Izolacja nie jest moim naturalnym stanem…

Wczoraj zerwałam się ze smyczy. Skuszona słońcem i temperaturą zaciągnęłam Tomka i Freję na spacer do lasu koło Dąbrówki. Godzina po lesie. Nie dość, że w moich ulubionych okolicach bo przecież wciąż kocham tamten las i zapach wspomnień to jeszcze las jako taki, który chyba nie tylko dzięki imieniu uwielbiam . Las wiosną zawsze mnie przyciągał. A śpiące lenistwo ostatnich dwóch tygodni musiało że mnie wyjść. Wracałam z językiem na wierzchu i prawie łzami w oczach ze zmęczenia. Freja polatała bez smyczy, swobodna, z nosem w patyczkach, oczami za każdym motylkiem. A potem zachciało mi się kwiatków. I pojechaliśmy do ogrodniczego. I tak, olałam zasady izolacji. Bo w sklepie jednak trochę ludzi było. Kupiłam bratki, stokrotki, tylko lawendę ominęłam tym razem, bo była brzydka. Po powrocie spałam jak zabita. Obudziłam się gdy już zmierzchało i przez następną godzinę te kwiatki sadziłam. Chyba schudłam przez to wszystko jakieś 500 g. Zmęczył mnie ten wczorajszy dzień ale tak zdrowo, poczułam się jakby świat nie stał w miejscu. Przez chwilę… Przez chwilę było normalnie…

Poniżej wklejam link do innego bloga. Bo to jest dokładnie to, co teraz myślę. To są moje wątpliwości i strachy…

Dlaczego akurat teraz warto porządnie posłać swoje łóżko

Wirus w koronie (tytuł podpatrzony gdzieś w internetach)

Poddaliśmy się dobrowolnej kwarantannie w lekko zmodyfikowanym zakresie. Dlaczego? Bo mój Mąż bagatelizując wszystko, czego bezpośrednio nie doświadczył, był prawie tydzień w Niemczech w delegacji. Dopiero po mojej awanturze ją skrócił i odwołał najbliższe wyjazdy. I dopiero wtedy Jego szef podjął decyzję o czasowym zawieszeniu tychże. Ja od dwóch dni leżę z lekkim przeziębieniem, trochę kataru i stan podgorączkowy ale zgłosiłam w pracy, że Tomasz wrócił „stamtąd” i od poniedziałku będę miała home office. Chyba. Nie zrezygnowaliśmy całkowicie z wyjść no bo przecież jest Freja ale zdaje sobie sprawę z ryzyka. W ogóle mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony nie chce być przewrażliwioną panikarą a z drugiej się jednak boję. Bo przecież mam kiepską odporność i cholera wie co by było gdyby… Zakupy oczywiście zrobiłam trochę większe, dużo do zamrażalki, na najbliższe dni wystarczy. Więc ja leżę i mówię Tomaszowi co ma ugotować. Kombinujemy. Świat trochę zwolnił co zapewne jemu wyjdzie na zdrowe. Podobno już zmniejszył się nasz ślad węglowy. Mniej lotów. Ale co będzie z gospodarką? Ile firm nie wytrzyma przestoju? U mnie podobno krucho, wczoraj dowiedziałam się o odejściu jednej z Dyrektorek, brak nowych projektów, pracownice na opiece. Podobno nie przedłużą nam umów. Wysyłam więc znów oferty gdzie tylko podpasuje mi zakres obowiązków, dojazd i wymagania. Ale przez to wszystko co się dzieje może być jeszcze trudniej. Czeka nas kryzys, tak sądzę. Mimo swego zakupoholizmu staram się niczego nie klikać i powstrzymać samą siebie. I modlę się o siły i zdrowie i przetrwanie. A ze mną pewnie tysiące innych. Miej nas w opiece Panie..

Back to black..

Od dwóch tygodni chodzę z obręczą na głowie, czasem przesuwa się na czoło, na sklepienie nosa, czasem gdzieś uwiera na czubku, ale zasypiam z nią i budzę się w niej. Tak, znów boli mnie głowa. Zaczęło się tuż przed okresem i trwa do teraz. Uporczywy ucisk, który nasila się wraz z każdą godziną pracy, mija na trochę po popołudniowej drzemce i wraca wieczorem. Do tego trochę mdłości, trochę zawrotów głowy i no właśnie…wróciła przeczulica lewej strony. Mrowki po mnie chodzą, skóra mi cierpnie, drętwieje twarz, usta znów uśmiechają się niesymetrycznie. Mój przystojny neurolog twierdzi, że to napięciowe prawdopodobnie, żeby skontrolować tarczycę, zapisał jakieś leki i kazał jechać do szpitala bez wahania gdy znów twarz mi opadnie jednostronnie. Podobno dobrze, że to cały czas lewa strona, ta słabsza, która już słabszą zostanie. Gdyby coś zadziało się z prawą wtedy biegusiem do erki. I rezonans powtórzyć. Wiecie, że w Poznaniu rezonans głowy prywatnie to 650 zł?? Masakra. Co prawda czeka się raptem 2 tygodnie ale.  No nie…. Poczekam na wizytę u nfztowskiego neurologa. Chyba, że po drodze mnie coś zgarnie.. Tymczasem codziennie kopie się w tyłek żeby wstać i iść do pracy i co godzinę za biurkiem modlę się żeby czas szybciej mijał. Robię co muszę bez krztyny radości. Ech… Wiosno przybywaj może pomożesz?!

