Nie wiem jaki wybrać tytuł bo jeszcze nie wiem o czym będzie ten wpis. Miał zacząć się od pytania: Jak Wy zaczynacie swój dzień? Ja od leków. Nawet jak wstanę zmuszona fizjologicznie o 3 w nocy lecę połknąć Euthyrox bo wyczytałam gdzież, że nie dość, że na czczo to jeszcze 4 godziny przed innymi lekami… Po odespaniu jeszcze paru godzin jedną ręką nastawiam kawę a drugą skrupulatnie pakuje w pudełeczko pastylki różnokolorowe i różnowielkościowe. Kończę połykanie ich już w pracy bo staram się nie wszystkie naraz, zatkało by mnie przecież jak już nieraz bywało…. Ilość ich znów ostatnio wzrosła, po infekcji więcej suplementów, Koenzym Q10 i magnez, biotyna na znów wypadające włosy, przy ostatnich ciągłych bólach głowy dodana dawka dzienna Baclofenu plus jakiś niesterydowy przeciwzapalny…Głowa zamknięta w obręczy ucisku od dwóch prawie tygodni non stop ciąży opadając,  czasem dochodzi ból nad brwiami, czoło ściska jakoś, czasem na uszy się rzuca tracąc jakby słuch w jednym, boję się tego bólu nie uspokojona wcale słowami przystojnego neurologa, że to napięciowy ból i nie ma oznak czegoś groźniejszego… Ciało znów mi jakieś sygnały daje, ze coś mu nie pasuje… Osłabione, kobieco-hormonalnie szaleje, skóra pokrywa się jakąś wysypką, egzemą pomiędzy palcami… Obawiam się, że 8 godzin za biurkiem, przy kompie, niekoniecznie zapracowane bo czasem zajęcia służbowego brak i nadrabiam zabijając czas kolejnymi wpisami na bloga czy dobieraniem motylków w pary, otóż obawiam się, że zmusi mnie ciało do skrócenia czasu pracy… Nie wiem jak rozegrać sprawę wynagrodzenia bo przecież ilość obowiązków pozostanie ta sama… Czekam jeszcze jak na zlitowanie na decyzję Sądu i ocenę powtórną mojej niepełnosprawności… Może uda się urwać oficjalnie godzinę z etatu…

 

Reklamy

Ból paraliżuje i otępia…

Jestem kompletnie nieodporna na ból. Zarówno fizyczny jak i psychiczny choć dziś raczej o tym pierwszym będzie. Leżę trzeci dzień po wyrwaniu ósemki, w końcu zaaplikowałam sobie przepisany na wszelki wypadek antybiotyk. Łykam apap regularnie co parę godzin i nie wychodzę z wyra. Tomuś znosi to z trudem wydaje mi się… Najchętniej bym przespała ten czas niewygodny. Kompletnie poddaję się w takich chwilach choć może racja w tym, że gdybym nie miała możliwości polegiwania i nicnierobienia to pewnie bym się do kupy zebrała. Potrzebuję powrotu do pracy, choć na ten moment nie wyobrażam sobie wstawania o 7 i ośmiu godzin za biurkiem bez możliwości nawet krótkiej drzemki. Ale znam się na tyle, że wiem, że płynę z prądem i dopóki życie mnie nie zmusi nie stanę w stu procentach samodzielnie na nogi. Odejście Seby też mnie tego nauczyło. Najpierw paniczny, duszący strach, myśli samobójcze, totalna rozpacz a potem powoli krok za krokiem w górę ku własnej samodzielnej przyszłości. No tak, udar to wszystko skutecznie zahamował ale z nim też koniec końców jakoś sobie radzę. W końcu nie skromnie mówiąc sama (oczywiście z pomocą) na te nogi stanęłam. Niech tylko już przestanie boleć….

Rozwodowo – odc. 2 – wchodzimy na drogę bez powrotu….

24.10.2016r.

„Porozumienie o warunkach rozwiązania małżeństwa oraz wzajemnych obowiązkach stron. (…) Zważywszy, że pomiędzy Stronami na skutek faktycznej separacji nastąpił zupełny i trwały rozkład pożycia małżeńskiego, Strony zamierzają doprowadzić do rozwiązania małżeństwa (…) „

Wiedziałam, że będzie bolało, że usłyszenie na własne uszy formułowanych przez kogoś innego zwrotów typu: „trwały i zupełny rozkład pożycia”, „planowane rozwiązanie związku małżeńskiego”, „stanowisko procesowe”, „jako zobowiązany wobec żony do zaspokajania potrzeb rodziny”, „uprawomocnienie wyroku”, „egzekucja” wyryje w moim sercu krwawe pręgi. Miałam jedynie nadzieję, iż nie rozkleję się histerycznie i rozpaczliwie. Udało się. Płakałam sobie po cichutku za zasłoną z włosów i pewności siebie, pozwalając płynąć po policzkach bezgłośnym łzom i słuchając jednocześnie jak Pani Rejent odczytuje akt notarialny ujmujący w prawne i w razie czego możliwe do dochodzenia w sądzie ramy treść porozumienia zawartego chwilę wcześniej. Moje ciało domagało się nikotyny a w głowie kolebało się „ja pierdolę…”.

Czy ja Go jeszcze kocham? – padło jakiś czas później pytanie. A skąd do cholery mam wiedzieć? Czy przejmujący smutek i całkowite osłabienie organizmu, jakie ogarnęło mnie chwilę po zamknięciu za sobą drzwi Kancelarii to objaw miłości właśnie? Czy to tylko przerażająca świadomość przegranej? Czy tęsknota za przeszłością? Czy strach przed przyszłością? A może paraliżująca pewność jak bardzo spierdoliliśmy to, co miało być i , tak jestem pewna, mogło być na zawsze?

Mimo ponad pięcioletniej trzeźwości wciąż gram. Tylko za cholerę nie wiem kogo….