sposób… tak mi dziś przykro, że byłam kompletnie nie warta obrączki na palcu… tak trudno uwierzyć, że jestem warta teraz… tak bardzo czasem się boję… I modlę się żeby nigdy nie wróciła tamta Sylwia… tak trudno pokochać teraz samą siebie wiedząc ile zła wyrządziłam kiedyś… I trudno uwierzyć, że Tomek może mnie taką kochać… z takim bagażem…

Rozmawiałam dziś z przecudowną, mądrą, wspaniałą, okrutnie doświadczoną przez życie kobietą, która tak jak ja odbudowuje właśnie swoje życie. W ogóle mam szczęście ostatnio do takich świetnych, pokaleczonych babek, których mądrość zachwyca mnie nieodmiennie równie mocno jak ich uroda. A głupota ich facetów poraża i wkurza mocno… Silne babki, znoszące przemoc, alkohol, ciężkie choroby.. a mimo to błyszczące dziś odzyskanym szczęściem… jestem dumna, że zaliczają mnie do bliskiego sobie grona… to też zobowiązuje… więc może dość już kajania się, przepraszania za przeszłość, nie mam mocy jej zmienić ale mam moc żyć inaczej, mądrze kochać, podejmować mądre decyzje, wybierać sobie na przyjaciół właśnie takich dobrych energetycznie ludzi… w końcu jestem przecież trzeźwa i nauczona doświadczeniem… Trzymam kciuki z całych sił za nas wszystkich…

Reklamy

I’m angry non-stop angry!!!!

Zrozumienie

wszystko sie potwierdza
utarte stare prawdy , dotąd pomijane
życie
pełne buntu i stawania na głowie
nagle runie mur
dostrzeżesz bezsens ucieczki w negację
posypią sie marzenia
jak skrawki podartego wiersza
każde , już osobne , nic nie znaczące
załamanie
a potem
zamiana
ufności w egoizm
przywiązania w rutynę
miłości w zobojętnienie…

06.05.1992

niektórzy zwą to dorosłością…

Jestem wkurw…a. I ponieważ obiecałam być tu szczera, czas może przestać owijać w bawełnę – bo qrwa nie wypada, bo za dużo czasu minęło, bo przecież mam Ukochanego, odzyskuję sprawność, przeżyłam!!! Na końcu języka mam najgorsze bluzgi i przekleństwa, Przebiłabym każdego żula. Zjechałabym Sebę jak najgorszego psa, gdzie tam psa, co mi pies winny. Wydarłabym się na niego (tak, z premedytacją piszę z małej litery), wyrzygałabym skurwielowi, że jestem przez niego chora, że wciąż i wciąż wymagam rehabilitacji, że wciąż kuleję i nawet głupi spacer po cudnym jesiennym lesie kończy się skręceniem kostki, że co chwilę wykrywają u mnie nowe schorzenie, że nie jestem pewna ani swoich nóg ani mózgu. Że boję się wsiąść w samochód po stronie kierowcy i znów zaufać swoim umiejętnościom. Że nawet boję się sama podróżować po mieście tramwajem. Boję się spróbować samodzielności a przecież byłam taka samodzielna. Że Tomek wciąż musi być blisko, bo jego nieobecność wytrąca mnie z równowagi. Że kradnie mi Syna, bo młody unika rozmemłanej, rozpłakanej matki, woli chłodnego emocjonalnie ojca przy kasie, mogącego spełnić każdy jego kaprys i nie zadającego niewygodnych pytań. Że Norka odeszła, bo wciąż mam głębokie przekonanie, że zabrakło jej rodziny w domu i tęskniła za ukochanym panem. Że mój ukochany ogródek, winogrona z działki rodziców, róże własnoręcznie strzyżone, sosna zasadzona przez Tatę, zaprojektowana przeze mnie i dopieszczana łazienka, że to wszystko przepadło i już tego nie odzyskam!! Że przepadłam gdzieś dawna ja, wygadana, samodzielna, pewna siebie, odważna, sprawna…Fuck you man!!! You and your new beautifull life. Your girl friend, your motorcycle !!!! całe twoje nowe cudowne życie, w które wszedłeś z ochotą i radością. K..a bo przecież niczym ta zmiana partnerek ci nie zaszkodziła prawda?! W końcu zamieniłeś na lepsze, na nowsze, na młodsze, na milsze, na sympatyczniejsze… Nienawidzę cię za to co czuję i nie mam już ochoty udawać, że jest inaczej. Tak, wiem, nie wypada przywiązywać się do rzeczy, za bardzo do psa, do stanu rzeczywistego, do stanu majątkowego. Fuck, żałuję nawet tego, że nie spróbowałam cię zgnoić i wydymać przed sądem. Że nie pokazałam ci, że w życiu trzeba płacić jednak za skurwysyństwo. UUUU… i wiecie, jest mi lepiej… A co…. A na koniec – nienawidzę cię też za to cholerne poczucie winy… Tak jak Ojca…

