W sanatorium….

Jestem sobie nad morzem…Nie chciało mi się bardzo rozstawać z Tomaszkiem… Pakowanie szło mi jak po grudzie, no bo skąd miałam wiedzieć, czy pogoda bardziej w lato czy bardziej w zimę się ukierunkuje? Dziś lato… Plaża piękna, cudny drobniutki, polski piaseczek, leciutka bryza, słońce wygrzało mi policzki po raz pierwszy w tym roku… Mam zamiar cieszyć się tą wiosną, mimo obcego łóżka, prysznica z oblepiającą zasłonką, ciasnej szafy i tych wszystkich drobnych niedogodności… Szkoda tylko, że nad morze dość daleko i droga lasem piaszczysta i wyboista i potem wydma pod górę dość stromo… Z Tomkiem dziś ledwo dałam radę, sama nie zaryzykuję… A przecież kocham słony zapach morza i jego szum mnie bardzo uspokaja… Mogłabym przy takiej pogodzie długie godziny spędzać na plaży… Tak sobie dziś myślałam, że będąc tutaj jako zdrowa osoba byłabym najszczęśliwsza na świecie, wiosną, nad ukochanym morzem, ze świergotem ptaków w pobliskim lesie… Przecież kocham takie klimaty… Żal tylko, że ograniczenia cielesne jeszcze nie pozwalają na zupełną swobodę… Chyba jednak szukając miejsca na naszą tegoroczną podróż poślubną trochę zaostrzę kryteria żeby rzeczywiście była to nasza podróż marzeń… Hotel 18+,do plaży bliżej niż dalej… Pokój z widokiem na morze czy ocean… Wolę chyba zapłacić więcej za te małe luksusy… Skoro to nie będzie Bali niech będzie chociaż memu ciału wygodniej…

Reklamy

Śmierć nadejdzie jutro….

Zaleciało Bondem… Może dlatego, że dopiero co obejrzałam ponownie Spectre. Błękitnooki Niepokonany Blondyn znów uciekał przed śmiercią właśnie…

Ale nie o filmowy kontekst mi dziś chodzi tylko ten najprostszy, ludzki..  Moja Babcia umiera… Tzn. w przypadku Ziuty nic nie jest pewne. Aktorka, której życiową rolą jest udawanie kogoś innego w innej rzeczywistości, z inną przeszłością…jutro może podnieść się z łóżka i stwierdzić, że to jeszcze nie jej czas. Jednak kruchość i chudość jej ciała, bladość zapadniętych policzków, świszczący ciężki oddech, zamglone nieprzytomny nierozpoznające nas spojrzenie świadczą raczej o powolnym odchodzeniu. Odmawia jedzenia, czasem leków, Woła swoją zmarłą dawno mamę, choć nadal bluźni i przeklina swoją jedyną córkę, która chyba nigdy nie spełniała jej oczekiwań… Że wyrzuciła, porzuciła, okradła… Modliłam się wczoraj o śmierć dla Niej… Leżąc nieprzytomnie w dusznym zaciemnionym pokoju w domu opieki i tak już niczego innego oczekiwać nie może… Smutne to..  Pomimo iż nie ma we mnie miłości do Babci, typowych uczuć wnuczki żadnych, jest niechęć i żal za jej wredny charakter, obrażanie, kłamstwa itp Jednak wizja ostateczności łagodzi te uczucia i nawet przytuliłam Ją wczoraj tak od serca i ze współczuciem. Miała ciężkie życie to prawda.. Utrata bliskich w czasie wojny, roboty w Niemczech, trudne małżeństwo, rozwód, samotne macierzyństwo… Plus lodowate serce, brak macierzyńskich uczuć serdecznych, złośliwe docinki, zazdrość szczęścia innych… Ojcu mojemu już w chorobie powiedziała, że to kara za grzechy… Nawet mnie to do głowy nie przyszło…. Teraz zamknięta w czterech ścianach własnego ciała i umysłu odchodzi przekonana o własnej krzywdzie, zapieczona w złości i może nawet nienawiści… Zatruwając nawet te ostatnie chwile swojej córce i zostawiając ją w świadomości niekochania i niesprawiedliwych oskarżeń…. Nawet Śmierć jej nie potrafi przekonać… Smutne…

Niezwyczajna zwyczajność…

Wieczór… Siedzimy sobie obok siebie na kanapie , każde ze swoim laptopem na kolanach, każde ze słuchawkami na uszach, Tomaszek oglada serial na Netfliksie, ja słucham audycji Kaja i skończyłam pisać to cholerne odwołanie….Qrczę jak fajnie… Niby nic… Zwyczajny wieczór w domu dwojga dorosłych ludzi… Słone orzeszki, winogrona, ciepła herbata z imbirem i Jego zapach, Jego ciepło…. Mój Facet ❤

