Jesiennie…

Ile razy już mówiłam, że do szczęścia pełni potrzebuję także słońca? Aktualny nagły choć niby oczywisty atak jesiennej aury, deszcze, chmury, wicher jakiś, to wszystko usypia mnie jeszcze bardziej, zamyka w domowych pieleszach ale też nastraja łzawo i jakaś taka rozlazła mentalnie jestem. Łatwo się wzruszam, znów mam niedosyt przytuleń i czułości, przed chwilą wyprosiłam u Syna pozdrowienia z anteny radiowej i qrczę się wzruszyłam słysząc, że jestem „lisynerem nr 1”. Zmienił się mój Syn po tym wyjeździe dalekim, cieplejszy się stał, czuły bardziej, przytulić się da. A mnie to nadal bardzo potrzebne. I cieszę się z tych zmian bardzo. I z rozmów naszych normalniejszych jakby. Strasznie kocham to moje dziecko jedyne i tęsknię bezsensownie do czasów niedzielnych kaw wypijanych wspólnie w łóżku, jajecznicy Sebkowej wspólnie spożywanej przy wielkim stole z widokiem na ogródek i z Norą udającą śmiertelnie zagłodzonego psa pod nogami. Tyle czasu minęło a ja wciąż tęsknię.. Przestanę kiedyś??

Reklamy

Kolejny dołek. Który już to??

Spadło mi coś samopoczucie. Nagły spadek fizycznej formy, wyjazd Tomasza, trudny logistycznie tydzień przede mną.. To wystarczyło żebym nie chciała wyjść spod kołdry. Tak mnie czasem wqur..za ten stan, niby ćwiczę, niby pracuję ale właśnie wszystko jakieś takie na niby. Brak mi znów energii i zapału, znów dopada myślenie „a po co to wszystko? Przecież i tak nic się nie zmienia od miesięcy..”. Wiem, wiem, marudzę jesiennie, roztkliwiam się nad sobą dziecinnie, użalam się zapominając jakie miałam i mam szczęście… Nie lubię jak Tomek wyjeżdża, uwielbiam być z nim, daje mi poczucie bezpieczeństwa, oparcie w każdej chwili, uspokajająco uzależniającą świadomość, że przy nim mogę wszystko a nawet jeśli nie to i tak nic strasznego się nie stanie…. Qrczę jak pomyślę o sobie z czasów dzieciństwa Kaja to mam wrażenie, że ktoś mi podmienił wspomnienia. Trudno uwierzyć, że byłam tak samodzielna i niezależna w swej świadomości. Trochę mnie przeraża moja aktualna zależność od Najdroższego Męża mego… Psychiczna zależność. Chyba muszę o tym pogadać na terapii…

Smutne refleksje,rozwodowa depresja-kolejny etap…

Norka

9 listopada odeszła moja ukochana czworonożna przyjaciółka, moja wierna psia towarzyszka-Nora.

Chorowała dziewczynka od roku, a to wątroba, a to nerki… A jakieś trzy tygodnie temu dołączyły oskrzela, zapalenie gardła, a na sam koniec serduszko… Próbowałam, a właściwie próbowaliśmy z T. wszystkiego. Prawie codzienne wizyty u weta, coraz większa bateria leków. Niestety nie udało się…

Mam oczywiście wyrzuty sumienia. Bo mogłam więcej, bardziej, mocniej… Bo może nie trzeba było podawać jej tej ostatniej kroplówki, bo może mogłam podjąć decyzję o zakończeniu jej cierpienia, bo może inny weterynarz bardziej by pomógł… Bo może wyczuła moje zmęczenie, bo może odczuła te wszystkie ostatniomiesięczne zmiany, bo może poczuła się odrzucona, może zazdrosna…

Brakuje mi porannego odgłosu jej pazurów na panelach, merdającego ogona, uśmiechniętego pyska, kapci podawanych przy drzwiach, ciepłego ciałka, do którego zawsze mogłam się przytulić…

A jednocześnie odczułam ulgę. Bo naprawdę byłam już zmęczona. Odpowiedzialnością, koniecznością powrotu do domu nie później niż, kombinowaniem opieki przed każdym wyjazdem, poczuciem, że tylko ja muszę, że S. zostawił mnie nawet z tym samą.

Teraz zostałam sama. Wreszcie? Wreszcie nic nie muszę, wszystko mogę. Nawet zaplanować wystrój mieszkania, do którego za chwilę się przeprowadzę, bez uwzględniania czyichkolwiek, innych niż moje, potrzeb. Biała narzuta? Biały szlafrok? Nowa kanapa w jakichkolwiek kolorach? Czas?

Przeprowadzka. Własnie. Okazało się, że nie zostało mi zbyt wiele czasu do końca roku. Pakowanie pudeł, walizek, toreb. Odrzuca mnie od tego. Nie mogę się zmobilizować. Strach? Czyżby dopadł mnie znów strach, który tak usilnie podświadomie odsuwałam, angażując się w nowe? Znów nie mogę spać, znów natłok myśli, które trudno uśpić. Znów drżenie rąk, znów więcej papierosów, znów huśtawka nastrojów. Okazuje się, że jednak nie da się samej siebie oszukać, że trzeba to wszystko przeżyć, pozwolić tym wszystkim uczuciom zaistnieć, spotkać się z nimi, poobracać w ręku, poprzyglądać się… Próbowałam od tego uciec. Wiem to. Próbowałam sobie wmówić, że mam już to za sobą, że pokonałam, wygrałam. Że teraz już tylko lepiej. Gówno…

Do tego cholerna jesienna szaruga, zimno, ciemno, mokro. Codzienna poranna walka o wstanie, o znalezienie w sobie sił, energii.

I oczekiwanie… Na papiery rozwodowe, na termin rozprawy…

Niech ten rok już się skończy…

„Jesteś?!

szeptanie bajanie
i nieme błaganie
budzenie patrzenie
i myśli błądzenie

czułości w nicości
od łez do radości

rozmowa od nowa
aż rozboli głowa
za szybko zbyt prędzej
twe ręce w podzięce

czułości w nicości
od łez do radości

czytanie płakanie
twych ust całowanie
skrzywienia zwątpienia
znów zbyt blisko cienia

czułości w nicości
od łez do radości

znaliśmy czuliśmy
świat zbyt oczywisty
schematy dogmaty
z mych wierszy cytaty

czułości w nicości
od łez do radości

zwątpienia złudzenia
wzajemne tulenia
tęsknoty ciągoty
wciąż nowe zaloty

czułości w nicości
od łez do radości

i żale niedbale
nie czynione wcale
pragnienia marzenia
wspólnego istnienia

czułości w nicości
od łez do radości

to koniec miłości?!”

16.10.2007