Gdzieś tam jest strach…

Idąc dziś do pracy i rozmyślając jak zwykle o milionie różnych rzeczy skonstatowałam z niepokojem ( uwielbiam to słowo a na co dzień nie mam za bardzo gdzie go używać więc wybaczcie ;), że niedługo moje drugie udarowe urodziny. Niestety będę wtedy sama, może poproszę Kaja żeby wpadł dotrzymać mi towarzystwa. Dlaczego z niepokojem? Bo wciąż pamiętam, że 5 lat po udarze to taki newralgiczny okres i że po pierwszym wzrasta ryzyko drugiego. Bo pomimo, iż przestrzegam na ogół zaleceń lekarzy ( no może z pominięciem ograniczania spożywania cukru) i generalnie głowa nie boli zbyt często a nawet jeśli zaboli to już nie panikuję, tak samo jak nie reaguję paniką na drętwienia lewej strony ciała, skóry w szczególności, które jeszcze mi się zdarzają, to jednak boję się właściwie cały czas choć nie pozwalam strachowi mną zawładnąć i nawet czasem o nim zapominam. Tyle kosztował mnie powrót do aktualnej formy… Tyle bólu, cierpienia, łez, rozpaczy, takiego zaangażowania ze strony najbliższych wymagała moja choroba, tak bardzo ograniczyła moją samodzielność, że przeraża możliwość powtórki… Pozostaje tylko mieć nadzieję, dbać o siebie i modlić się chwile przed zaśnięciem o łaskę….

Reklamy

Kolejny dołek. Który już to??

Spadło mi coś samopoczucie. Nagły spadek fizycznej formy, wyjazd Tomasza, trudny logistycznie tydzień przede mną.. To wystarczyło żebym nie chciała wyjść spod kołdry. Tak mnie czasem wqur..za ten stan, niby ćwiczę, niby pracuję ale właśnie wszystko jakieś takie na niby. Brak mi znów energii i zapału, znów dopada myślenie „a po co to wszystko? Przecież i tak nic się nie zmienia od miesięcy..”. Wiem, wiem, marudzę jesiennie, roztkliwiam się nad sobą dziecinnie, użalam się zapominając jakie miałam i mam szczęście… Nie lubię jak Tomek wyjeżdża, uwielbiam być z nim, daje mi poczucie bezpieczeństwa, oparcie w każdej chwili, uspokajająco uzależniającą świadomość, że przy nim mogę wszystko a nawet jeśli nie to i tak nic strasznego się nie stanie…. Qrczę jak pomyślę o sobie z czasów dzieciństwa Kaja to mam wrażenie, że ktoś mi podmienił wspomnienia. Trudno uwierzyć, że byłam tak samodzielna i niezależna w swej świadomości. Trochę mnie przeraża moja aktualna zależność od Najdroższego Męża mego… Psychiczna zależność. Chyba muszę o tym pogadać na terapii…

Mam szczęście do ludzi…

A konkretnie do spotykania fajnych ludzi… Zaraz zaraz pisałam już o tym? Czemu mnie teraz naszło?? Moja cudotwórczyni Ola, dzięki której wstałam po udarze i która od półtora roku zmusza mnie do rzeczy, o które sama siebie nigdy nie posądzałam. I jeszcze podsyła mi różne okazje i pomysły żebym mogła jak najlepiej się rehabilitowac, niekoniecznie za gruby hajs..  Dobre dziecko, cudna przyjaciółka w chorobie, qrcze gdyby nie udar pewnie byśmy się nie poznały, w końcu różnica wieku, różne środowiska.. Zachwyca mnie jej bezinteresowność i chęć pomocy. Moja dysfunkcja ukochana, z którą spotkania od zawsze napełniają mnie optymizmem i radością. Mariusz, mój przyjaciel chyba najdłuższy stażem, życie nas od siebie daleko rzuciło, na inne kontynenty, na szczęście udaje nam się czasem spotkać, najczęściej na starych śmieciach. Spędziliśmy w sobotę parę cudownych godzin, na rozmowie, jedzeniu, żartach.. Bardzo cieszę się, że znaleźli z Tomaszem wspólny język… Nigdy nie zapomnę wsparcia, które mi dawał w tym felernym roku… Mnóstwo bezimiennych osób na mojej drodze, opiekuńczych sąsiadów, miłych urzędniczek, współpasazerów miejskiej komunikacji, współkolejkowiczów w lekarskich poczekalniach, fizjoterapeuci ze wszystkich odwiedzonych przeze mnie instytucji, nie doceniani nawet przez pacjentow, kiepsko wynagradzani, zmęczeni a jednak niosący ratunek, psycholożki moje wszystkie, pomogły mi bardzo na każdym etapie, powoli uwalniam się spod ich opiekuńczych rąk, większość spotykanego przeze mnie personelu medycznego, pielęgniarek, lekarek… Oczywiście są też tacy, na których się zawiodłam, poczułam się skrzywdzona niesprawiedliwie, których odejście z mojego życia do tej pory mnie zasmuca… Ale nie mam zamiaru w ludzi wątpić, będę się do nich nadal uśmiechać, zagadywać, szukać nici porozumienia, wspólnoty… W końcu kocham ludzi. I mam to po Tacie…