Mężczyźni mojego życia – odc.3

Jak żona Lota…

pełnymi szczęścia oczami spojrzałam w Twoje
i skamieniałam
w środku
na zewnątrz uwodziłam tysiące uśmiechów i parę spojrzeń
ale w głębi
był mrok , gruz i popioły
cicha melodia powoli zanikająca

jednym zamaszystym ruchem
skreśliłam wszystko
zapaliłam zapałkę i podpaliłam
a Ty
odwróciłeś się nie zauważając pożaru
straż nie przyjechała
przeciwnie – ktoś dolał oliwy
i jak po trzeciej wojnie –
strach , pragnienie , niepokój
strzępki jak w ostatnim wierszu

ręce pachnące jeszcze Tobą
usta krwawe od gorących myśli
ale oczy
już skamieniały…

14.02.1993 (popraw.)

Ten stary wiersz chyba najlepiej oddaje charakter mojego małżeństwa…Totalne niezrozumienie wzajemne, zupełnie inne oczekiwania od życia, inne marzenia, inne priorytety, straumatyzowane dzieciństwo jednego i młodość drugiego….To się chyba nie mogło udać… Nie na takim etapie naszego życia….Dwójka gówniarzy kłócących się zawzięcie prawie od samego początku udawała przed sobą i innymi, że jest gotowa na dorosły i dojrzały związek tylko dlatego,że stworzyli nowego człowieka…