Ku większemu optymizmowi…

Mam ostatnio okazję do weryfikowania stanu swojego poudarowego zdrowia z innymi udarowcami. Co prawda głównie wirtualnie ale zawsze. Dziewczyna, którą nazwałam udarową siostrą, sprowokowana naszą wymianą zdań na ten temat napisała genialny tekst, który mną dość mocno wstrząsnął , na tyle mocno, że zebrałam dziś dupę w troki z wyra przed południem ( jest czego gratulować, uwierzcie) z zamiarem zrobienia czegoś pożytecznego. Zaczynam od tego wpisu, żeby mi nie uleciało to co mi się w głowie kłębi, potem będzie odwołanie do Powiatowego Zespołu ds. Orzekania o Niepełnosprawności – dostałam stopień lekki tyle, że nic mi on nie daję więc spróbuję jeszcze powalczyć, potem będzie spacer po przesyłkę do paczkomatu – przyjechały ślubne ozdoby samochodu (!!), potem będzie odkurzanie, obiad już w piekarniku, a potem będę czekać na zaproszenia, które dziś mają dowieźć – a więc niedługo będę wysyłać!! Kręcą mnie te wszystkie drobne przygotowania do ślubu bardzo….

Ale do rzeczy… Oto link do wpisu lewaczki

http://lewaczka.pl/opinia-innych-cie-widza-cie-widza/

Poczytajcie trochę, to bardzo mądra dziewczyna jest…

I w związku z tym – taa… no przecież wiem, że zrobiłam postępy, że jest o niebo lepiej niż było albo mogło być. że w końcu poruszam się sama i choć nadal dość szybko się męczę, to tak naprawdę muszę przyznać, że w tej chwili najbardziej dokucza mi jednak ociężałość umysłowa i jakaś taka wewnętrzna niechęć do jakiegokolwiek działania… Spać mogłabym prawie non stop – co z resztą czynię jak tylko Tomaszek wyjeżdża w delegację, Netflix jest ostatnio jedyną rozrywką, aż się zastanawiam czy jednak się go nie pozbyć…. Chciałabym żeby los po raz kolejny zmusił mnie do jakiegoś wysiłku, marzę o tym, żeby firma jednak nie zakończyła działalności i żebym miała gdzie i do czego wracać. Stać się znów przydatna, pożyć życiem innym, służbowym, wyjechać w jakąś delegację, pójść na służbowe spotkanie w większym gronie, musieć ubrać się w koszulę i umalować…Znów przekonać się, że są rzeczy w których jestem dobra….

Chciałam wkleić filmik z rehabilitacji, jeszcze w szpitalu, krótko po udarze, jeszcze w pampersie, z Olą ćwiczącą trochę za mnie. Ku pamięci i pokrzepieniu…Niestety bezpłatna subskrypcja nie pozwala na udostępnianie filmów więc…

może link do posta na fejsie?

https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=1626910637345765&id=100000805347005

 

 

 

 

Seks po udarze…

Pomysł na ten post  zaczerpnęłam z bloga lewaczki, o którym już wspominałam. Nazwałam ją nawet swoją udarową młodszą siostrą. Żałuję, że na żywo nie mam kontaktu z udarowcami, chciałabym czasem wymienić się doświadczeniami, poradzić lub doradzić. Ktoś, kto przeżywa udar nie wiedząc o nim nic ponad to, co przemknie w tv czy necie jest bardzo zagubiony i takie udarowe rodzeństwo mogłoby bardzo pomóc. Tak myślę… Mnie pomaga…

Ale do rzeczy.. Ci co mnie znają osobiście ale również Ci, co mnie czytają od jakiegoś czasu wiedzą, że seks miał dla mnie zawsze duże znaczenie. Oczywiście wiele lat błądziłam i myliłam pojęcia, drogi, cele… A gdy w końcu odnalazłam sens i właściwy dla siebie sposób nie było mi dane zbyt długo się tym cieszyć. Udar zatrzymał mnie również i na tej drodze. Spotkanie Tomka, o czym już tu nie raz pisałam pokazało mi czym może być seks pomiędzy dwójką dorosłych kochających się i ufających sobie osób. Że nie musi być wyścigiem, manipulacją, środkiem, lecz celem samym w sobie, rozmową, kontynuacją uczucia… Oczywiście to, że może być świetną zabawą wiedziałam już wcześniej. Ale nigdy wcześniej nie czułam takiego luzu i beztroski. Zawsze miałam w głowie to jak wyglądam, czy jestem wystarczająco wydepilowana, czy dane światło odpowiednio mnie rzeźbi, czy bielizna jest wystarczająco seksowna. .. Nawet pierwsze doświadczenia z Michałem pomimo oczywistego zakochania były formą walki i wyścigu. Jak ja potrafiłam się wściekać nie dostając tego, czego chciałam. Nasze seksualne porażki wpłynęły na całe moje późniejsze seksualne życie… Tak samo jak doświadczenie molestowania… Z perspektywy czasu bardzo żałuję straconych lat także w tym obszarze. Tych gigantycznych nerwów, stresu, obaw, kłamstw, gierek… Seks z byłym mężem mimo tego, że zawsze mówiłam, że był udany, też był jakąś formą walki między nami… Szczególnie ten ostatni, akt żebrania o miłość w obliczu końca… Robi mi się cholernie przykro jak pomyślę ile w nim było rozpaczy i przerażenia…

