Back to black..

Od dwóch tygodni chodzę z obręczą na głowie, czasem przesuwa się na czoło, na sklepienie nosa, czasem gdzieś uwiera na czubku, ale zasypiam z nią i budzę się w niej. Tak, znów boli mnie głowa. Zaczęło się tuż przed okresem i trwa do teraz. Uporczywy ucisk, który nasila się wraz z każdą godziną pracy, mija na trochę po popołudniowej drzemce i wraca wieczorem. Do tego trochę mdłości, trochę zawrotów głowy i no właśnie…wróciła przeczulica lewej strony. Mrowki po mnie chodzą, skóra mi cierpnie, drętwieje twarz, usta znów uśmiechają się niesymetrycznie. Mój przystojny neurolog twierdzi, że to napięciowe prawdopodobnie, żeby skontrolować tarczycę, zapisał jakieś leki i kazał jechać do szpitala bez wahania gdy znów twarz mi opadnie jednostronnie. Podobno dobrze, że to cały czas lewa strona, ta słabsza, która już słabszą zostanie. Gdyby coś zadziało się z prawą wtedy biegusiem do erki. I rezonans powtórzyć. Wiecie, że w Poznaniu rezonans głowy prywatnie to 650 zł?? Masakra. Co prawda czeka się raptem 2 tygodnie ale.  No nie…. Poczekam na wizytę u nfztowskiego neurologa. Chyba, że po drodze mnie coś zgarnie.. Tymczasem codziennie kopie się w tyłek żeby wstać i iść do pracy i co godzinę za biurkiem modlę się żeby czas szybciej mijał. Robię co muszę bez krztyny radości. Ech… Wiosno przybywaj może pomożesz?!

Taniec…

To jedna z tych rzeczy, których brak mi najbardziej po chorobie… Uwielbiałam tańczyć. Muzyka, która była w moim stylu wypełniła mnie od czubka głowy po czubki palców u stóp. W jej rytm poruszały się biodra, stopy, ramiona… Uwielbiałam się wić, poruszać seksownie biodrami i pupą, czułam się wtedy bardzo seksowną kobietą, uwielbiałam swoim tańcem uwodzić. Od zawsze taniec kojarzył mi się też z seksem. Uważałam i chyba uważam do tej pory, że jaki kto jest na parkiecie taki i w łóżku. Bardzo dobrze pamiętam swoją ostatnią imprezę. Wypad z Sarą i Agą do klubu z muzyką latino. Każda z nas reprezentowała inny typ urody i tańca. Kurczę nawet pamiętam dokładnie jak byłam ubrana. Biała lekko prześwitująca mini sukienka, czarne sandałki na obcasie. Czarny OpenOffice od Riska. Spociłam się strasznie, nawet całowałam się z jakimś Wlochem gdzieś w kącie. Wróciłam około drugiej czy trzeciej do domu, jeszcze wtedy do Dąbrówki. Byłam samotna, nieszczęśliwa ale szczupła i wytańczona. Cóż… Widocznie rzeczywiście nie można mieć wszystkiego… Teraz mam 20 kg więcej, jestem szczęśliwa, zakochana i kochana, a na parkiecie czuję się kiepsko. Wkurza mnie, że lewa noga nie nadąża za prawą, a lewe biodro nie dołącza płynnie do prawego… Brakuje mi tego kociego ruchu własnych bioder… Skąd właśnie teraz te refleksje? A bo właśnie wróciłam z potańcówki w sąsiadującym z sanatorium pensjonacie. Wyszłam pierwsza chyba bo zmęczyło mnie powtarzające się w kółko disco polo. Choć muszę przyznać, że były kawałki z mojej młodości przy których czułam, że coś tam mi wraca w tym moim ciele… Bardzo chciałabym jeszcze kiedyś móc uwieść swoim tańcem Tomasza…

Pamięć fotograficzna

Kiedyś, chyba w jakimś filmie, padło stwierdzenie, że orki robią takie jakby zdjęcia temu co widzą, np.zapamietują w ten sposób ludzi.. Jestem zatem ludzką orką…

