Wspomnienia…

Trzy lata temu (oczywiście przypomniał mi Facebook) była niedziela, wróciłyśmy tuż przed południem jakoś z Sarą i z Kubą z kilkudniowego wypadu do Barcelony, wypadu, który bardzo mi pomógł, dodał sił i wiary. Wróciłam prawie wprost w ramiona faceta, z którym się wtedy spotykałam, który wzbudzał we mnie ogień namiętności, do dziś nie wiem dlaczego tak na mnie działał. Uwielbiałam jego wzrost i to, że ginęłam w jego objęciach i że podnosił mnie do góry jak piórko. Qrczę nie pamiętam już za bardzo nawet jak miał na imię? Bartek? Prosty człowiek, zawodowo tzw „fizyczny” , kompletnie nie z mojego świata, nie pożegnany z poprzednim życiem prawie tak jak ja, paradoksalnie unikający zbliżeń. Rachunek za telefon za wrzesień potem mnie powalił, non stop słałam gorące SMS-y, zawiedziona brakiem takiej samej intensywności w odpowiedzi. No i godzinę po wyjściu z samolotu byłam znów sama. Wściekła do granic możliwości, znów zawiedziona, rozczarowana i niezaspokojona… Pamiętam tą złość. Pamiętam jak zabolało mnie, że użył mojego alkoholizmu jako głównego powodu rozstania. Był dupkiem. Do dziś tak uważam. A czemu o tym piszę? Bo uderzyło mnie jaka szczęśliwa teraz jestem, jaki los/Bóg/życie dało mi cudowny prezent, tym wspaniały, że taki wyczekany i niespodziewany. Pojawienie się Tomasza, dopasowanie naszych temperamentów, Jego wyrozumiałość i współczucie od pierwszych słów mojej historii, poczucie bezpieczeństwa, które mnie przy Nim ogarniało już od pierwszej randki, ciepło, które wokół siebie roztaczał, uśmiech błękitnych oczu, czułe objęcie… Dziękuję Skarbie za to, że jesteś i za to jaki jesteś.

Reklamy

Bezrobocie

I przyszedł wrzesień. I za chwilę będę oficjalnie bezrobotna. A wydawało mi się, że w trzy miesiące to bez problemu znajdę pracę… Niby chodzę na te rozmowy, z których nic nie wynika… Teraz czekam na info z biura, gdzie byłam już na dwóch rozmowach. Atmosfera jak zawsze fajna, niby wszystko ok poza moim kłamstwem ad stanu zdrowia na koniec. Bo zapytali co mi się stało w nogę. Powiedziałam, że piesek mnie oplątał smyczą na spacerze i skręciłam kostkę. Wiem, że to i tak wyjdzie. Ale może będę miała chociaż szansę wykazać się podczas okresu próbnego?! Rozleniwiło mnie to lato strasznie. Śpię znów długo i często, z Freją wtuloną obok… Znów nic mi się nie chce.. A tak ad rozmów kwalifikacyjnych.. Niby nie wolno pytać o wiek a prawie wszyscy pytają, mniej lub bardziej bezpośrednio. Tak samo o dzieci czy o stan zdrowia. Wiedzą, że człowiek, który szuka pracy nie powie „Nie możecie mi zadawać takich pytań.”. Wredne to wszystko i trudne… Sprzedawanie siebie, stres, strach… Nie znoszę tego i mimo, iż to nie moje pierwsze w życiu poszukiwania, nie oswoiłam tego wcale… Rzygam już wysyłaniem aplikacji… A czas leci….

Bezsłońcowe nieróbstwo…

 

Lato sobie gdzieś poszło z Polski. Po kilku wrzących tygodniach nastała ciepła jesień. Deszcz niby potrzebny ale ja znów usypiam. Tym razem w towarzystwie ciepłego, futrzanego kłębka z mokrym nosem. Wreszcie mamy psa. Z Facebooka od kobitki, która wynajduje różne bidy i szuka im dobrych domów. Najpierw były na tymczasie u nas we dwie z siostrą ale to Freja właśnie podbiła moje serce. Swoją odwagą, odstającymi, nietoperkowymi uszami, umaszczeniem trójkolorowym. I jest z nami na stałe od 29go czerwca, mój prezent na rocznicę ślubu. I niewyspani od tego czasu łazimy oboje i skończyła się wygodna, bezproblemowa współobecność. Moja terapeutka śmiała się, że zbiegło się to dziwnie w czasie z narodzinami syna Sebastiana. Cóż… Nie zaprzeczam, że może coś być w tym podobieństwie powiększania naszych rodzin. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jak bardzo brakowało mi merdającego ogona na powitanie i ciepłego ciałka do przytulania. Choć oczywiście czasem wkurza mnie ilość obowiązków z nią związanych i czasem tęsknię do błogiego lenistwa sprzed. Co do pracy… Dupa totalna. Tyle rozmów, spotkań, wysłanych aplikacji i nic. Przeraża mnie to bardzo i zasmuca. Boję się, że za niskie jednak są te moje kompetencje a nie przebija ich już młoda długonogość ze skłonnością do flirtu i przygód. Czyli te braki, które jeszcze niedawno przykrywałam urodą i wdziękiem dziś są już tylko rażącymi brakami. Znów proszę o wsparcie Tego Co Zawsze Mnie Wspiera…. I znów mam nadzieję, że także z tego zakrętu wyjdę bez większych obrażeń…

Smród.