Poznali nas ze sobą nasi przyjaciele Mariusz i Joanna, sami będący wówczas parą.( jakże nabijaliśmy się z ich słodkości wzajemnych , teraz sama tak się zachowuję ciesząc się z tego codziennie…)Dyskoteka na łódzkim osiedlu studenckim, Twoje opowieści o wymarzonym przeze mnie Paryżu, mój czarny stanik pod głęboko rozpiętą białą koszulą…Każde przyszło z kimś innym, ale  noc spędziliśmy gadając ze sobą… Potem ten słynny telefon : ” Cześć czy boli Cię jeszcze głowa??”. A potem poszło…. imprezy, spacery, rozmowy, wyznania,Zaręczyny przed Katedrą i nagle okazało się,że to jednak nie skórka od pomidora usiadła mi na żołądku wywołując poranne mdłości….I decyzja podjęta przez nasze rodziny niejako poza nami, obok nas….. ślub organizowany w pośpiechu jakimś, pomiędzy gonitwą przedświąteczną, chorobą i śmiercią mojej Babci… I ta pewność rankiem 6-go stycznia podpowiadająca „nie rób tego…”i to pieprzone „jak się rozwiedziesz to zadzwoń…”-Twojej koleżanki ze szkoły… głupia sucz popsuła mi całe wesele… Dziś nie miałaby takiej mocy…. To pewnie też coś znaczyło. Jak bardzo niepewna byłam siebie i Ciebie..A może było klątwą na nasze małżeństwo rzuconą przez zakochaną w Tobie pannę w czerwonym berecie? Tą co wg słów Twojego Ojca ” do rozporka Ci wchodziła”… Boże ile ja szczegółów pamiętam….Moje przerażenie kiedy pierwszy raz usłyszałam ” żono”….Pomruk moich klasowych kumpli z Michałem na czele…. tyle sygnałów…. tyle znaków…. Wesele pod znakiem żałoby…. rosnący brzuch….Młodego ślady stopy lub dłoni na skórze… Twoje dłonie śledzące jego kopniaki…. Strach przed utratą tej ciąży… Poród wielogodzinny, wspólny i wreszcie „mamy Syna!!”. te paluszki maleńkie zaciskające się na naszych, granatowe oczy , sen czujny i czuwanie każdonocne….. Ojciec mój wyręczający Cię z ojcowskich obowiązków, bo Ty ciągle w pracy, tak, wiem , ktoś musiał pracować….Samotność dotkliwa już wtedy… Poczucie nie bycia Twoim priorytetem. Z resztą Ty moim też nie byłeś….tak naprawdę spieprzyliśmy to już wtedy, na samym początku… kłótnie gorące, jakaś przemoc, rzeczy fruwające przez okno, wtedy już zaczęliśmy żyć osobno, Twoi znajomi, moi znajomi… osobne imprezy, spotkania, wyjazdy… Twój romans z koleżanką z pracy (!) , moje romanse…. coraz częściej pojawiający się alkohol…. Wyjazd do Poznania… Pewnie mógłbyś spytać po co Cię goniłam?…nie wiem , tak samo jak nie wiem czemu rok temu nie wyobrażałam sobie życia bez Ciebie… Czego tak straszliwie się bałam?? Mam obok siebie cały zeszyt zapisany listami do Ciebie z tamtego okresu….Mam też przed oczami historię naszego małżeństwa pisaną dla prawnika. 