Wirus w koronie (tytuł podpatrzony gdzieś w internetach)

Poddaliśmy się dobrowolnej kwarantannie w lekko zmodyfikowanym zakresie. Dlaczego? Bo mój Mąż bagatelizując wszystko, czego bezpośrednio nie doświadczył, był prawie tydzień w Niemczech w delegacji. Dopiero po mojej awanturze ją skrócił i odwołał najbliższe wyjazdy. I dopiero wtedy Jego szef podjął decyzję o czasowym zawieszeniu tychże. Ja od dwóch dni leżę z lekkim przeziębieniem, trochę kataru i stan podgorączkowy ale zgłosiłam w pracy, że Tomasz wrócił „stamtąd” i od poniedziałku będę miała home office. Chyba. Nie zrezygnowaliśmy całkowicie z wyjść no bo przecież jest Freja ale zdaje sobie sprawę z ryzyka. W ogóle mam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony nie chce być przewrażliwioną panikarą a z drugiej się jednak boję. Bo przecież mam kiepską odporność i cholera wie co by było gdyby… Zakupy oczywiście zrobiłam trochę większe, dużo do zamrażalki, na najbliższe dni wystarczy. Więc ja leżę i mówię Tomaszowi co ma ugotować. Kombinujemy. Świat trochę zwolnił co zapewne jemu wyjdzie na zdrowe. Podobno już zmniejszył się nasz ślad węglowy. Mniej lotów. Ale co będzie z gospodarką? Ile firm nie wytrzyma przestoju? U mnie podobno krucho, wczoraj dowiedziałam się o odejściu jednej z Dyrektorek, brak nowych projektów, pracownice na opiece. Podobno nie przedłużą nam umów. Wysyłam więc znów oferty gdzie tylko podpasuje mi zakres obowiązków, dojazd i wymagania. Ale przez to wszystko co się dzieje może być jeszcze trudniej. Czeka nas kryzys, tak sądzę. Mimo swego zakupoholizmu staram się niczego nie klikać i powstrzymać samą siebie. I modlę się o siły i zdrowie i przetrwanie. A ze mną pewnie tysiące innych. Miej nas w opiece Panie..

Pamięć fotograficzna

Kiedyś, chyba w jakimś filmie, padło stwierdzenie, że orki robią takie jakby zdjęcia temu co widzą, np.zapamietują w ten sposób ludzi.. Jestem zatem ludzką orką…

Ujęć mnóstwo. Klatek. Zatrzymanych w danym momencie. Część nieprzyjemnych, odpychanych jak tylko się pojawią, najczęściej te z ojcem w kontaktach raczej nie rodzicielskich. Klatka: noc, cisza, Jego oddech… Klatka: ja na Jego kolanach.. Klatka:oczy Seby podczas tej nocnej rozmowy… Klatka:oczy Kaja gdy Mu mówiłam, że się wyprowadzam. Klatka: zwłoki Taty wynoszone z mieszkania w Łodzi. Klatka: ostatni oddech Nory. Klatka: dławiący strach jak pogotowie wynosiło mnie z Dąbrówki i powtarzane do Tomka „powiedz Kajowi, że Go kocham”.

SA też milsze.. Klatka:granatowe oczy Kaja tuż po narodzinach, zapach Jego skóry przy karmieniu. Klatka: uśmiechnięte niebieskie oczy Tomka na mój widok na pierwszej randce. Klatka: Jego ciepłe ręce obejmujące mnie na pożegnanie. Klatka:Jego ciepła dłoń trzymająca moją w Piaskach gdy przy Nim zasypiałam chora w gorączce. Klatka: moje rozciagniete w uśmiechu policzki na naszym ślubie. Klatka:Kaj śpiewający Timberlake’a na jakichś tam dniach szkoły podstawowej. Klatka: uśmiechnięty pysk Nory na wiosennym spacerze w lesie. Klatka:strach wymieszany z radosnym oczekiwaniem tuż przed pierwszym ukłuciem igły na karku przy pierwszym tatuażu. Klatka: pierścionek zaręczynowy od Tomka na palcu i natychmiastowy telefon do Donaty, żeby się pochwalić. Klatka: czarny rozgwieżdżony kwadrat okna w dachu kajuty jachtu przed wypłynięciem jeszcze w pierwszym porcie w Chorwacji i zapach lawendy, którą Seba na mnie rozsypał przez to okno.

CDN.

RIP…

Odeszła. Dziś około 18stej. Podobno od rana było z Nią już gorzej i od jakiegoś czasu już krzyczała z bólu w nocy… Strasznie mi przykro Babciu… Tak jak mówiłam Ci kiedy się widziałyśmy po raz ostatni. Przepraszam… Za brak miłości, za lenistwo, za totalne olanie… Niby znam ciąg przyczynowo-skutkowy ale… Mam oczywiście wyrzuty sumienia… Nie będę wspominać tego co złe.. Teraz i tak to już niczego nie zmieni… Życzę Ci spokoju i wiecznego odpoczynku… Nie cierpisz już i to jest dla mnie najważniejsze… Odpoczywaj… Wdzięczna Ci jestem Boże, że wysłuchałeś moich modlitw i pozwoliłeś Jej w końcu odejść… Dziękuję

Smród.

