lato, wakacje,czyli o czym by tu ? ;)

MajorkaLato w połowie… Podróż poślubna minęła mignięciem jakimś… Majorka… Luksusowo brzmi, luksusem może nie było w odczuciu moim ale było super… Początkowe warkoty nasze, spowodowane niewyspaniem,  przemęczeniem, problemem z przestawieniem się w tryb urlopowy, minęły na szczęście i mogliśmy cieszyć się sobą i okolicą i klimatem… Polecam tę wyspę gorąco! Nawet w największym upale funkcjonować można znośnie, plaże piaszczyste, woda przeźroczysta, drogi bardzo dobre, widoki przepiękne, jedzenie…mniam… Drogo? A i owszem tanio nie jest… Ale to nie miał być tryb spędzania tanich wakacji… Słony smak na ustach, morska bryza we włosach, Zacytuję Wam swój fejsbukowy wpis dla lepszej ilustracji nastrojów moich:

„Od jakiegoś czasu nie wstydzę się przyznać, że bardziej niż zabytkowe kościoły i muzea pociągają mnie w obcych krajach wrażenia… Smakowe, zapachowe, dźwiękowe… Zapach słonej bryzy morskiej, spalonej słońcem skóry, rozgrzanego piasku… Szum fal i palm…. Zapach obcych miast, mieszanka spoconych turystów, czasem kanalizacji, ekskluzywnych perfum, smażonych owoców morza… To jest dla mnie kwintesencja wakacji… Ten specyficzny zapach ciepłych krajów będący mieszanka tego wszystkiego… Smak cieknącego sokiem po brodzie świeżo pokrojonego mango. I ananasa… Wprost na plaży… Plasterki zimnego kokosa….grillowana ośmiornica, która w Polsce nigdy nie smakuje aż tak dobrze… Pierzaste liście palm na błękitnym niebie… Brzęk bransoletek na kostkach… Melodia obcego języka…. Świadomość bezkarnej anonimowości… Język angielski, którym nagle porozumiewam się bez zahamowań i obaw, że coś pomylę… Ciepły wieczorny deszcz zaskakujący nas nad basenem po kolacji… Delikatny wiatr na nagich piersiach bo w końcu mogę opalać się topless… Swoboda jaką czuję w wodzie, na chwilę zapominam o ograniczeniach ciała… Dziękuję za to wszystko… Komu? Bogu, samej sobie, ukochanemu, losowi… Odczuwam głęboką wdzięczność…”.

No własnie… Permanentnie odczuwam ostatnio wdzięczność i szczęście.. I miłość oczywiście… Ale taka szerzej pojętą , nieograniczona jedynie do Małżonka mego Ukochanego… Aż czasem się boję to stracić…

 

Reklamy

Małżeństwo..

 

