Kolejny dołek. Który już to??

Spadło mi coś samopoczucie. Nagły spadek fizycznej formy, wyjazd Tomasza, trudny logistycznie tydzień przede mną.. To wystarczyło żebym nie chciała wyjść spod kołdry. Tak mnie czasem wqur..za ten stan, niby ćwiczę, niby pracuję ale właśnie wszystko jakieś takie na niby. Brak mi znów energii i zapału, znów dopada myślenie „a po co to wszystko? Przecież i tak nic się nie zmienia od miesięcy..”. Wiem, wiem, marudzę jesiennie, roztkliwiam się nad sobą dziecinnie, użalam się zapominając jakie miałam i mam szczęście… Nie lubię jak Tomek wyjeżdża, uwielbiam być z nim, daje mi poczucie bezpieczeństwa, oparcie w każdej chwili, uspokajająco uzależniającą świadomość, że przy nim mogę wszystko a nawet jeśli nie to i tak nic strasznego się nie stanie…. Qrczę jak pomyślę o sobie z czasów dzieciństwa Kaja to mam wrażenie, że ktoś mi podmienił wspomnienia. Trudno uwierzyć, że byłam tak samodzielna i niezależna w swej świadomości. Trochę mnie przeraża moja aktualna zależność od Najdroższego Męża mego… Psychiczna zależność. Chyba muszę o tym pogadać na terapii…

Reklamy

Seks po udarze…

Pomysł na ten post  zaczerpnęłam z bloga lewaczki, o którym już wspominałam. Nazwałam ją nawet swoją udarową młodszą siostrą. Żałuję, że na żywo nie mam kontaktu z udarowcami, chciałabym czasem wymienić się doświadczeniami, poradzić lub doradzić. Ktoś, kto przeżywa udar nie wiedząc o nim nic ponad to, co przemknie w tv czy necie jest bardzo zagubiony i takie udarowe rodzeństwo mogłoby bardzo pomóc. Tak myślę… Mnie pomaga…

Ale do rzeczy.. Ci co mnie znają osobiście ale również Ci, co mnie czytają od jakiegoś czasu wiedzą, że seks miał dla mnie zawsze duże znaczenie. Oczywiście wiele lat błądziłam i myliłam pojęcia, drogi, cele… A gdy w końcu odnalazłam sens i właściwy dla siebie sposób nie było mi dane zbyt długo się tym cieszyć. Udar zatrzymał mnie również i na tej drodze. Spotkanie Tomka, o czym już tu nie raz pisałam pokazało mi czym może być seks pomiędzy dwójką dorosłych kochających się i ufających sobie osób. Że nie musi być wyścigiem, manipulacją, środkiem, lecz celem samym w sobie, rozmową, kontynuacją uczucia… Oczywiście to, że może być świetną zabawą wiedziałam już wcześniej. Ale nigdy wcześniej nie czułam takiego luzu i beztroski. Zawsze miałam w głowie to jak wyglądam, czy jestem wystarczająco wydepilowana, czy dane światło odpowiednio mnie rzeźbi, czy bielizna jest wystarczająco seksowna. .. Nawet pierwsze doświadczenia z Michałem pomimo oczywistego zakochania były formą walki i wyścigu. Jak ja potrafiłam się wściekać nie dostając tego, czego chciałam. Nasze seksualne porażki wpłynęły na całe moje późniejsze seksualne życie… Tak samo jak doświadczenie molestowania… Z perspektywy czasu bardzo żałuję straconych lat także w tym obszarze. Tych gigantycznych nerwów, stresu, obaw, kłamstw, gierek… Seks z byłym mężem mimo tego, że zawsze mówiłam, że był udany, też był jakąś formą walki między nami… Szczególnie ten ostatni, akt żebrania o miłość w obliczu końca… Robi mi się cholernie przykro jak pomyślę ile w nim było rozpaczy i przerażenia…

