Życie po udarze…

Rzygam już pisaniem o rozwodzie, wystarczą mi regularnie powtarzające się sny, w których albo Seba albo Tomek mnie porzucają. Wiec będzie o życiu po udarze…

Tak, zdaję sobie sprawę, że trochę uciekłam spod kosy… Raczej traktuję to jako ostrzeżenie i zastopowanie. Jakiś mało śmieszny dowcip w stylu to teraz ci pokażemy jak to jest być na prawdę zależną od kogoś, kto będzie przyjeżdżał codziennie  ileś tam kilometrów żebyś miała czyste i pachnące ciało i włosy i żebyś miała do jedzenia coś więcej niż szpitalne dno i żebyś nie czuła się tak cholernie samotna… Jak to jest stracić panowanie nad swoim ciałem i nie móc sobie wydepilowac samej brwi i uczesać włosów w kitkę.  Jak to jest musieć prosić obce osoby żeby poszły z tobą do kibla i podciągnęły ci gacie na dupę, bo sama musisz zawsze trzymać się czegoś jedną ręką. Nie pamiętam już całkowitego paraliżu lewej strony. Pamietam tylko złość, że Tomasz tak cholernie dlugo wkłada mi tą koszulę nocną przed przyjazdem karetki. I uczucie, już na szpitalnym łóżku dzień po, że lewa noga i ręka ważą nagle ze sto kilo każda. Nie pamiętam pierwszych kroków po udarze, znam je tylko z Tomkowych opowieści o trzęsących się nogach i tyłku w pampersie. Pamiętam słowa mojej prywatnej cudotwórczyni Oli o tym żebym nie spuszczała wzroku z ćwiczonych kończyn i to jej nieśmiertelne „dasz radę Sylwia, świetnie ci idzie”. Do dziś mnie karmi tym swoim optymizmem. Dziękuję Ci cudzie mój ❤. Nie pamiętam tego pierwszego strachu. No, może poza przerażeniem, że już nie zobaczę Kaja i nie będę mogła mu już nic wytłumaczyć ani już nigdy przytulić. „Zadzwoń do Kaja i powiedz mu, że Go kocham” powtarzałam. Skądś wiedziałam, że mam udar ale nie mialam pojęcia z konsekwencji. Nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji, automatyczna obrona mózgu zadziałała błyskawicznie zmniejszając świadomość. Wielokrotnie już opowiadałam, że pamiętam twarze Tomka i Seby przy szpitalnym łóżku i ciepło ich dłoni. I pikanie maszyn na sali intensywnej terapii. I wstyd za pampersy i za cewnik.   I że moi życiowi mężczyźni widzą mnie taką. Jaka bylam zła, że Seba ma ukoronowanie tej mojej rzekomej słabości. I pamiętam  transport do Piasek w takim dziwnym karetkowym krześle i wózek stojący przy łóżku jako stały element wyposażenia. Qrwa w Wigilię czułam ten wózek każdą częścią ciała i przekonana byłam, że już z niego nie zsiądę. I pytania zadawane sobie po cichu, jak będę jeździć tym wózkiem po tych paru wolnych metrach w nowym mieszkaniu? I czy Tomek podoła, czy wytrzyma, czy świadomie zmarnuje sobie życie? I skąd weźmiemy kasę na dalszą rehabilitację? I czy będę panną młodą na wózku?  I czy Kaj będzie się mnie wstydził?  I czy dać Sebie rozwód czy z zemsty udupić go robiąc szoł na rozprawie i nie wyprowadzając się z Dąbrówki? Setki pytań… I codzienne trudności. .. Z jedzeniem bez obu sztućców, z odniesieniem talerza, z utrzymaniem książki w rękach, z czytaniem w ogóle, z ustaniem przy umywalce podczas mycia zębów, z ciągłym proszeniem kogoś o coś. I z tym cholernym wysiłkiem trzy godziny dziennie na ćwiczeniach. Bo noga nie słucha i lata gdzie chce a poza tym zrobiła się tak cholernie ciężka. I ręką nie sięgam tam gdzie bym chciała i krzyk z wysiłku a czasem z bólu gdy mi moje prywatne anielice-rehabilitantki