Długo się zbierałam do napisania kolejnego wpisu. Miał być o naszej nowej życiowej psiej towarzysce. Ale… Będzie o ostateczności. Lubię czytać kryminały. Polskie, skandynawskie. Do tej pory opisy momentu znajdowania rozkładającego się trupa, te wszystkie szczegóły, ludzie zatykający nosy, zasłaniający twarze, wymiotujący, cóż, opisy jak opisy. Do wczoraj.. Wczoraj na prośbę Mamy pojechałam do szpitala w Puszczykowie, do którego mieli odwieźć z domu opieki Babcię. Bo w  odleżynę  na stopie weszła martwica… Idąc wzdłuż budynku słyszałam krzyk i byłam pewna, że to Ziuta. Weszłam do sali skąd prawie od razu wypchnął mnie smród, po chwili dopiero widząc stopę Babci z której lekarz odcinał martwe kawałki ciała zrozumiałam, że czuję odór rozkładającego się ciała właśnie… Babcia krzyczała choć lekarz zapewniał, że skoro to martwa tkanka to Ona nic nie czuje. Qrwa! Trzymałam Ją za rękę powstrzymując łzy… Tak strasznie było mi Jej szkoda. Na koniec usłyszałam, że jeśli to dalej będzie postępować trzeba będzie amputować. Amputować!!! Pojechałam potem do niej do tego domu opieki, pieprzonej Rezydencji Seniora. I płakałam trzymając Ją za rękę i przepraszając sama nie wiem za co. Potem prosiłam Ojca, któregokolwiek, Sylwka czy Boga, żeby Ją już zabrał i pozwolił dłużej się nie męczyć. A wracając zrobiłam awanturę Mamie, która dopiero wtedy łaskawie znalazła dom pod Łodzią i zorganizowała transport na początek sierpnia… Strasznie mnie to przygnębiło i zmusiło do zastanowienia się nad starością, konsekwencjami tego czy nas najbliżsi kochają czy nie, czyli w sumie tego jacy byliśmy przez całe swoje życie… Wiem, co powoduje moją Mamą, wiem jaki ma straszny żal w sercu, wiem, że nie była kochanym i rozpieszczanym dzieckiem, ale nikogo nie można tak upodlić, nikogo!! Przeraziłam się swojej starosci i śmierci…

Finansowo nie ogarniam…

Jestem kompletnie nie ogarnięta finansowo. Nie oszczędzam, wydaję co do grosza wszystko co mam, a przecież wcale nie mam mało. Ciuchy, jedzenie na mieście, kaprysy, kosmetyki. Nie umiem nad tym zapanować, odleciałam kompletnie. Jeszcze niedawno bez problemu ogarnialam rehabilitację prawie 3 razy w tygodniu i co miesiąc do następnej wypłaty jakoś wystarczało. Teraz gdzieś mi się to wszystko rozp…o kompletnie. Risk mnie dobił to pewne. I nonszalancja finansowa i beztroska i bezrefleksyjność totalna. A zegar tyka. Do końca sierpnia już coraz mniej czasu. A i alimenty od Seby kiedyś się skończą. Brak mi silnej woli, siły charakteru, wkurzam się, że pewnie Seba miał rację…. Jakieś rady na szybkie i skuteczne ogarnięcie? Nie liczę, że bezbolesne…

I znów dziwię się zmianom…

Dokładnie rok temu wróciłam do pracy po chorobie. Rok później już jej nie mam… Zdecydowałam się na sąd choć szkoda mi kasy na prawnika i nie jestem przekonana czy się uda. A tak chodzę na rozmowy, wysyłam oferty, długo śpię, tęsknię za Tomaszkiem, który w delegacji, obżeram się truskawkami ale w sumie jakoś mi nie bardzo… Boję się, że nikt mnie nie zatrudni. Brak twardych, konkretnych umiejętności. Co z tego, że przebojowa, kontaktowa, inteligentna? Spiep…m sobie ścieżkę zawodowa już dawno, pewnie wtedy kiedy zrezygnowałam ze studiów. Nigdy specjalnie nie lubiłam się uczyć… Może poszukam jakiś kursów, choć za free to chyba tylko jako oficjalnie zarejestrowana bezrobotna. Chcę mi się powrotu na wakacje, morza, plaży.. Albo chociaż wyjazdów jakiś… Boże pomóż i tym razem. Odnaleźć sens i wiarę w siebie i motywację i chęci do zmian…

O mojaż naiwności niereformowalna…

Zostałam dziś zwolniona z pracy. Z natychmiastowym zwolnieniem z obowiązku jej świadczenia. Napiszę więcej szczegółów albo zedytuję ten post jakoś później, dziś ból głowy, mdłości, atak paniki pakują mnie pod kołdrę… Chciałam być lojalna i uczciwa i po 2 miesiącach zastanawiania się co ugryzło Szefa i proszenia o rozmowę przyznałam mu się, że szukam pracy, że straszliwie mnie męczy nic nie robienie i nuda i szukam czegoś innego. Na co zostałam natychmiast zwolniona. W swym jakimś zacietrzewieniu kazał mi natychmiast opuścić biuro nie chcąc dać nic na piśmie.I wściekł się, gdy powiedziałam, że nie wyjdę dopóki nie dostanę wszystkiego na piśmie… Teraz myślę czy jutro PIP i sąd pracy czy… Sama nie wiem. Jako powód podał długotrwałą chorobę i niemożność pracy w pełnoetatowym wymiarze. Gdy powiedziałam, że to obowiązkiem pracodawcy jest zapewnić pracownikowi pracę stwierdził, że mogłam sama ją sobie znajdować. No w ogóle jakaś totalna bzdura. Zawiodłam się, po raz kolejny…. Zbyt naiwnie uwierzyłam, że nie jesteśmy tylko pracownikiem i Szefem ale może nawet przyjaciółmi? Przecież tyle mi pomógł do tej pory…. Może mu się znudziło?!