17 zapisanych stron , pełnych dat, faktów, o których nie zawsze chciałabym pamiętać, naszych kłótni, rozstań, ucieczek, porzucań wzajemnych, wszystkiego, co uświadamia mi jaką krzywdę sobie nawzajem wyrządziliśmy, jak cierpiał przez nas nasz Syn….Ile straciliśmy nawzajem czasu, nerwów, życia ile nam uciekło… żałuję tego wszystkiego,zapisek z 26.06.2016: ” Gdybym mogła cofnąć się do siebie sprzed 21 lat i gdybym umiała do siebie przemówić poradziłabym samej sobie nigdy nie wychodzić za Ciebie za mąż.Powiedziałabym  <Urodź Syna i wychowuj go sama>< to i tak nie będzie trudniejsze niż małżeństwo z Nim>żałuję ślubu z Tobą. żałuję tego , że gdy w końcu po tylu latach Ci zaufałam zostałam zdradzona , i nie mówię o zdradzie fizycznej. (…) Wolałabym nigdy nie być Twoją żoną , nie przeżyć tych 20-stu lat niż teraz zostać rozwódką, Twoją ” byłą żoną” ” pierwszą żoną”…nigdy nie powinniśmy się spotkać.Nigdy nie powinniśmy być razem. Nasze  światy się różnią, nasze poglądy są inne. Mamy inne priorytety. Inaczej traktujemy pracę. Inaczej rodzinę.Mamy inne podejście do ludzi.Inną wiarę. Inne poczucie humoru. Inne wartości. Nic nas nie łączy. Nie mamy ze sobą nic wspólnego. Nawet Kaj przez tyle lat nas nie połączył. żałuję, że byłam niemądra i nie umiałam podjąć decyzji, którą przecież miałam gdzieś w środku. żałuję tych lat sklejania tego co było nienaprawialne od samego początku…”.ot, jak już wtedy potrafiłam na to spojrzeć. teraz nie ma we mnie tyle żalu i poczucia straconego czasu. Wręcz przeciwnie ,  bliżej mi do myśli, że dzięki tym wszystkim doświadczeniom, jestem teraz taka jaka jestem , stałam się lepszym człowiekiem , potrafię wreszcie bez strachu okazywać Ukochanemu uczucia, nie węszę wszędzie podstępu ani zdrady, jestem szczera, niczego nie udaję… Stałam  się taka jaką zawsze chciałam być…Dużo w tym „puchatym zeszycie” , który podarowałeś mi mówiąc ” pisz, lubisz to robić, jesteś w tym dobra”, złości, przekleństw, obarczania Cię winą za wszystko, ale też dużo samoobserwacji , wniosków wyciąganych z bólem, świadomości własnych win….Cóż Mężu Mój wciąż jeszcze oficjalnie, choć coraz bardziej obcy Człowieku, nie udało nam się coś co właściwie nie miało prawa się udać , nie wtedy, nie z takimi Nami, nie w taki sposób. Ponosimy za to oboje winę i jakoś będziemy musieli z tym dalej żyć. Poza tym przecież przydarzyło się nam dużo fajnych rzeczy, mamy najwspanialszego Syna pod słońcem, dużo przeżyliśmy przy sobie „pierwszych” doświadczeń, dużo się też nauczyliśmy zapewne. Więc niech „nam ziemia lekką będzie”.Zakończmy to małżeństwo z odrobiną choć szacunku do siebie nawzajem. I choć nie planuję brać ślubu w Twojej obecności, wierzę, że jeszcze kiedyś normalnie porozmawiamy. tylko przestań się bać takiej rozmowy, nie ściemniaj, nie udawaj kogoś innego, nie graj , bo to i tak niczego nie zmieni. I nie rań mnie już więcej,. Pozwól żyć bez Ciebie już, w szczęściu i poczuciu spełnienia….