Ponad tydzień już minął.Od tego wyczekanego ale i wystrachanego dnia. I co? W sumie żal,że już po… Bo było cudnie. Radośnie, ciepło, z pewnością, z uśmiechem nie schodzącym mi z twarzy, z trzymaniem się za rękę, z pocałunkami, głaskaniem wzajemnym, patrzeniem w oczy, krzykiem wewnętrznym „Tak!! Wreszcie!!”. Oczywiście  były też zgrzyty, Mama , która strofowała, że od uśmiechu takiego robią się zmarszczki,że zrób, że powiedz, że usiądź, że stań, że… FUCK! odczep się babo! Siostrzycy mej przysrała jakby sama figurą łani chwalić się mogła, czepialska kobieta, wiem, że nie specjalnie złośliwa jest, niestety mam po niej te zagrania, wobec Kaja szczególnie, qrczę chciałabym przestać i nauczyć się kochać Syna po prostu…. Bez wymówek, przynajmniej tak jak On to odbiera… trudne są kontakty dziecięco-rodzicielskie…. Waga przywiązywana do wyglądu własnego i cudzego, do tego co wypada i co przystoi… To odziedziczyłam po Mamie i z tym staram się walczyć… Panna Młoda w conversach, w lawendowej ramonesce, bez ślubnego bukietu, śmiejąca się od ucha do ucha, przytulająca gości  nie tylko całym sercem ale i całą sobą…. To nijak się miało do jej wizji… Ale za to było spełnieniem wizji mojej! Czułam się piękna aczkolwiek obszerna nieco… Genialny makijaż i fryzura dzięki Kasi, sama zadbałam o każdy lawendowy detal  stroju i wystroju i dumna z tego byłam na swój sposób… Tomaszek wyglądał mega przystojnie, patrząc na Niego tez czułam dumę choć lekki niedowiarek w środku mnie szeptał ” Jakim cudem Nam udało się spotkać i tak się nawzajem uszczęśliwiać?” Ucieszyli mnie bardzo wszyscy, którzy dotarli na ślub a rozczarowali Ci, których zabrakło.. Oczywiście rozumiem czemu zagranica nie przyleciała ale czemu nie dojechała Łódź i tyle znajomych z Poznania nas olało? Wiedzieli tyle miesięcy wcześniej, gdyby im zależało postarali by się i poprzekładali nieco plan dnia, wygospodarowali tą godzinę… Cóż, kolejna nauczka na przyszłość… Wiemy przynajmniej dla kogo ważni jesteśmy… I tego będziemy się trzymać. Żal też ,że wieczorem więcej ludziów nie wpadło na torta i lawendową lemoniadę.  Ale ucieszyła mocno obecność Anity z Młodymi, dysfunkcja oczywiście choć w niepełnym składzie, Monia, Oleńka z przyszłym małżonkiem …. Zmęczenie zaczęło mnie dopadać już przed 22gą, stres odpuścił, tygodnie przygotowań opadły mgłą na mózg…. Noc poślubna przespana snem twardym przy boku i w dotyku Męża ukochanego… Kawa rano wypita w prezentowych kubkach, wspólne czytanie życzeń, liczenie kasy, rozpakowywanie prezentów… Fajnie przeżywać to jako osoba dorosła, świadomie bardziej dużo niż te 20 parę lat temu… Właśnie… Przykro mi jest, ze Były nawet maila ani sms-a z życzeniami nie napisał… Czemu? Specjalnie? Wiedząc, że mnie to zaboli? Kij mu w tyłek… A codzienność poślubna może i nie różni się od tej przed niczym więcej niż jeszcze większą moją radością codzienną, błyskiem obrączki na palcu i mnóstwem formalności do załatwiania… No i podróżą poślubną, w którą za dni parę polecimy… W upale hiszpańskiego słońca i morza Śródziemnego wygrzewać nasze małżeńskie stadło… I wspomnienia kolekcjonować kolejne…. Jestem wdzięczna, że jest mi dane doświadczać tego wszystkiego….

Back to work

Wczoraj wróciłam do pracy…541 dni po udarze…Pomimo znanych warunków, oswojonej już po przeprowadzce firmy nowej lokalizacji, najwspanialszego Szefa pod słońcem, stresowałam się mocno… Żołądek zwinięty w kulkę nie przyjmujący za bardzo pożywienia, obowiązkowa wizyta w toalecie, lekki ciężar w klatce- organizm sam dawał znać o stresie… Pan Romuald musiał wyjechać tego dnia w delegację i jak się okazało zestresowany nie mniej ode mnie poprosił, żeby Tomasz przyjechał do mnie i pracował w naszym biurze, żebym nie była sama 🙂 Co oczywiście mój Najlepszy na świecie Narzeczony uczynił niezwłocznie. 8 godzin zleciało wyjątkowo szybko, nawet nie zdążyłam pomyśleć o znużeniu czy senności pomimo wczesnej pobudki… Zaległości, papiery, aktualizacja kalendarza, chęć uporządkowania wszystkiego po swojemu… Dopiero wieczorem mózg dał znać o zmęczeniu i spowolnił reakcje… Dziś już pod bezpośrednim nadzorem Szefa ogarniam dalej służbową rzeczywistość znajdując chwilę na ten wpis… W sumie dobrze, że jest co nadganiać bo bieżących obowiązków w związku z mocnym ograniczeniem działalności zbyt dużo mieć nie będę…

Po pracy pędzę odebrać ślubną sukienkę… Bo to w końcu już za 23 dni ten Wielki Dzień!! Jeszcze muszę dać do zmniejszenia obrączkę bo jak się okazało palce odwrotnie proporcjonalnie do reszty mego boskiego ciała zmniejszyły swój obwód 😉

Poza zbliżającym się ślubem i powrotem do jako tako normalnego społecznego funkcjonowania nic więcej na razie nie zaprząta moich myśli… Może jeszcze podróż poślubna i konieczność wplecenia w mój nowy harmonogram tygodnia rehabilitacji z Oleńką czy wizyt lekarskich… Skończyła się całodniowa dyspozycyjność!