Ujęć mnóstwo. Klatek. Zatrzymanych w danym momencie. Część nieprzyjemnych, odpychanych jak tylko się pojawią, najczęściej te z ojcem w kontaktach raczej nie rodzicielskich. Klatka: noc, cisza, Jego oddech… Klatka: ja na Jego kolanach.. Klatka:oczy Seby podczas tej nocnej rozmowy… Klatka:oczy Kaja gdy Mu mówiłam, że się wyprowadzam. Klatka: zwłoki Taty wynoszone z mieszkania w Łodzi. Klatka: ostatni oddech Nory. Klatka: dławiący strach jak pogotowie wynosiło mnie z Dąbrówki i powtarzane do Tomka „powiedz Kajowi, że Go kocham”.

SA też milsze.. Klatka:granatowe oczy Kaja tuż po narodzinach, zapach Jego skóry przy karmieniu. Klatka: uśmiechnięte niebieskie oczy Tomka na mój widok na pierwszej randce. Klatka: Jego ciepłe ręce obejmujące mnie na pożegnanie. Klatka:Jego ciepła dłoń trzymająca moją w Piaskach gdy przy Nim zasypiałam chora w gorączce. Klatka: moje rozciagniete w uśmiechu policzki na naszym ślubie. Klatka:Kaj śpiewający Timberlake’a na jakichś tam dniach szkoły podstawowej. Klatka: uśmiechnięty pysk Nory na wiosennym spacerze w lesie. Klatka:strach wymieszany z radosnym oczekiwaniem tuż przed pierwszym ukłuciem igły na karku przy pierwszym tatuażu. Klatka: pierścionek zaręczynowy od Tomka na palcu i natychmiastowy telefon do Donaty, żeby się pochwalić. Klatka: czarny rozgwieżdżony kwadrat okna w dachu kajuty jachtu przed wypłynięciem jeszcze w pierwszym porcie w Chorwacji i zapach lawendy, którą Seba na mnie rozsypał przez to okno.

CDN.

Ad udaru wśród młodych ludzi

Dziś znów polecam Wam wpis lewaczki, czyli mojej udarowej „młodszej siostry”. Choć w sumie mogłaby być chyba nawet moją córką. Wczoraj dotarła do nas kolejna informacja o śmierci wskutek udaru. I znów człowiek przed 60tką, gwiazda mojej młodości, Luke Perry, aktor kultowego serialu lat mojego dojrzewania „Beverly Hills 90210”. Powikłania po udarze, nie obudził się ze śpiączki….

Sharon Stone, która wyszła w miarę cało, rozczuliła mnie opowieścią jak to tuż po udarze mówiła tylko jedno słowo na określenie wszystkiego „fuck”. Ludzki mózg działa dziwnie…

Ostatnio zasłyszana opowieść o kobiecie w 6 miesiącu ciąży, która walczy po udarze. W zasadzie walczą oboje 😥.

Kochani „Młodzi” błagam nie myślcie, że jesteście nieśmiertelni. Kiepskie odżywianie, fajki, alkohol, trawka no i przede wszystkim ten cholerny stres… Wasze ciało też może powiedzieć STOP.

Martwię się o Kaja, zdołowany ostatnimi przejściami, zrozpaczony, nie widzący sensu w dalszym bytowaniu… Plus papierosy, alkohol na smutki, no i udar w rodzinie i rak w historii genetycznej…. Cóż mi pozostaje poza matczynym „truciem”??

 

 

 

http://lewaczka.pl/udary-mlodym-wieku-sa-rzadkie/

 