rozmasowywały mięśnie albo uciskały te sławetne punkty spustowe. Siniaki na nogach. Ciągłe „palce,pięta” w głowie i zazdrość,  że inni po prostu chodzą. Lodowatość łazienki i przyspieszona do granic możliwości kąpiel z Tomaszem. Byle szybciej obmył, ogolił,  wysuszył i nie, nie wycieraj tak mocno bo skóra po lewej stronie wciąż nadwrażliwa! Samotność szpitalnego łóżka i narastająca tęsknota za ciepłem i zapachem kochanego ciała obok. Wyczekiwanie na wizyty, każda była odmianą i odrobiną normalności….A przecież każdy ma swoje życie, swoje sprawy, nie można od nich wymagać, żeby rzucili wszystko dla mnie.. Pamiętam to znienawidzone uczucie owiniętego watą mózgu, do którego nie docierają bodźce i informacje.  Tylu rzeczy nie pamiętam…Ta wata zeszła mi dopiero kilka tygodni po powrocie do domu… A jak to wygląda teraz? Po niespełna 11 miesiącach od udaru? Dużo we mnie złości i niecierpliwości. . Bo noga wciąż ciężka i każde unoszenie jej to dźwiganie tony a godzina rehabilitacji z Oleńką to godzina w kopalni…Bo chwilka stania przy kuchni i już jestem zmęczona… Bo przy każdej czynności coś mi z tej lewej ręki wypada albo coś potrącam. Bo wciąż potykam się o dywaniki na podłodze i zostawione np przez Tomka kapcie. No bo dlaczego on do cholery nie domyśli się, że będę tedy szła?? Bo wciąż jeszcze nie mogę wysuszyć włosów na szczotkę tak jak lubiłam,bo lewa ręka tej szczotki jeszcze nie chce utrzymać… Bo po kąpieli i wszystkich tych łazienkowych czynnościach jestem tak zmęczona, że mogłabym się z powrotem położyć. Bo próby układania czegoś na półce kończą się wkurwem na maksa, bo te cholerne ciuchy jakoś mi się rozwalają w rękach a książki upadają na podłogę. Bo najchętniej chodziłabym non stop w dresach, bo cholernie ciężko założyć rajstopy i dopiąć sukienki na powiększonym ciele. Właśnie. Zwiększenie wagi wymykające się spod kontroli i skutkujące brakiem połowy garderoby łącznie z ukochanymi riskowymi sukienkami o spodniach nie wspomnę. A tak bym chciała znów zrobić się na bóstwo.  I żeby On zobaczył mnie taką zrobioną i elegancką w całości a nie musiał ciągle czegoś dopinać czy poprawiać. A wciąż jest mi potrzebny do codzienności, bo jeden stanik zapnę sama ale drugiego już nie, bo nie za długo mogę stać przy desce i prasować wiec wciąż ubieram to samo, bo reszta nie dość, że za mała to pognieciona po prostu. Bo nie mogę przemóc strachu przed prowadzeniem auta, z resztą stopa jeszcze nie radzi sobie ze sprzęgłem a tak bym chciała sobie sama gdzieś pojechać, ot tak dla kaprysu… Bo nawet poruszanie się po mieście komunikacją wzbudza mój strach. Boję się wyjść sama bez ostoi Jego rąk. Bo w łóżku brak mi elegancji i lekkości i czuję się jak żaba, na dodatek otłuszczona… Bo nie zgodziłam się na ten udar i nadal nie godzę. Bo go nie akceptuje a przez to i siebie samej… Bo Sylwia perfekcjonistka nagle wyparowała i nie umiem jej zastąpić…A jednak siedzi gdzieś tam  w środku i marudzi..Bo.Bo nie lubię swojego odbicia w lustrze… Bo chciałabym już wrócić do pracy, głównie ze względu na kasę, której brak, ale przecież nie dam jeszcze rady ogarnąć wszystkich obowiązków. .. Bo chyba odwołamy uroczysty ślub z weselem  żeby nie spłacać kredytu przez ileś tam lat a poza tym przecież dla Tomka to i tak byłoby to spełnienie tylko mojego kaprysu…