PMS…

W tym miesiącu mnie dopadł. Taki gigantyczny, z całym przekrojem emocji. Na pograniczu histerii. Fizyczne objawy tym razem wysiadają przy psychicznym odbiciu totalnym. Zła jak osa od pobudki w czwartek rano nie mogłam odnaleźć się w tym wściekłym szaleństwie. Zdumiona rynsztokiem wylewającym mi się z ust podczas porannej podróży autem do pracy zajrzałam w kalendarz i mnie oświeciło. Musiałam kontrolować się non stop a i tak zaliczyłam starcie z koleżanką, która akurat tego dnia zauważała moje pomyłki. Które dla mnie oczywiście pomyłkami nie były ty czepialska idiotko!!!! 😉 Dodatkowo zmęczenie i całkowity brak ochoty na cokolwiek poza czekoladą, najchętniej spałabym non stop budząc się tylko na siku i czekoladę. Wczoraj oberwalo się Tomkowi, który z uporem maniaka powtarza, że wykorzystuję to jako argument do bycia wredną (tak kochanie bo przecież uwielbiam taką być… Wrrrrr…). Dziś podpadła też Freja. Chyba była zdziwiona, że mogę na nią krzyczeć i że dostała po tyłku. Ale dziura w ulubionym dywanie i pysk w mojej sałatce to już było za dużo.

Gdzieś wyczytałam, że WHO debatuje nad uznaniem zespołu napięcia jako choroby. Stopień zaawansowania objawów bywa tak duży, że kobiety rzeczywiście podobno mogą nad tym nie panować (no really??). Ja proponuję stworzyć ośrodki odosobnienia dla nas w tym stanie, ale nie w sensie szpitala psychiatrycznego, bardziej pustelni gdzie ilość prawdopodobnych bodźcow zminimalizowano by jak najbardziej ograniczając ryzyko kontaktu z innymi ludźmi. I możliwość wzięcia L4 albo chociaż home office w tym najgorszym czasie bo to przecież i tak produktywność żadna. I koniecznie uczenie w szkołach młodych chłopaków, że ich koleżankom może się coś takiego przytrafić i że naprawdę świat się nie zawali a mężczyźni mogą tylko zyskać w naszych oczach kiedy przez te parę dni pozwolą nam nie wchodzić w  interakcje inne niż czułe objęcia albo dyskretne czuwanie z oddali.

Za Wikipedią : „Zespół napięcia przedmiesiączkowegoZNP(premenstrual syndrome, PMS) – zespół objawów fizycznych, emocjonalnych i psychicznych występujący od kilku do kilkunastu dni przed menstruacją. Bardzo często towarzyszy kobiecie również na jej początku. Nie jest pewne, co tak naprawdę wywołuje ZNP, jednak uważa się, że jest on skutkiem zaburzeń hormonalnych pod koniec cyklu miesiączkowego – nadmiernej produkcji estrogenów przy niedoborze progestagenów. Badania ostatnich lat wykazały, że u podłoża PMS leży działanie endogennych metabolitów progesteronu na poziomie ośrodkowego układu nerwowego. Czynniki genetyczne również mają znaczenie: przy występowaniu PMS-u jednego bliźnięcia, ryzyko wystąpienia PMS-u drugiego bliźnięcia jest dwa razy wyższe wśród bliźniąt jednojajowych niż dwujajowych.Opisanych zostało 150 objawów towarzyszących ZNP, oto najczęstsze z nich:

  • huśtawka nastrojów
  • rozdrażnienie
  • dysforia
  • agresja
  • depresja
  • płaczliwość
  • problemy z koncentracją i zapamiętywaniem
  • zmniejszona aktywność życiowa
  • uczucie zmęczenia
  • zmiana apetytu
  • bóle głowy
  • bóle pleców
  • bolesność piersi
  • zaparcia i wzdęcia
  • uczucie ciężkości, puchnięcia (głównie nóg i twarzy)
  • wzrost masy ciała od 2 do 4 kg
  • zaostrzenie alergii
  • wzmożone pocenie, uczucie gorąca
  • pogorszenie koordynacji ruchów
  • problemy ze wzrokiem
  • smutek
  • przygnębienie
  • rozczarowanie. „

Pamięć fotograficzna

Kiedyś, chyba w jakimś filmie, padło stwierdzenie, że orki robią takie jakby zdjęcia temu co widzą, np.zapamietują w ten sposób ludzi.. Jestem zatem ludzką orką…

Ujęć mnóstwo. Klatek. Zatrzymanych w danym momencie. Część nieprzyjemnych, odpychanych jak tylko się pojawią, najczęściej te z ojcem w kontaktach raczej nie rodzicielskich. Klatka: noc, cisza, Jego oddech… Klatka: ja na Jego kolanach.. Klatka:oczy Seby podczas tej nocnej rozmowy… Klatka:oczy Kaja gdy Mu mówiłam, że się wyprowadzam. Klatka: zwłoki Taty wynoszone z mieszkania w Łodzi. Klatka: ostatni oddech Nory. Klatka: dławiący strach jak pogotowie wynosiło mnie z Dąbrówki i powtarzane do Tomka „powiedz Kajowi, że Go kocham”.