Ciekawe doświadczenia…

Dwa dni temu, weekend, sobota, rano niby ok, trochę wstaję lewą noga bo poprzedniego wieczoru lekka sprzeczka z Tomaszem, ale podskórnie czuję, że coś jest nie tak. Jadę na manicure tytanowy do cudnej Ani, wracam z różowymi szponami ale lekko ćmi mnie głowa… Kładę się na trochę, Tomasz mnie wygania z wyra bo przecież zarezerwowaliśmy stolik w Curry Mary ( nota bene polecam gorąco!) a tu na lewym oku jakaś plama, cień jakiś widzę i jakoś dziwnie drętwieje mi  skóra wokół nosa… I oczywiście panika!! Drugi udar!! jadę jednak na obiad, siadamy, wyszczerzam się do Tomka żeby sprawdził czy buzia równo się krzywi i nagle myśl ” Przecież jest Tomek, jest samochód, szpital Raszei niedaleko, najwyżej pojedziemy żeby ktoś mnie zbadał. A jak drugi udar – no cóż jeden przeszłam to drugi też przejdę…” I w tym momencie uspokoiłam się, przestałam się nakręcać, do końca obiadu prawie mi przeszło… A przed facebookiem olśnienie : „Uwaga, ponadnormatywne wysokie ciśnienie w Polsce!”. No i tuż przed okresem, więc miałam prawo gorzej się poczuć….

Kolejna nowość ( teraz męska część moich czytelników może ominąć ten fragment 😉 drugi miesiąc testuję kubeczek menstruacyjny… Jeszcze się z nim oswajam, ale już przy pierwszym razie zużyłam co najmniej o połowę mniej środków higienicznych… Więc… Jestem optymistką… żesz… Jak cudownie byłoby np móc ćwiczyć w tym czasie normalnie i spać bez strachu… Będę zdawać relację, nie martwcie się nie na żywo 😉

 

Gdzieś tam jest strach…

Idąc dziś do pracy i rozmyślając jak zwykle o milionie różnych rzeczy skonstatowałam z niepokojem ( uwielbiam to słowo a na co dzień nie mam za bardzo gdzie go używać więc wybaczcie ;), że niedługo moje drugie udarowe urodziny. Niestety będę wtedy sama, może poproszę Kaja żeby wpadł dotrzymać mi towarzystwa. Dlaczego z niepokojem? Bo wciąż pamiętam, że 5 lat po udarze to taki newralgiczny okres i że po pierwszym wzrasta ryzyko drugiego. Bo pomimo, iż przestrzegam na ogół zaleceń lekarzy ( no może z pominięciem ograniczania spożywania cukru) i generalnie głowa nie boli zbyt często a nawet jeśli zaboli to już nie panikuję, tak samo jak nie reaguję paniką na drętwienia lewej strony ciała, skóry w szczególności, które jeszcze mi się zdarzają, to jednak boję się właściwie cały czas choć nie pozwalam strachowi mną zawładnąć i nawet czasem o nim zapominam. Tyle kosztował mnie powrót do aktualnej formy… Tyle bólu, cierpienia, łez, rozpaczy, takiego zaangażowania ze strony najbliższych wymagała moja choroba, tak bardzo ograniczyła moją samodzielność, że przeraża możliwość powtórki… Pozostaje tylko mieć nadzieję, dbać o siebie i modlić się chwile przed zaśnięciem o łaskę….

Kolejny dołek. Który już to??

Spadło mi coś samopoczucie. Nagły spadek fizycznej formy, wyjazd Tomasza, trudny logistycznie tydzień przede mną.. To wystarczyło żebym nie chciała wyjść spod kołdry. Tak mnie czasem wqur..za ten stan, niby ćwiczę, niby pracuję ale właśnie wszystko jakieś takie na niby. Brak mi znów energii i zapału, znów dopada myślenie „a po co to wszystko? Przecież i tak nic się nie zmienia od miesięcy..”. Wiem, wiem, marudzę jesiennie, roztkliwiam się nad sobą dziecinnie, użalam się zapominając jakie miałam i mam szczęście… Nie lubię jak Tomek wyjeżdża, uwielbiam być z nim, daje mi poczucie bezpieczeństwa, oparcie w każdej chwili, uspokajająco uzależniającą świadomość, że przy nim mogę wszystko a nawet jeśli nie to i tak nic strasznego się nie stanie…. Qrczę jak pomyślę o sobie z czasów dzieciństwa Kaja to mam wrażenie, że ktoś mi podmienił wspomnienia. Trudno uwierzyć, że byłam tak samodzielna i niezależna w swej świadomości. Trochę mnie przeraża moja aktualna zależność od Najdroższego Męża mego… Psychiczna zależność. Chyba muszę o tym pogadać na terapii…