EDYCJA Nie napisałam jeszcze o strachu, który mi towarzyszy od grudnia właściwie non stop. O paroksyzmie strachu gdy tylko trochę zaboli głowa czy zdrętwieje policzek. O przerażeniu i wizjach powtórnego udaru. O strachu, który utrudnia chodzenie bo strasznie boję się znów skręcić kostkę i chodzę zbyt ostrożnie. O baniu się samotności, bo kto mnie wtedy uratuje… O strachu przed długą podróżą… O tym co komplikuje normalność i ogranicza. O tym czego do tej pory nie doświadczałam,bo przecież nie bałam się niczego. Albo inaczej nie zdawałam sobie sprawy ze swoich strachów a teraz mam je materialnie obok…

Mężczyźni mojego życia-odc.4

Oj, jak bardzo nie mam ochoty pisać tego wpisu…ale po pierwsze obiecałam tu być szczera a po drugie miałam skupić się na facetach w swoim życiu żeby coś zrozumieć…wolałabym napisać o Tomaszu ale to chyba jeszcze nie ten moment. Poza tym On jest przecież w każdym wpisie ostatnio. Tyle już o Nim napisałam…więc… mężczyźni w moim życiu…jak bardzo je skomplikowali to już wszyscy wiemy… Ojciec wyznaczył pewien wzorzec, wzór, do którego wpasowywałam się przez tyle lat. Ale to wszystkiego nie usprawiedliwia. Przecież wybierałam ich świadomie, może potem upijałam się przed pójściem z nimi do łóżka… tak jakbym jednak robiła to wbrew sobie.. często flirtowałam, prowokowałam i nawet jak miałam ochotę uciec, zastopować, zmienić zdanie uważałam, że już jest za późno, że nie wypada…I potem budziłam się rano pełna obrzydzenia do samej siebie i wstydu.. wystarczało do następnego razu… flirt dawał mi siłę i pewność siebie, rodzaj władzy… że niby to ja ich wybierałam i to ja decydowałam co dalej i w jakim tempie… co za bzdura… ten sam schemat przez lata.. starszy facet zwykle grubo po 40-stce (sorry to było naście i dziesiąt lat temu) często mój bezpośredni przełożony zagubiony w życiu osobistym i zawodowym, zapatrzony w rezolutną śliczną młódkę, przy której mógł się wreszcie wygadać i poczuć się męski. Na tym etapie nie był ważny jego stan majątkowy ani rodzinny, do dziś nie mogę sobie wybaczyć romansu z Piotrem i rozbicia jego rodziny, łez jego żony i późniejszej jej choroby, do której na pewno się przyczyniłam. Ale ten schemat jeszcze jakoś jestem w stanie sobie wytłumaczyć. Natomiast jednorazówek bez sensu i przyszłości juz nie. Ci wszyscy faceci. Starsi, młodsi.  Często po latach już bezimienni. Jezu, nie jestem w stanie policzyć ile razy zdradziłam męża. I czego do k…y  nędzy szukałam w trenerze Kaja czy kumplu przyjaciela?? Oczywiście czasem łączył mnie z nimi niezły seks ale często to też były rozczarowania. Nie pojmuję dziś sama siebie. Próbowałam się jakoś wczuć, przypomnieć sobie co czułam i myślałam. Nie potrafię. Nie rozumiem. Jakbym wchodziła w obcą babę, puszczającą się nie wiadomo dlaczego. Tak, było mi źle w domu, tak, byłam samotna, tak, miałam furę kompleksów, z których niby mieli mnie wyleczyć. Nie wierzyłam ani w swoją inteligencję ani możliwości.  Liczyła się tylko uroda… Większość z nich z miejsca oferowała mi małżeństwo, nie mając krztyny  skrupułów wobec mojej rodziny… większość znała mojego syna, część pomagała mi w domowych obowiązkach,  był nawet taki, który dał mi kasę na gwiazdkowy prezent dla Seby… wozili mnie, karmili,  ubierali,  upijali… pewnie niektórzy nawet mnie kochali na swój sposób… tak mi dziś przykro, że byłam kompletnie nie warta obrączki na palcu… tak trudno uwierzyć, że jestem warta teraz… tak bardzo czasem się boję… I modlę się żeby nigdy nie wróciła tamta Sylwia… tak trudno pokochać teraz samą siebie wiedząc ile zła wyrządziłam kiedyś… I trudno uwierzyć, że Tomek może mnie taką kochać… z takim bagażem…