Nie wiem jaki wybrać tytuł bo jeszcze nie wiem o czym będzie ten wpis. Miał zacząć się od pytania: Jak Wy zaczynacie swój dzień? Ja od leków. Nawet jak wstanę zmuszona fizjologicznie o 3 w nocy lecę połknąć Euthyrox bo wyczytałam gdzież, że nie dość, że na czczo to jeszcze 4 godziny przed innymi lekami… Po odespaniu jeszcze paru godzin jedną ręką nastawiam kawę a drugą skrupulatnie pakuje w pudełeczko pastylki różnokolorowe i różnowielkościowe. Kończę połykanie ich już w pracy bo staram się nie wszystkie naraz, zatkało by mnie przecież jak już nieraz bywało…. Ilość ich znów ostatnio wzrosła, po infekcji więcej suplementów, Koenzym Q10 i magnez, biotyna na znów wypadające włosy, przy ostatnich ciągłych bólach głowy dodana dawka dzienna Baclofenu plus jakiś niesterydowy przeciwzapalny…Głowa zamknięta w obręczy ucisku od dwóch prawie tygodni non stop ciąży opadając,  czasem dochodzi ból nad brwiami, czoło ściska jakoś, czasem na uszy się rzuca tracąc jakby słuch w jednym, boję się tego bólu nie uspokojona wcale słowami przystojnego neurologa, że to napięciowy ból i nie ma oznak czegoś groźniejszego… Ciało znów mi jakieś sygnały daje, ze coś mu nie pasuje… Osłabione, kobieco-hormonalnie szaleje, skóra pokrywa się jakąś wysypką, egzemą pomiędzy palcami… Obawiam się, że 8 godzin za biurkiem, przy kompie, niekoniecznie zapracowane bo czasem zajęcia służbowego brak i nadrabiam zabijając czas kolejnymi wpisami na bloga czy dobieraniem motylków w pary, otóż obawiam się, że zmusi mnie ciało do skrócenia czasu pracy… Nie wiem jak rozegrać sprawę wynagrodzenia bo przecież ilość obowiązków pozostanie ta sama… Czekam jeszcze jak na zlitowanie na decyzję Sądu i ocenę powtórną mojej niepełnosprawności… Może uda się urwać oficjalnie godzinę z etatu…

 

Back to work

Wczoraj wróciłam do pracy…541 dni po udarze…Pomimo znanych warunków, oswojonej już po przeprowadzce firmy nowej lokalizacji, najwspanialszego Szefa pod słońcem, stresowałam się mocno… Żołądek zwinięty w kulkę nie przyjmujący za bardzo pożywienia, obowiązkowa wizyta w toalecie, lekki ciężar w klatce- organizm sam dawał znać o stresie… Pan Romuald musiał wyjechać tego dnia w delegację i jak się okazało zestresowany nie mniej ode mnie poprosił, żeby Tomasz przyjechał do mnie i pracował w naszym biurze, żebym nie była sama 🙂 Co oczywiście mój Najlepszy na świecie Narzeczony uczynił niezwłocznie. 8 godzin zleciało wyjątkowo szybko, nawet nie zdążyłam pomyśleć o znużeniu czy senności pomimo wczesnej pobudki… Zaległości, papiery, aktualizacja kalendarza, chęć uporządkowania wszystkiego po swojemu… Dopiero wieczorem mózg dał znać o zmęczeniu i spowolnił reakcje… Dziś już pod bezpośrednim nadzorem Szefa ogarniam dalej służbową rzeczywistość znajdując chwilę na ten wpis… W sumie dobrze, że jest co nadganiać bo bieżących obowiązków w związku z mocnym ograniczeniem działalności zbyt dużo mieć nie będę…

Po pracy pędzę odebrać ślubną sukienkę… Bo to w końcu już za 23 dni ten Wielki Dzień!! Jeszcze muszę dać do zmniejszenia obrączkę bo jak się okazało palce odwrotnie proporcjonalnie do reszty mego boskiego ciała zmniejszyły swój obwód 😉

Poza zbliżającym się ślubem i powrotem do jako tako normalnego społecznego funkcjonowania nic więcej na razie nie zaprząta moich myśli… Może jeszcze podróż poślubna i konieczność wplecenia w mój nowy harmonogram tygodnia rehabilitacji z Oleńką czy wizyt lekarskich… Skończyła się całodniowa dyspozycyjność!