W sumie pomimo wrodzonego i nabytego podczas rekonwalescencji lenistwa cieszę się, że życie zmusiło mnie do powrotu.

 

W sanatorium….

Jestem sobie nad morzem…Nie chciało mi się bardzo rozstawać z Tomaszkiem… Pakowanie szło mi jak po grudzie, no bo skąd miałam wiedzieć, czy pogoda bardziej w lato czy bardziej w zimę się ukierunkuje? Dziś lato… Plaża piękna, cudny drobniutki, polski piaseczek, leciutka bryza, słońce wygrzało mi policzki po raz pierwszy w tym roku… Mam zamiar cieszyć się tą wiosną, mimo obcego łóżka, prysznica z oblepiającą zasłonką, ciasnej szafy i tych wszystkich drobnych niedogodności… Szkoda tylko, że nad morze dość daleko i droga lasem piaszczysta i wyboista i potem wydma pod górę dość stromo… Z Tomkiem dziś ledwo dałam radę, sama nie zaryzykuję… A przecież kocham słony zapach morza i jego szum mnie bardzo uspokaja… Mogłabym przy takiej pogodzie długie godziny spędzać na plaży… Tak sobie dziś myślałam, że będąc tutaj jako zdrowa osoba byłabym najszczęśliwsza na świecie, wiosną, nad ukochanym morzem, ze świergotem ptaków w pobliskim lesie… Przecież kocham takie klimaty… Żal tylko, że ograniczenia cielesne jeszcze nie pozwalają na zupełną swobodę… Chyba jednak szukając miejsca na naszą tegoroczną podróż poślubną trochę zaostrzę kryteria żeby rzeczywiście była to nasza podróż marzeń… Hotel 18+,do plaży bliżej niż dalej… Pokój z widokiem na morze czy ocean… Wolę chyba zapłacić więcej za te małe luksusy… Skoro to nie będzie Bali niech będzie chociaż memu ciału wygodniej…

Niezwyczajna zwyczajność…

Wieczór… Siedzimy sobie obok siebie na kanapie , każde ze swoim laptopem na kolanach, każde ze słuchawkami na uszach, Tomaszek oglada serial na Netfliksie, ja słucham audycji Kaja i skończyłam pisać to cholerne odwołanie….Qrczę jak fajnie… Niby nic… Zwyczajny wieczór w domu dwojga dorosłych ludzi… Słone orzeszki, winogrona, ciepła herbata z imbirem i Jego zapach, Jego ciepło…. Mój Facet ❤

Ku większemu optymizmowi…

Mam ostatnio okazję do weryfikowania stanu swojego poudarowego zdrowia z innymi udarowcami. Co prawda głównie wirtualnie ale zawsze. Dziewczyna, którą nazwałam udarową siostrą, sprowokowana naszą wymianą zdań na ten temat napisała genialny tekst, który mną dość mocno wstrząsnął , na tyle mocno, że zebrałam dziś dupę w troki z wyra przed południem ( jest czego gratulować, uwierzcie) z zamiarem zrobienia czegoś pożytecznego. Zaczynam od tego wpisu, żeby mi nie uleciało to co mi się w głowie kłębi, potem będzie odwołanie do Powiatowego Zespołu ds. Orzekania o Niepełnosprawności – dostałam stopień lekki tyle, że nic mi on nie daję więc spróbuję jeszcze powalczyć, potem będzie spacer po przesyłkę do paczkomatu – przyjechały ślubne ozdoby samochodu (!!), potem będzie odkurzanie, obiad już w piekarniku, a potem będę czekać na zaproszenia, które dziś mają dowieźć – a więc niedługo będę wysyłać!! Kręcą mnie te wszystkie drobne przygotowania do ślubu bardzo….