Rozmawiałam dziś z przecudowną, mądrą, wspaniałą, okrutnie doświadczoną przez życie kobietą, która tak jak ja odbudowuje właśnie swoje życie. W ogóle mam szczęście ostatnio do takich świetnych, pokaleczonych babek, których mądrość zachwyca mnie nieodmiennie równie mocno jak ich uroda. A głupota ich facetów poraża i wkurza mocno… Silne babki, znoszące przemoc, alkohol, ciężkie choroby.. a mimo to błyszczące dziś odzyskanym szczęściem… jestem dumna, że zaliczają mnie do bliskiego sobie grona… to też zobowiązuje… więc może dość już kajania się, przepraszania za przeszłość, nie mam mocy jej zmienić ale mam moc żyć inaczej, mądrze kochać, podejmować mądre decyzje, wybierać sobie na przyjaciół właśnie takich dobrych energetycznie ludzi… w końcu jestem przecież trzeźwa i nauczona doświadczeniem… Trzymam kciuki z całych sił za nas wszystkich…

przeszłość nas zabija jeśli jej na to pozwalamy….

Oglądam „Shall we dance?” i nagłe ukłucie w sercu” dostałem kurs tańca na urodziny”… qrwa … kiedy przestanie to boleć… przecież jestem szczęśliwa, kochająca i kochana?!tak bardzo się staram nie rozpamiętywać tego małżeństwa, nie zastanawiać się nad każdym słowem czy gestem….zapomnieć ten ból i rozczarowanie…Paryż, kłamstwa, podwójne życie, dwa domy, dwie kobiety, ale przy moich wrodzonych kompleksach, braku wiary w siebie, traumach z dzieciństwa, zbyt dużej wagi przywiązywanej do zewnętrzności… to wszystko pali jak tatuaż na skórze…. nie potrafię uciec przed poczuciem krzywdy i pytaniem jak bardzo musiałam być zła, że tak mnie potraktował…jak wielkie musiał czuć obrzydzenie , wstręt , odrazę??jak bardzo musiał pogardzać mną i tym co sobą reprezentowałam?? w sumie mogłabym podobne pytania zadać sobie samej ale już nie pamiętam co wtedy czułam?? pamiętam, że nawet wtedy kochałam… a jak to możliwe?? Boże obdaruj mnie zapomnieniem, amnezją chwilową, pozwól być ponad to…pozwól tak naprawdę zacząć od nowa….bo mnie to zatruje…

strach i tęsknota… czyli powtórka z rozrywki….