W sumie pomimo wrodzonego i nabytego podczas rekonwalescencji lenistwa cieszę się, że życie zmusiło mnie do powrotu.

 

Pierwszy wqurw po udarze czyli komisja…

Skąd ten tytuł? Bo przed udarem a jeszcze przed rozwodowymi perypetiami złość to było moje drugie imię. O byle co i przy byle okazji. Potrafiłam wpaść w szał, wytrącona z równowagi, drąc się w niebogłosy, agresywnie potrącając przedmioty, rzucając nimi czasem, trzaskając drzwiami. To właśnie taką matkę zapamiętał mój Syn i taką mnie piętnuje do dziś. Teraz też oczywiście potrafię się zdenerwować,podnieść głos, Tomaszek był świadkiem wyrzucania zawartości szuflady w efekcie sprzeciwienia się mojemu pomysłowi na porządki ale od udaru nie pozwalałam sobie na takie emocje na maksa, na parę z uszu itp. Bałam się, wściekałam na pół gwizdka, trochę na pokaz czasem, bojąc się, że za chwilę pęknie mi jakieś naczynko w nadwyrężonym i tak mózgu i znów stanę się niesamodzielna. W ostatni czwartek wezwano mnie na kolejną komisję, wojewódzką tym razem, celem potwierdzenia lub zanegowania sensu mojego odwołania od decyzji przyznającej mi lekki stopień niepełnosprawności. Niezbyt stary lekarz o jakże mylącym wyglądzie Chrystusa i jakże wiele mówiącym nazwisku Niezgoda przyjął mnie w gabinecie prosząc o zajęcie miejsca. Usiadłam dość szeroko podpierając ramię drugim krzesłem, akurat tego dnia wszedł mi jakiś uporczywy ból pod lewą łopatkę i szukałam w miarę wygodnej pozycji. Neutralny strój, odrobina makijażu,grzeczny jak mi się wydawało uśmiech i zaczynamy. Udar był tak? No tak(komputer z moją historią przed oczami, nie spuszcza oka z ekranu), kiedy? No wtedy. Proszę opisać własnymi słowami jak się Pani teraz czuję? No to opowiadam o dokuczliwym jeszcze wciąż bólu ramienia, o nodze kulejącej, kostce skręcającej się notorycznie. Ma Pani jakieś badania? No mam, kładę na biurku. I tu pada agresywnym mocnym tonem wypowiedziane:hormony były? Jeśli ma Pan na myśli antykoncepcję to tak były. Fajki pewnie też? I tu mnie już ubodło bo powtarza się sytuacja z poprzedniej komisji więc mówię :dlaczego wy wszyscy przyczepiliście się tych fajek i antykoncepcji? Jeśli spojrzy Pan w moje papiery zobaczy, że wykryto mi po udarze przetrwały otwór owalny i mój neurolog uważa mój udar za ewidentnie kardiogenny. Jacy wy? Pada pytanie. No więc mówię, że podobną reakcje wobec mnie zaprezentował lekarz na poprzedniej komisji i z jego poglądem też się nie zgadzam. Czy Pani wie ilu ludzi ma taką dziurę w sercu i nie ma udaru? A czy Pan wie ile kobiet bierze antykoncepcję hormonalną, pali papierosy i nie ma udaru? Tu pada coś o winie, o postępowaniu bez zastanowienia i potem oczekiwaniu nie wiadomo czego. Bo pewnie myślę, że mi się należy. Tak uważam, że należy mi się status osoby niepełnosprawnej a moja rzekoma wina nie ma tu nic wspólnego. Poza tym, opowiadam już roztrzęsiona lekko, na moją chorobę nałożyło się wiele okoliczności, byłam w trudnej sytuacji,rozwodziłam się właśnie, to był duży stres….I co rozwód może też nie był z Pani winy?? I tu wstałam, zaprotestowałam głośno na takie traktowanie i odzywki i poprosiłam o zmianę lekarza albo przyjście jego przełożonego. Udał, że nie słyszy, kazał mi usiąść, usiadłam i rozpłakałam się w głos. Proszę na kozetkę, muszę Panią zbadać. Ok. Bada odruchy a ja ryczę. Dlaczego Pani płacze? Bo mnie Pan zranił. Pani musi mieć problem z kontaktem z ludźmi albo z poczuciem winy skoro Pani tak reaguje. Pani na mnie krzyczała (prawda podniosłam głos ale nie krzyczałam),Pani tu weszła i się rozsiadła, tłumaczę więc, że bolą mnie plecy i wtykam mu do ręki usg ramienia i kostki mówiąc, że chciał obejrzeć a nawet nie spojrzał. Łzy lecą, ręce się trzesą , mam problem ze schowaniem segregatora do plecaka, pada: to już koniec, może Pani iść. Wychodzę na trzęsących się nogach, Tomasz przestraszony, idę do recepcji próbując już nie płakać, mówię, że chce rozmawiać z przełożonym tego lekarza. Idę na górę, przyjmuje mnie Pani kierownik, przestraszona moim stanem, opowiadam jej całe zajście, mówi, że przyjmuje moją skargę, porozmawia z lekarzem, mówi, że mogę złożyć skargę na piśmie, ale między nami mówiąc lekarz pracuje na umowę zlecenie, czyli nic mu nie może zrobić a jest dobrym neurologiem, a u nich braki kadrowe, więc w domyśle nie chciałaby żeby się zwolnił. Pyta czego oczekuję? Żeby moja kłótnia z Panem doktorem nie miała wpływu na merytoryczną ocenę mojego stanu zdrowia. To mogę Pani zagwarantować. Zobaczymy. Czy chcę złożyć skargę na piśmie. Poczekam… Idę na dół na spotkanie z pracownikiem socjalnym, miła kobitka uśmiecha się przy wejściu i pyta czy już się uspokoiłam. No trochę tak. No bo słyszała, że była awantura. No była. Nie jest Pani pierwsza, Pan doktor z tego słynie… Uff…nawet opis tego mnie denerwuje… Wyszliśmy stamtąd i poszliśmy na lody. I wiecie, że poczułam coś na kształt ulgi? Oczyszczającą moc wyrzucenia z siebie złości, takie: „heloł, jednak jest jeszcze coś we mnie z tamtej Sylwii. Nie umarła jednak…”. No i teraz czekam na decyzję i zastanawiam się czy i gdzie złożyć skargę na tego lekarza.