Nienawiść…trudno, ulało mi się…

Nienawiść to podobno złe uczucie. Tak nam wmawiają od dzieciństwa. Nie uczą nas jak sobie z nią radzić.Nie dają na nią recepty. Zła i tyle..

Czuję nienawiść. W tym czasie, kiedy wszyscy przygotowują się do nadchodzących Świąt, szukają prezentów, pieką pierniczki, ustalają harmonogram wizyt, ja czuję nienawiść. Za zmiany, na które nie jestem gotowa, za wywrócenie życia do góry nogami, za smutek i rozżalenie, za kolejne pakowane wieczorami pudła, za trzymaną zbyt długą w dłoniach każdą książkę, za łzy pojawiające się przy wywołujących wspomnienia piosenkach. Za rozczarowanie, kiedy patrzę na Ciebie tak obcego i kompletnie mi nieznanego. Za pustkę i ciszę w domu, który, przynajmniej w teorii, miał być nasz. Za każdą decyzję, którą muszę podjąć sama. Za ich ilość, która przytłacza. Za wypalane znów w nadmiarze papierosy, za problemy z zaśnięciem i potem ze wstaniem. Za obcość między nami. Za trudne uczucia, z którymi musi sobie radzić nasz Syn. Za wszystkie „a gdyby”, „a może”. Za każde wspomnienie ostatnich miesięcy a może nawet lat zbrukane zastanawianiem się, czy już wtedy prowadziłeś podwójne życie. Za każdą podartą w strzępy walentynkową kartkę z „na zawsze”. Za biżuterię, której nie mogę nosić. Za nieobecność ukochanego psa. Za rozregulowany cykl miesiączkowy i kiepską odporność. Za niemożność skupienia uwagi i pojawiające się czasem myśli o alkoholu. Za poczucie przegranej i strach przed przyszłością bez Ciebie. Za własnoręcznie zaprojektowaną łazienkę, w której ostatni raz biorę lawendową kąpiel. Za kłótnie z Mamą, którym tak naprawdę nie jestem winna. Za wielką niewiadomą. Za pieniądze wydane na prawnika i na nowe meble, z których nie umiem się cieszyć. Za sztampowe i kompletnie nie od serca życzenia urodzinowe, wysłane ot tak, dla uspokojenia wyrzutów sumienia. Za Twój każdy nowy sweter. Za dietę, na którą przy mnie nie chciałeś przejść. Za to, że jest młodsza. Za wątpliwości co do sensu trzeźwienia i zmian, które w sobie z takim trudem poczyniłam. Za trzęsące się dłonie. Za straszny żal, że powierzyłam Ci tyle swoich tajemnic. Za czas, który płynie nieubłaganie. Za przekonanie, że Cię okradam. Za świadomość, że Ty okradłeś mnie. Za wyrzucenie na śmietnik wszystkiego, co było dla mnie ważne. Za wyrzucenie na śmietnik 20 lat naszego małżeństwa. Za wyrzucenie na śmietnik mnie. Za Twoje dobre samopoczucie. Za Wasze wspólne kolacje i za każde Twoje wyjście do kina beze mnie. Za zazdrość, której nie chcę czuć. Za skamieniałe serce, które nie wie czy umie kochać tak jak by chciało. Za każdą zmarszczkę urastającą w moich oczach do monstrualnych rozmiarów. Za Twój egoizm i całkowity brak empatii. Za codzienne zmuszanie się do wykonywania podstawowych czynności. Za brak nadziei. Za brak wiary w siebie i w to, że mi się uda. Za jesienno-zimową aurę, która potęguje jeszcze moje depresyjne nastroje. Za opadające z winogron liście i za to, że nie zobaczę ich pąków na wiosnę. Za najwspanialszych sąsiadów na świecie i osiedlowych cudownych znajomych. Za całą Twoją rodzinę, która nie jest już moją. Za przyszły czwartek, który przeraża. Za nazwisko, którego noszenia nadal nie widzę już sensu.

Nienawidzę Cię Sebastian.

1 listopada – dzień zadumy choć nie nad Zmarłymi…

1 listopada…Czas wspomnień,zadumy,rozmyślań…Mnie też wzięło…

Wczoraj znów miałam okazję zweryfikować to co do tej pory myślałam o S.I znów pełno we mnie pytań o własną dotychczasową ślepotę, o uporczywe trzymanie się wiadomej choć raniącej i nie dającej szczęścia relacji, o sens tych ponad 22 lat.

Mój Syn pojechał z Ojcem do naszego rodzinnego miasta. Pobyć razem, odwiedzić groby itp. Okazało się, że także po to by pobalować. Mojego Męża niczego nie nauczyły dotychczasowe doświadczenia. Ani eskapada na zlot motocyklowy sprzed paru lat kiedy sytuacja była prawie identyczna, ani parę akcji z nastoletnim Młodym. Nadal nie nauczył się być Ojcem a nie kumplem. Jest Faderem, Wściekłym ale nie Tatą. Nigdy nie zapomnę nocy sprzed paru miesięcy, kiedy obudziłam się z płaczem i krzykiem po koszmarnym śnie i kiedy K. po uspokojeniu mnie powiedział, że gdybym tylko Go poprosiła to stanąłby przeciwko Ojcu w sądzie ale nie może bo przecież to on Go utrzymuje… Jezu, pomyślałam, jakie straszne i nieodwracalne błędy popełniliśmy w wychowaniu tego młodego człowieka, jeśli Ojciec jest dla niego portfelem… W każdym razie S. dopuścił do tego żeby Młody znieczulił się do nieprzytomności, dopuścił do eskalacji uczuć, które z płaczu i pijanego „nie zapomnij o mnie” przerodziły się w wyzwiska, inwektywy, oskarżenia i agresję fizyczną wreszcie. Potem rozdzieleni przez kumpla S. Ojciec i Syn rozstali się w pijackim niebycie. K. skończył u Bona w domu bez butów, kurtki i portfela, bez kart, dokumentów itp. a S. w hotelu bez Syna nie odbierając telefonów. Skąd to wszystko wiem? Gdyby sytuacja potoczyła się inaczej żaden z nich nigdy by się przede mną do niczego nie przyznał ale Bono zadzwonił do mnie o wpół do czwartej nad ranem chcąc zawiadomić chociaż jednego z rodziców, że ich Syn żyje i jest pod jego opieką. Cisną mi się na usta najgorsze przekleństwa. Jak można do cholery zostawić własne dziecko na ulicy w stanie totalnego upojenia alkoholowego i potem Go nie szukać? Jak można nie odbierać telefonów? Jakim trzeba być człowiekiem, jeśli w ogóle, żeby tak się zachować i następnego dnia normalnie patrzeć w lusterko?? Co stało się ze mną, że nie widziałam tyle lat jakim jest człowiekiem Mój Mąż? Na co Go stać? Co ukrywa? Kogo gra? Nic nie jest w stanie dla mnie usprawiedliwić takiego zachowania.