Ale wróćmy do udaru… Ponieważ doznałam udaru podczas seksu jakiekolwiek nasze wyczyny seksualne po przerażały mnie wizją powtórki. Mimo iż ciało domagało się pieszczot i dotyku strasznie bałam się pójść na całość. Dlatego np pierwsza przepustka ze szpitala to była „tylko” jedna wielka czułość. Ale z naszymi temperamentami nie wytrzymalismy długo w zupełnym celibacie. Co prawda lodowate sale i łazienki szpitala w Piaskach nie sprzyjały zbytnio ale postanowiłam, że jakiekolwiek pierwsze seksualne doświadczenia po udarze muszą odbyć się na bezpiecznym gruncie z szybkim i bezpośrednim dostępem do lekarzy i sprzętu, na wszelki wypadek. Potem wspinałam się po schodach na 4 piętro bo ktoś powiedział, że z seksem po udarze jest jak po zawale, jak wejdziesz po schodach na 4 piętro i nie umrzesz to potem już Ci wolno go uprawiać..Weszłam zatem… Hulaj dusza… A właściwie ciało… No i zaczęły się schody ale nieco inne.. Okazało się, że udarowy strzał naruszył nie tylko to co widoczne na zewnątrz. Wszystkie moje mięśnie po lewej stronie zostały osłabione. No i trzeba było się nauczyć innych dróg i sposobów na satysfakcję. Od zawsze byłam kobietą potrzebującą dużo czasu i starań. Po udarze potrzebuje jeszcze więcej. . I cierpliwości… I czułości… Samozaparcia i luzu własnego, akceptacji ograniczeń fizycznych, no bo łóżkowe wygibasy w moim wykonaniu są już niestety mocno ograniczone. Nie zwisnę z żyrandola, noga słabsza dużo niż kiedyś nie pozwala na długodystansowe jeździectwo,  ręka lewa czasem wysiada, brzuch czasem przeszkadza… Ale miłość pomaga wszystko pokonać, odpowiedni partner u boku, którego zakochany wzrok dodaje skrzydeł a pożądliwe ręce pomagają na każdym kroku… Nawet pewnie nie zdaje sobie sprawy jak bardzo pomógł mi i w tym obszarze…

Reasumując… Udarowcu… Przyszykuj się na nowe wyzwania, długą walkę o orgazm, nowe ograniczenia, zaakceptuj zmiany, pokochaj nową/nowego siebie, ufaj i kochaj.. Wszystko w końcu jakoś się ułoży.  Nawet jeśli na innym boku niż dotychczas…

Siepomaga.pl… Czyli kasa i jej magiczne właściwości…

Facebook mi dziś pokazał zbiórkę na Tymka, na którego ostatnio zbiera pół Poznania. Kiedy przeczytalam wpis jego rodziców bez zastanowienia przelałam te symboliczne 50 złotych. Choroba dziecka, która stawia przed koniecznoscią zebrania w chwil parę 200 tysięcy euro grożąc w przypadku fiaska jego śmiercią to coś co zawsze mnie przerażało. Od razu myślę o swoim pomyśle sprzed paru miesięcy żeby zorganizować zbiórkę na swoją rehabilitację. No bo przecież miesiąc  w miesiąc brakuje mi kasy i Tomaszek staje się moim sponsorem. W takich chwilach za każdym razem wściekam się  na siebie za jakże lekkomyślne rozporządzenie odszkodowaniem z ubezpieczenia. Co prawda dobrze wiem, że riskowe sukienki poprawiły i nadal poprawiają mi skutecznie samopoczucie (przynajmniej dopóki jeszcze się w nie mieszczę 😉 ale jednak zupelnie inaczej rozplanowałabym wydatki wiedząc jak dlugo będę wracać do formy. Nie zapominajmy przecież, że wychodząc ze szpitala w Piaskach 8 marca (zaraz mija rok) pewna byłam, że w maju już wrócę do pracy… A tak mam świadomość, że robię niezbędne minimum. Bo przecież mogłabym fundnąć sobie jakieś fizjoterapeutyczne zabiegi wzmacniające tą felerną kostkę czy krioterapię, która działała przeciwbólowo na ramię czy chociażby poodwiedzać jeszcze parę razy przesympatycznego specjalistę od takich urazów w Ortopie. Prawda jest jednak okrutna – przede wszystkim moglabym sama do jeszcze większego wysiłku się zmuszać a nie czekać na wizytę Oleńki i jej zbawienny wpływ na mnie…

Mózgowa pauza…

Mózg mi wcisnął hamulec i popuszcza lekko pozwalając jedynie na podstawową fizjologię i ew. nałogowe oglądanie seriali na Netfliksie. Jakikolwiek umysłowy wysiłek wydaje się całkowicie niemożliwy. Tkwię w klatce własnego lenistwa i przesilenia wiosennego. Nawet tutaj ciężko mi odnaleźć i sformułować wlasne myśli.