Ale wróćmy do udaru… Ponieważ doznałam udaru podczas seksu jakiekolwiek nasze wyczyny seksualne po przerażały mnie wizją powtórki. Mimo iż ciało domagało się pieszczot i dotyku strasznie bałam się pójść na całość. Dlatego np pierwsza przepustka ze szpitala to była „tylko” jedna wielka czułość. Ale z naszymi temperamentami nie wytrzymalismy długo w zupełnym celibacie. Co prawda lodowate sale i łazienki szpitala w Piaskach nie sprzyjały zbytnio ale postanowiłam, że jakiekolwiek pierwsze seksualne doświadczenia po udarze muszą odbyć się na bezpiecznym gruncie z szybkim i bezpośrednim dostępem do lekarzy i sprzętu, na wszelki wypadek. Potem wspinałam się po schodach na 4 piętro bo ktoś powiedział, że z seksem po udarze jest jak po zawale, jak wejdziesz po schodach na 4 piętro i nie umrzesz to potem już Ci wolno go uprawiać..Weszłam zatem… Hulaj dusza… A właściwie ciało… No i zaczęły się schody ale nieco inne.. Okazało się, że udarowy strzał naruszył nie tylko to co widoczne na zewnątrz. Wszystkie moje mięśnie po lewej stronie zostały osłabione. No i trzeba było się nauczyć innych dróg i sposobów na satysfakcję. Od zawsze byłam kobietą potrzebującą dużo czasu i starań. Po udarze potrzebuje jeszcze więcej. . I cierpliwości… I czułości… Samozaparcia i luzu własnego, akceptacji ograniczeń fizycznych, no bo łóżkowe wygibasy w moim wykonaniu są już niestety mocno ograniczone. Nie zwisnę z żyrandola, noga słabsza dużo niż kiedyś nie pozwala na długodystansowe jeździectwo,  ręka lewa czasem wysiada, brzuch czasem przeszkadza… Ale miłość pomaga wszystko pokonać, odpowiedni partner u boku, którego zakochany wzrok dodaje skrzydeł a pożądliwe ręce pomagają na każdym kroku… Nawet pewnie nie zdaje sobie sprawy jak bardzo pomógł mi i w tym obszarze…

Reasumując… Udarowcu… Przyszykuj się na nowe wyzwania, długą walkę o orgazm, nowe ograniczenia, zaakceptuj zmiany, pokochaj nową/nowego siebie, ufaj i kochaj.. Wszystko w końcu jakoś się ułoży.  Nawet jeśli na innym boku niż dotychczas…

1 listopada – dzień zadumy choć nie nad Zmarłymi…

1 listopada…Czas wspomnień,zadumy,rozmyślań…Mnie też wzięło…

Wczoraj znów miałam okazję zweryfikować to co do tej pory myślałam o S.I znów pełno we mnie pytań o własną dotychczasową ślepotę, o uporczywe trzymanie się wiadomej choć raniącej i nie dającej szczęścia relacji, o sens tych ponad 22 lat.