Ale do rzeczy… Oto link do wpisu lewaczki

http://lewaczka.pl/opinia-innych-cie-widza-cie-widza/

Poczytajcie trochę, to bardzo mądra dziewczyna jest…

I w związku z tym – taa… no przecież wiem, że zrobiłam postępy, że jest o niebo lepiej niż było albo mogło być. że w końcu poruszam się sama i choć nadal dość szybko się męczę, to tak naprawdę muszę przyznać, że w tej chwili najbardziej dokucza mi jednak ociężałość umysłowa i jakaś taka wewnętrzna niechęć do jakiegokolwiek działania… Spać mogłabym prawie non stop – co z resztą czynię jak tylko Tomaszek wyjeżdża w delegację, Netflix jest ostatnio jedyną rozrywką, aż się zastanawiam czy jednak się go nie pozbyć…. Chciałabym żeby los po raz kolejny zmusił mnie do jakiegoś wysiłku, marzę o tym, żeby firma jednak nie zakończyła działalności i żebym miała gdzie i do czego wracać. Stać się znów przydatna, pożyć życiem innym, służbowym, wyjechać w jakąś delegację, pójść na służbowe spotkanie w większym gronie, musieć ubrać się w koszulę i umalować…Znów przekonać się, że są rzeczy w których jestem dobra….

Chciałam wkleić filmik z rehabilitacji, jeszcze w szpitalu, krótko po udarze, jeszcze w pampersie, z Olą ćwiczącą trochę za mnie. Ku pamięci i pokrzepieniu…Niestety bezpłatna subskrypcja nie pozwala na udostępnianie filmów więc…

może link do posta na fejsie?

https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=1626910637345765&id=100000805347005

 

 

 

 

Kinematografia, czyli o wpływie filmów…

Kocham kino.Uwielbiam oglądać filmy, zarówno w kinie, po ciemku, z popcornem i tajemniczymi odgłosami z widowni, jak i w domu, na tv czy laptopie… oglądam namiętnie, nie tylko wielkie, oskarowe produkcje, nie tylko mądre, z przesłaniem, lubię też tandetne komedie, ckliwe romansidła, banalne tematy i mało odkrywcze ujęcia…mogłabym spędzać w kinie każdą wolną chwilę… Oczywiście najwspanialej jest gdy reżyser jest najwyższych lotów, aktorzy wprost z oskarowej czołówki, scenariusz stworzony przez mistrza pióra, a za kamerą stoi Artysta. Gdy historia prowadzi nas za sobą, a my nie możemy się doczekać rozwoju akcji… Dziś obejrzałam „Chemię’… Historia oparta na faktach, które większość nas zna z gazet, wzruszająca opowieść o normalności wobec wyroku śmierci, o sile miłości, o sile w ogóle… Od czasu choroby na tego typu filmy patrzę inaczej… Potrafię się utożsamić, nie ma we mnie dystansu, pomimo tego, że jednak moja historia jest raczej lżejszego kalibru. Czasem , jak dziś, czuję złość na samą siebie, że jestem tak leniwa, tak mało konsekwentna, tak rozciapana, tak ciężko mi samą siebie zmobilizować, zmusić do jakiegokolwiek wysiłku… Jeszcze teraz, kiedy Tomek w delegacji, bez Jego towarzystwa, Jego motywacji, robienia pewnych rzeczy razem, nie potrafię ruszyć tyłka spod kołdry…. A przecież są ludzie dużo bardziej dotknięci przez życie, przez choroby, doświadczeni dużo ciężej, bardziej zmęczeni, mniej sprawni Chciałabym jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki obudzić się jutro naładowana jak bateryjka Duracella, żeby robota paliła mi się w rękach…. Sprzątanie, prasowanie, układanie książek i pościeli, mycie okien, a na koniec dnia radosny marsz na siłownię…

A do tego jeszcze ta fura wątpliwości, które ostatnio ogarniają mnie przy byle okazji… A to prezent nie ten , kupiony jak zwykle pod wpływem nagłego impulsu, pozbawiony rozsądku i nie przemyślany…. A to rzucone przez Syna podczas rozmowy telefonicznej zdanie-szpilka, a to perspektywa utraty pracy, słowotok myślowy atakuje mnie co wieczór tuż po zgaszeniu światła…Jedynie ciepły dotyk Ukochanego daje chwilę wytchnienia, rozmowa z nim, spokojny ton Jego głosu, opiekuńczy uścisk Jego ramion… Chyba uzależniłam się…