w ostatnią sobotę zalały mnie wspomnienia…. Dąbrówkowo weekendowo rodzinne…. spędzanych w trójkę niedzielnych poranków z kawą wypijaną czasem w trójkę w łóżku… z Norką wylegującą się w trawie…. z jajecznicą mężowską…. wspomnienia wakacji wspólnych… Paryża zwiedzanego w trójkę, Toskanii, weekendowych kin i restauracji… zatęskniłam za rodziną… oczywiście tą z dobrych momentów… popłakałam sobie z tej tęsknoty i żałości jakiejś…. serducho bolało…. tęsknię za Synem moim … tak… widujemy się co czas jakiś… ale brak mi go na co dzień… mimo, że wredny ostatnio znów jakiś się zrobił…  Norusi brak mi ciągle… stworzenia mojego do kochania takiego… cóż… Tomasz jednak nie wszystkie moje potrzeby zaspokoić może… miłości dostaję pewnie tyle ile może dać najwięcej… ale chyba za innym jej rodzajem tęsknię… dziecięca czy psia miłość inne jednak zaspokaja potrzeby… cóż pieska może jeszcze za czas jakiś przygarniemy… a dzieci więcej już mieć nie będę… głupie myśli o tamtej nienarodzonej istotce… nastolatką by była teraz… a co do strachu… dławi czasem w gardle zmęczeniem, zniechęceniem jakimś, brakiem postępów w rehabilitacji…ale też w taki tydzień samotny jak ten refleksją , że im bardziej się kocha tym trudniej później znieść rozstanie czy stratę… bo skoro raz już ktoś zakochanym strasznie będąc zrezygnował to niby czemu ktoś inny miałby nie powtórzyć tego samego… takie właśnie mnie ponuraki nachodzą , w ogóle nie wiosenne, jak w ogóle nie wiosenna ta wiosna u nas…może potrzeba mi już ciepłych słonecznych promieni na twarzy… złocistej opalenizny na skórze… wakacji z palmą i szumem fal… oby do lata…

Mężczyźni mojego życia – odc.3

zdjęcie (6)

Jak żona Lota…

pełnymi szczęścia oczami spojrzałam w Twoje
i skamieniałam
w środku
na zewnątrz uwodziłam tysiące uśmiechów i parę spojrzeń
ale w głębi
był mrok , gruz i popioły
cicha melodia powoli zanikająca

jednym zamaszystym ruchem
skreśliłam wszystko
zapaliłam zapałkę i podpaliłam
a Ty
odwróciłeś się nie zauważając pożaru
straż nie przyjechała
przeciwnie – ktoś dolał oliwy
i jak po trzeciej wojnie –
strach , pragnienie , niepokój
strzępki jak w ostatnim wierszu

ręce pachnące jeszcze Tobą
usta krwawe od gorących myśli
ale oczy
już skamieniały…

14.02.1993 (popraw.)

Ten stary wiersz chyba najlepiej oddaje charakter mojego małżeństwa…Totalne niezrozumienie wzajemne, zupełnie inne oczekiwania od życia, inne marzenia, inne priorytety, straumatyzowane dzieciństwo jednego i młodość drugiego….To się chyba nie mogło udać… Nie na takim etapie naszego życia….Dwójka gówniarzy kłócących się zawzięcie prawie od samego początku udawała przed sobą i innymi, że jest gotowa na dorosły i dojrzały związek tylko dlatego,że stworzyli nowego człowieka…