Mój Syn pojechał z Ojcem do naszego rodzinnego miasta. Pobyć razem, odwiedzić groby itp. Okazało się, że także po to by pobalować. Mojego Męża niczego nie nauczyły dotychczasowe doświadczenia. Ani eskapada na zlot motocyklowy sprzed paru lat kiedy sytuacja była prawie identyczna, ani parę akcji z nastoletnim Młodym. Nadal nie nauczył się być Ojcem a nie kumplem. Jest Faderem, Wściekłym ale nie Tatą. Nigdy nie zapomnę nocy sprzed paru miesięcy, kiedy obudziłam się z płaczem i krzykiem po koszmarnym śnie i kiedy K. po uspokojeniu mnie powiedział, że gdybym tylko Go poprosiła to stanąłby przeciwko Ojcu w sądzie ale nie może bo przecież to on Go utrzymuje… Jezu, pomyślałam, jakie straszne i nieodwracalne błędy popełniliśmy w wychowaniu tego młodego człowieka, jeśli Ojciec jest dla niego portfelem… W każdym razie S. dopuścił do tego żeby Młody znieczulił się do nieprzytomności, dopuścił do eskalacji uczuć, które z płaczu i pijanego „nie zapomnij o mnie” przerodziły się w wyzwiska, inwektywy, oskarżenia i agresję fizyczną wreszcie. Potem rozdzieleni przez kumpla S. Ojciec i Syn rozstali się w pijackim niebycie. K. skończył u Bona w domu bez butów, kurtki i portfela, bez kart, dokumentów itp. a S. w hotelu bez Syna nie odbierając telefonów. Skąd to wszystko wiem? Gdyby sytuacja potoczyła się inaczej żaden z nich nigdy by się przede mną do niczego nie przyznał ale Bono zadzwonił do mnie o wpół do czwartej nad ranem chcąc zawiadomić chociaż jednego z rodziców, że ich Syn żyje i jest pod jego opieką. Cisną mi się na usta najgorsze przekleństwa. Jak można do cholery zostawić własne dziecko na ulicy w stanie totalnego upojenia alkoholowego i potem Go nie szukać? Jak można nie odbierać telefonów? Jakim trzeba być człowiekiem, jeśli w ogóle, żeby tak się zachować i następnego dnia normalnie patrzeć w lusterko?? Co stało się ze mną, że nie widziałam tyle lat jakim jest człowiekiem Mój Mąż? Na co Go stać? Co ukrywa? Kogo gra? Nic nie jest w stanie dla mnie usprawiedliwić takiego zachowania.

I to kolejna do kolekcji „tego Ci nigdy nie wybaczę” kartka z kalendarza. Zaraz obok marcowego niedzielnego wieczoru kiedy zaryczana, przerażona przyznałam się do przegrzebania telefonu S. i błagałam żeby nie wyjeżdżał, żebyśmy porozmawiali bo boję się tego co się dzieje a On ze smutnym uśmiechem pogłaskał mnie po twarzy tłumacząc, że ma bardzo ważny czas w pracy, wizytację Szefa z Francji i no po prostu nie może zostać. Po czym zamknął za sobą drzwi i pojechał pieprzyć się przed kominkiem w przepięknych górskich krajobrazach z nową miłością swojego życia. I tuż obok wielomiesięcznych licytacji prawniczych, urwania mi z alimentów 150 zł przy kilkudziesięciotysięcznych zarobkach i wciśnięcia w treść porozumienia sformułowań typu „eksmisja”…

Dlaczego akurat dziś ze mnie się to wszystko wylewa? Właśnie ze względu na czas zadumy i wspomnień. Bo blakną mi wszystkie dobre przeżycia, wszystkie dobre chwile, wszystkie wspólne radości, bo ginie mi gdzieś przekonanie, że coś jednak Nas łączyło, bo mimo coraz większej świadomości własnych błędów i dużego własnego udziału w rozpadzie Naszego małżeństwa coraz bliżej mi do nienawiści i wściekłości większej niż chwilę po Jego wyprowadzce.

Pamiętam jednak wciąż, że za coś Go pokochałam, z jakiegoś powodu wyszłam za Niego i stałam u Jego boku tyle lat. Tylko za cholerę nie mogę sobie przypomnieć co to było takiego…

A może ma rację Mój Syn mówiąc, że miłość nie istnieje. Istnieją tylko egoistyczne pobudki do tego by z kimś być. Seks, strach przed samotnością, wspólne odliczenia w PITach, łatwiejsze zaspokajanie swoich potrzeb, iluzja poczucia bezpieczeństwa, dostępniejsza pomoc domowa, towarzystwo… A jak tylko to wszystko staje się atrakcyjniejsze z kimś innym dbając o swój komfort przenosimy się bez zbędnych rozterek.

Nie chcę tak myśleć.Na prawdę nie chcę. Chcę wierzyć w Miłość, Przyjaźń, bezinteresowność, Dobro. Chcę wierzyć, że następnym razem się uda. Że, jasne, to straszne, że Nam nie wyszło, ale tym razem „nie opuszczę Cię aż do śmierci” będzie znaczyć dokładnie to co znaczy.