C. D. Sanatoryjnie…

Tęsknota mnie zżera… Brak mi przytulenia, dobrze, że choć na chwilę wpadła Martusia, mogłam się do niej spokojnie przytulić (buziaki Słoneczko). Brak mi ciepła skóry, dotyku, zapachu, wsparcia, oparcia, obecności… Przyzwyczaiłam się do Ciebie Skarbie…. Poza tym… Nie jest źle… Okazało się, że wciąż łatwo nawiązuję znajomości i że chyba wciąż wydaję się być dość atrakcyjna… Chyba nie tylko wizualnie skoro nie przeszkadza nikomu moje kulenie… Czy mi to poprawia humor? Oczywiście, że tak! Samolubnie i egoistycznie… Może jednak aż tak bardzo się nie zmieniłam… Próżna jestem wciąż… Więc raz czy dwa wcisnę się w sukienkę i nałożę tapetę i pójdę pobujać się w takt nawet disco polo… Nota bene musimy zacząć tańczyć z Tomaszkiem .. Tak mi brakuje drygu tej lewej nogi, płynności ruchu biodra, głowa i cześć ciała porywa muzyka ale reszta nie nadąża…. A przecież zawsze uwielbiałam tańczyć… Poza tym okazuję się, że zaczynam się stresować ślubem… Śnią mi się jakieś związane z tym wydarzenia, że gdzieś czegoś zapomniałam, że się spóźniłam… Nie mam najmniejszych wątpliwości co do samej decyzji, stresuje mnie samo wydarzenie, ubiór, możliwa pogoda, goście itp… A jeszcze zanim to najpierw rozstrzygnąć się musi kwestia powrotu do pracy, ewentualnej renty, stopnia niepełnosprawności… Czas beztroskiego w sensie zawodowym funkcjonowania właśnie się kończy.. I tym też trochę się stresuję…. Czyli ogólnie robi się nerwowo….