Poznali nas ze sobą nasi przyjaciele Mariusz i Joanna, sami będący wówczas parą.( jakże nabijaliśmy się z ich słodkości wzajemnych , teraz sama tak się zachowuję ciesząc się z tego codziennie…)Dyskoteka na łódzkim osiedlu studenckim, Twoje opowieści o wymarzonym przeze mnie Paryżu, mój czarny stanik pod głęboko rozpiętą białą koszulą…Każde przyszło z kimś innym, ale noc spędziliśmy gadając ze sobą… Potem ten słynny telefon : ” Cześć czy boli Cię jeszcze głowa??”. A potem poszło…. imprezy, spacery, rozmowy, wyznania,Zaręczyny przed Katedrą i nagle okazało się,że to jednak nie skórka od pomidora usiadła mi na żołądku wywołując poranne mdłości….I decyzja podjęta przez nasze rodziny niejako poza nami, obok nas….. ślub organizowany w pośpiechu jakimś, pomiędzy gonitwą przedświąteczną, chorobą i śmiercią mojej Babci… I ta pewność rankiem 6-go stycznia podpowiadająca „nie rób tego…”i to pieprzone „jak się rozwiedziesz to zadzwoń…”-Twojej koleżanki ze szkoły… głupia sucz popsuła mi całe wesele… Dziś nie miałaby takiej mocy…. To pewnie też coś znaczyło. Jak bardzo niepewna byłam siebie i Ciebie..A może było klątwą na nasze małżeństwo rzuconą przez zakochaną w Tobie pannę w czerwonym berecie? Tą co wg słów Twojego Ojca ” do rozporka Ci wchodziła”… Boże ile ja szczegółów pamiętam….Moje przerażenie kiedy pierwszy raz usłyszałam ” żono”….Pomruk moich klasowych kumpli z Michałem na czele…. tyle sygnałów…. tyle znaków…. Wesele pod znakiem żałoby…. rosnący brzuch….Młodego ślady stopy lub dłoni na skórze… Twoje dłonie śledzące jego kopniaki…. Strach przed utratą tej ciąży… Poród wielogodzinny, wspólny i wreszcie „mamy Syna!!”. te paluszki maleńkie zaciskające się na naszych, granatowe oczy , sen czujny i czuwanie każdonocne….. Ojciec mój wyręczający Cię z ojcowskich obowiązków, bo Ty ciągle w pracy, tak, wiem , ktoś musiał pracować….Samotność dotkliwa już wtedy… Poczucie nie bycia Twoim priorytetem. Z resztą Ty moim też nie byłeś….tak naprawdę spieprzyliśmy to już wtedy, na samym początku… kłótnie gorące, jakaś przemoc, rzeczy fruwające przez okno, wtedy już zaczęliśmy żyć osobno, Twoi znajomi, moi znajomi… osobne imprezy, spotkania, wyjazdy… Twój romans z koleżanką z pracy (!) , moje romanse…. coraz częściej pojawiający się alkohol…. Wyjazd do Poznania… Pewnie mógłbyś spytać po co Cię goniłam?…nie wiem , tak samo jak nie wiem czemu rok temu nie wyobrażałam sobie życia bez Ciebie… Czego tak straszliwie się bałam?? Mam obok siebie cały zeszyt zapisany listami do Ciebie z tamtego okresu….Mam też przed oczami historię naszego małżeństwa pisaną dla prawnika. 17 zapisanych stron , pełnych dat, faktów, o których nie zawsze chciałabym pamiętać, naszych kłótni, rozstań, ucieczek, porzucań wzajemnych, wszystkiego, co uświadamia mi jaką krzywdę sobie nawzajem wyrządziliśmy, jak cierpiał przez nas nasz Syn….Ile straciliśmy nawzajem czasu, nerwów, życia ile nam uciekło… żałuję tego wszystkiego,zapisek z 26.06.2016: ” Gdybym mogła cofnąć się do siebie sprzed 21 lat i gdybym umiała do siebie przemówić poradziłabym samej sobie nigdy nie wychodzić za Ciebie za mąż.Powiedziałabym  <Urodź Syna i wychowuj go sama>< to i tak nie będzie trudniejsze niż małżeństwo z Nim>żałuję ślubu z Tobą. żałuję tego , że gdy w końcu po tylu latach Ci zaufałam zostałam zdradzona , i nie mówię o zdradzie fizycznej. (…) Wolałabym nigdy nie być Twoją żoną , nie przeżyć tych 20-stu lat niż teraz zostać rozwódką, Twoją ” byłą żoną” ” pierwszą żoną”…nigdy nie powinniśmy się spotkać.Nigdy nie powinniśmy być razem. Nasze  światy się różnią, nasze poglądy są inne. Mamy inne priorytety. Inaczej traktujemy pracę. Inaczej rodzinę.Mamy inne podejście do ludzi.Inną wiarę. Inne poczucie humoru. Inne wartości. Nic nas nie łączy. Nie mamy ze sobą nic wspólnego. Nawet Kaj przez tyle lat nas nie połączył. żałuję, że byłam niemądra i nie umiałam podjąć decyzji, którą przecież miałam gdzieś w środku. żałuję tych lat sklejania tego co było nienaprawialne od samego początku…”.ot, jak już wtedy potrafiłam na to spojrzeć. teraz nie ma we mnie tyle żalu i poczucia straconego czasu. Wręcz przeciwnie ,  bliżej mi do myśli, że dzięki tym wszystkim doświadczeniom, jestem teraz taka jaka jestem , stałam się lepszym człowiekiem , potrafię wreszcie bez strachu okazywać Ukochanemu uczucia, nie węszę wszędzie podstępu ani zdrady, jestem szczera, niczego nie udaję… Stałam  się taka jaką zawsze chciałam być…Dużo w tym „puchatym zeszycie” , który podarowałeś mi mówiąc ” pisz, lubisz to robić, jesteś w tym dobra”, złości, przekleństw, obarczania Cię winą za wszystko, ale też dużo samoobserwacji , wniosków wyciąganych z bólem, świadomości własnych win….Cóż Mężu Mój wciąż jeszcze oficjalnie, choć coraz bardziej obcy Człowieku, nie udało nam się coś co właściwie nie miało prawa się udać , nie wtedy, nie z takimi Nami, nie w taki sposób. Ponosimy za to oboje winę i jakoś będziemy musieli z tym dalej żyć. Poza tym przecież przydarzyło się nam dużo fajnych rzeczy, mamy najwspanialszego Syna pod słońcem, dużo przeżyliśmy przy sobie „pierwszych” doświadczeń, dużo się też nauczyliśmy zapewne. Więc niech „nam ziemia lekką będzie”.Zakończmy to małżeństwo z odrobiną choć szacunku do siebie nawzajem. I choć nie planuję brać ślubu w Twojej obecności, wierzę, że jeszcze kiedyś normalnie porozmawiamy. tylko przestań się bać takiej rozmowy, nie ściemniaj, nie udawaj kogoś innego, nie graj , bo to i tak niczego nie zmieni. I nie rań mnie już więcej,. Pozwól żyć bez Ciebie już, w szczęściu i poczuciu spełnienia….