I to kolejna do kolekcji „tego Ci nigdy nie wybaczę” kartka z kalendarza. Zaraz obok marcowego niedzielnego wieczoru kiedy zaryczana, przerażona przyznałam się do przegrzebania telefonu S. i błagałam żeby nie wyjeżdżał, żebyśmy porozmawiali bo boję się tego co się dzieje a On ze smutnym uśmiechem pogłaskał mnie po twarzy tłumacząc, że ma bardzo ważny czas w pracy, wizytację Szefa z Francji i no po prostu nie może zostać. Po czym zamknął za sobą drzwi i pojechał pieprzyć się przed kominkiem w przepięknych górskich krajobrazach z nową miłością swojego życia. I tuż obok wielomiesięcznych licytacji prawniczych, urwania mi z alimentów 150 zł przy kilkudziesięciotysięcznych zarobkach i wciśnięcia w treść porozumienia sformułowań typu „eksmisja”…

Dlaczego akurat dziś ze mnie się to wszystko wylewa? Właśnie ze względu na czas zadumy i wspomnień. Bo blakną mi wszystkie dobre przeżycia, wszystkie dobre chwile, wszystkie wspólne radości, bo ginie mi gdzieś przekonanie, że coś jednak Nas łączyło, bo mimo coraz większej świadomości własnych błędów i dużego własnego udziału w rozpadzie Naszego małżeństwa coraz bliżej mi do nienawiści i wściekłości większej niż chwilę po Jego wyprowadzce.

Pamiętam jednak wciąż, że za coś Go pokochałam, z jakiegoś powodu wyszłam za Niego i stałam u Jego boku tyle lat. Tylko za cholerę nie mogę sobie przypomnieć co to było takiego…

A może ma rację Mój Syn mówiąc, że miłość nie istnieje. Istnieją tylko egoistyczne pobudki do tego by z kimś być. Seks, strach przed samotnością, wspólne odliczenia w PITach, łatwiejsze zaspokajanie swoich potrzeb, iluzja poczucia bezpieczeństwa, dostępniejsza pomoc domowa, towarzystwo… A jak tylko to wszystko staje się atrakcyjniejsze z kimś innym dbając o swój komfort przenosimy się bez zbędnych rozterek.

Nie chcę tak myśleć.Na prawdę nie chcę. Chcę wierzyć w Miłość, Przyjaźń, bezinteresowność, Dobro. Chcę wierzyć, że następnym razem się uda. Że, jasne, to straszne, że Nam nie wyszło, ale tym razem „nie opuszczę Cię aż do śmierci” będzie znaczyć dokładnie to co znaczy.