SA też milsze.. Klatka:granatowe oczy Kaja tuż po narodzinach, zapach Jego skóry przy karmieniu. Klatka: uśmiechnięte niebieskie oczy Tomka na mój widok na pierwszej randce. Klatka: Jego ciepłe ręce obejmujące mnie na pożegnanie. Klatka:Jego ciepła dłoń trzymająca moją w Piaskach gdy przy Nim zasypiałam chora w gorączce. Klatka: moje rozciagniete w uśmiechu policzki na naszym ślubie. Klatka:Kaj śpiewający Timberlake’a na jakichś tam dniach szkoły podstawowej. Klatka: uśmiechnięty pysk Nory na wiosennym spacerze w lesie. Klatka:strach wymieszany z radosnym oczekiwaniem tuż przed pierwszym ukłuciem igły na karku przy pierwszym tatuażu. Klatka: pierścionek zaręczynowy od Tomka na palcu i natychmiastowy telefon do Donaty, żeby się pochwalić. Klatka: czarny rozgwieżdżony kwadrat okna w dachu kajuty jachtu przed wypłynięciem jeszcze w pierwszym porcie w Chorwacji i zapach lawendy, którą Seba na mnie rozsypał przez to okno.

CDN.

Porażki..

Nie sprawdziłam się jako pierwsza żona, nie sprawdziłam się jako matka, zawiodłam tyle razy, że w sumie wciąż się dziwię, że oddycham… Nie naprawię już żadnej z tych rzeczy…. Mogę tylko żyć swoim nowym życiem tu i teraz i modlić się żeby już więcej nie zawieść… Cieszyć się z chwili zabawy z psem, uwielbiać Tomasza i szanować go i wspierać tak jak nigdy nie robiłam tego wobec Sebastiana. I błagać Boga żeby kiedyś pogodził mnie z Synem… Bo drugiego mieć nie będę… Żeby pomógł mi nie popełniać tych samych błędów, nie dać się sprowokować, nie reagować impulsywnie, móc przemyśleć każde słowo w rozmowie, kochać Go wreszcie za to, że jest a nie jaki jest. Magda, sąsiadka z dołu, której syn zabił się po zawodzie miłosnym parę lat temu i którego zwłoki zbierała w częściach z torów ostatnio powiedziała „Sylwia ale Go masz.”. Aż mi się głupio zrobiło. To prawda mam ale przecież jakby Go nie było… Mam i nie mam… Mam i za każdym razem nie umiem normalnie z Nim pobyć,porozmawiać… I za każdym razem wyję z żalu i wściekłości na samą siebie… Mój Syn. Mój największy sukces i moja największa życiowa porażka…

Wspomnienia…

Trzy lata temu (oczywiście przypomniał mi Facebook) była niedziela, wróciłyśmy tuż przed południem jakoś z Sarą i z Kubą z kilkudniowego wypadu do Barcelony, wypadu, który bardzo mi pomógł, dodał sił i wiary. Wróciłam prawie wprost w ramiona faceta, z którym się wtedy spotykałam, który wzbudzał we mnie ogień namiętności, do dziś nie wiem dlaczego tak na mnie działał. Uwielbiałam jego wzrost i to, że ginęłam w jego objęciach i że podnosił mnie do góry jak piórko. Qrczę nie pamiętam już za bardzo nawet jak miał na imię? Bartek? Prosty człowiek, zawodowo tzw „fizyczny” , kompletnie nie z mojego świata, nie pożegnany z poprzednim życiem prawie tak jak ja, paradoksalnie unikający zbliżeń. Rachunek za telefon za wrzesień potem mnie powalił, non stop słałam gorące SMS-y, zawiedziona brakiem takiej samej intensywności w odpowiedzi. No i godzinę po wyjściu z samolotu byłam znów sama. Wściekła do granic możliwości, znów zawiedziona, rozczarowana i niezaspokojona… Pamiętam tą złość. Pamiętam jak zabolało mnie, że użył mojego alkoholizmu jako głównego powodu rozstania. Był dupkiem. Do dziś tak uważam. A czemu o tym piszę? Bo uderzyło mnie jaka szczęśliwa teraz jestem, jaki los/Bóg/życie dało mi cudowny prezent, tym wspanialszy, że taki wyczekany i niespodziewany. Pojawienie się Tomasza, dopasowanie naszych temperamentów, Jego wyrozumiałość i współczucie od pierwszych słów mojej historii, poczucie bezpieczeństwa, które mnie przy Nim ogarniało już od pierwszej randki, ciepło, które wokół siebie roztaczał, uśmiech błękitnych oczu, czułe objęcie… Dziękuję Skarbie za to, że jesteś i za to jaki jesteś.