Seks nasz powszedni…

Seks… temat tabu? czy temat do wycierania dupy wykorzystywany przy byle okazji? Kiedyś dla mnie powód wstydu i zażenowania, naznaczony piętnem traumy z dzieciństwa….Potem problem dziewictwa, którego chciałam się pozbyć jak klątwy jakiejś….Potem kolejni partnerzy, zarówno życiowi jak i przez chwilę goszczący w życiu moim za pośrednictwem ciała mojego…. Z biegiem lata coraz starsi i bardziej tatusiowaci…. Ile lat zajęło mi zrozumienie, kogo w nich szukałam i jak naiwnie myliłam miłość z pożądaniem…. Szukanie złudnego bezpieczeństwa w zastępstwie Ojca, szukanie kogoś kto się zaopiekuje, utrzyma, pozbawi problemów, obroni jak to Ojciec powinien. Z biegiem czasu coraz więcej alkoholu trzeba było żeby samą siebie oszukać. Dopiero wiele sesji terapeutycznych później zrozumiałam, że coś co wydawało mi się dawno zaleczone wciąż jątrzy się i zatruwa całe moje życie.I tak za późno żeby uratować rodzinę i małżeństwo….Ale wystarczająco w czas aby się zakochać , mam nadzieję po raz ostatni, i żeby seks stał się tym czym być powinien – formą okazania uczucia, zabawą dwóch dojrzałych osób ufających sobie , radością życiową a przestał być walutą, towarem handlowym, czymś za coś…. Wdzięczna jestem, że udało się jeszcze….

Mężczyźni mojego życia – odc.1

Otrzymałam od terapeuty zadanie: zastanowić się nad mężczyznami w moim życiu, nad ich rolą, nad miejscem, swoimi oczekiwaniami wobec nich, tym, co rzeczywiście dostałam, co mi zabrali, co im dałam…

Nimfomanka…

ojciec był jej pierwszym kochankiem
każdy następny zastępował jej ojca

przyjaźń zawsze myliła z miłością
a seks z bliskością dusz

nauczyła się pięknie usprawiedliwiać
spłacać grzechy dobrymi uczynkami

teraz się boi
tylu mężczyznom dała kawałek siebie
czy nie zabraknie jej do końca życia?

30.10.2007

Pierwszy był ojciec. Kiedyś Tata, Tatuś… Zdrobniale i z dużej litery. Dziś ojciec. To i tak dużo. Obiektywnie wspaniały facet, może nieco porywczy, cholernie emocjonalny, z resztą mam to po nim. Mówili o nim „dobry człowiek z sercem na dłoni”.  Pomagał ludziom. Dużo rozmawiał, potrzebował kontaktu z innymi – to też mam po nim. Zwierzał się. W ostatnich miesiącach choroby częściej „obcym” niż nam. Co pamiętam? Że nauczył się gotować i robił to świetnie. Że uwielbiał przemeblowywać mieszkanie, co chwilę coś przesuwał, przestawiał, wbijał gwoździki… I że jeśli kupił sobie jakiś nowy ciuch musiał go założyć najpóźniej następnego dnia – też mam to po nim. Ale pamiętam też dwie potężne awantury rok po roku, kiedy oboje z mamą wrócili z jakiejś imprezy mocno wstawieni i kiedy ojciec uderzył mamę.. Położyła się potem koło mnie a ja musiałam ojca wyrzucić z mojego pokoju. Podobno był zazdrosny. Podobno też lubił seks o wiele bardziej niż mama i potrzebował go o wiele bardziej niż ona. Czy dlatego popierdoliła mu się dojrzewająca córka z obiektem seksualnym? Nie pamiętam ile miałam lat. Po pierwszej miesiączce to na pewno. Obudził mnie w nocy, kiedy usiadł obok na łóżku. Rozpiął mi guziki od piżamy, położył moja rękę na swoim kroczu i wsadził mi swoją rękę w spodnie. Pieścił. I uciszał szeptem. I szeptem mówił też jakieś niby czułości. Dostałam orgazm. Nie pamiętam czy pierwszy w życiu – chyba nie. Wcześniej chyba sama odkryłam masturbacje. Ale na pewno pierwszy, do którego doprowadził mnie ktoś inny. Potem wstał i poszedł. Nie pamiętam czy coś powiedział na koniec. Nie pamiętam, kiedy zasnęłam. Czy coś myślałam? Czy chociaż raz zastanowiłam się nad możliwością krzyku, odepchnięcia jego ręki, ucieczki? Czy mama była obok w pokoju? Tyle rzeczy wymazałam. Pamiętam tylko, ze to trwało jakiś czas. Ze przychodziłam do niego w ciągu dnia, siadałam na kolanach i domagałam się pieszczot. Jak długo? Nie mam pojęcia. W końcu przestałam pozwalać mu się dotykać. I od tej pory przestałam też przytulać się do niego, dawać buziaki na dzień dobry. Zaczęłam unikać kontaktu fizycznego.

Do niedawna jeszcze sama myśl, sama próba opowiedzenia tego komuś wywoływała we mnie mdłości i takie dziwne uczucie w żołądku i w gardle. Teraz już potrafię o tym mówić. Teraz już nie wstydzę się tego. Nie obwiniam. Nie mam żalu do tej młodej dziewczyny, dziewczynki właściwie, którą byłam. Teraz już wiem, że córka kochająca bezgranicznie swego ojca zagubiła się w tym, co wolno było mu zrobić, nie znała jeszcze granicy swojej cielesności, przeczuwała jedynie, że coś jest nie tak.

Wiele, wiele lat zajęło mi dojście do takich wniosków. Wiele lat ucieczki, wymazywania, chlania, szukania zastępstwa, rozpieprzania swoich związków tak na wszelki wypadek. Myślę, że nawet rozpad mojego małżeństwa ma z tym ogromny związek. Ale to już temat na kolejny wpis…

stripped teddy