Długo się zbierałam do napisania kolejnego wpisu. Miał być o naszej nowej życiowej psiej towarzysce. Ale… Będzie o ostateczności. Lubię czytać kryminały. Polskie, skandynawskie. Do tej pory opisy momentu znajdowania rozkładającego się trupa, te wszystkie szczegóły, ludzie zatykający nosy, zasłaniający twarze, wymiotujący, cóż, opisy jak opisy. Do wczoraj.. Wczoraj na prośbę Mamy pojechałam do szpitala w Puszczykowie, do którego mieli odwieźć z domu opieki Babcię. Bo w  odleżynę  na stopie weszła martwica… Idąc wzdłuż budynku słyszałam krzyk i byłam pewna, że to Ziuta. Weszłam do sali skąd prawie od razu wypchnął mnie smród, po chwili dopiero widząc stopę Babci z której lekarz odcinał martwe kawałki ciała zrozumiałam, że czuję odór rozkładającego się ciała właśnie… Babcia krzyczała choć lekarz zapewniał, że skoro to martwa tkanka to Ona nic nie czuje. Qrwa! Trzymałam Ją za rękę powstrzymując łzy… Tak strasznie było mi Jej szkoda. Na koniec usłyszałam, że jeśli to dalej będzie postępować trzeba będzie amputować. Amputować!!! Pojechałam potem do niej do tego domu opieki, pieprzonej Rezydencji Seniora. I płakałam trzymając Ją za rękę i przepraszając sama nie wiem za co. Potem prosiłam Ojca, któregokolwiek, Sylwka czy Boga, żeby Ją już zabrał i pozwolił dłużej się nie męczyć. A wracając zrobiłam awanturę Mamie, która dopiero wtedy łaskawie znalazła dom pod Łodzią i zorganizowała transport na początek sierpnia… Strasznie mnie to przygnębiło i zmusiło do zastanowienia się nad starością, konsekwencjami tego czy nas najbliżsi kochają czy nie, czyli w sumie tego jacy byliśmy przez całe swoje życie… Wiem, co powoduje moją Mamą, wiem jaki ma straszny żal w sercu, wiem, że nie była kochanym i rozpieszczanym dzieckiem, ale nikogo nie można tak upodlić, nikogo!! Przeraziłam się swojej starosci i śmierci…

Tylko nie mów nikomu…

Głośno w necie dziś o tym filmie. A ja nie mam odwagi go obejrzeć. Tym bardziej w kontekście ostatnich snów.. Czego się boję? Ogromu cierpienia ofiar? Na pewno.. Przerażającej obojętności katów? Oczywiście. Ale najbardziej boję się wgranych lata temu reakcji i odruchów. Czystej fizycznosci tego wszystkiego, która pozwalała mi siadać ojcu na kolanach samej bez specjalnego zapraszania… Tego nad czym wiem, że trudno jest zapanować dorosłemu a co dopiero dziecku stykającemu się ze swoją fizycznością po raz pierwszy.. Szkoda, że wszyscy krzywdzący w ten sposób nie zdają sobie sprawy jak wielkiego spustoszenia psychicznego dokonują. Jak potrafią namieszać w głowie, wywrócic wszystko do góry nogami, zamienić miejscami uczucia, pomylić ich odbiorców, pomylić potrzeby, pokręcić instynkty. I tak jak przy gwałtach najbardziej rozwala mnie poczucie winy ofiar. Ich wieczne why? Co takiego zrobiłam/em. Czym sprowokowałam/em? A u wierzących jeszcze: jakiego grzechu dopuściłem/am się, że tak zostałam/em ukarana/y? Myślę, że gdyby człowiek, który posuwa się do takiego czynu poczuł ciężar tego wszystkiego jednak zawahałby się. I te tłumaczenia „to było takie ojcowskie..”.Fuck! Albo odwoływanie się do sumień ofiar, ich empatii i współczucia”ale co ja teraz zrobię, gdzie pójdę? „. A do diabła idź i tam szukaj pokuty. Nie ma we mnie krzty wyrozumiałości, krzty współczucia, odrobiny litości czy próby zrozumienia. Zabijałabym za to. Nie tylko okaleczała, nie tylko sądziła, więziła…. Jest to dla mnie zbrodnia niewybaczalna, nienaprawialna, gorsza od morderstwa.

Norka..

Przypadkiem obejrzane zdjęcie na insta Kaja jest powodem tego posta.. Nora… Tęsknię za nią mocno wciąż mimo upływu czasu… Była wyjątkowa. Ciepła uważna wierna kochana mądra zabawna.Siedziala przy mnie z łbem na kolanach jak wyłam po ojcu, siadała cierpliwie obok na spacerze czekając aż minie mi szloch i atak paniki po rozstaniu z Sebą, nie zapomnę tego szeroko uśmiechniętego pyska na spacerze w lesie kiedy każdy patyczek był jej. Kiedy pozwalaliśmy jej zamoczyć dupkę w jakimś potoczku. Miny nieszczęśliwej kiedy wsadzaliśmy ją do wanny i potem szalonego kołowrotka na ogrodzie po kąpieli. Podgryzania Kajowych pięt i spodni jak była malutka. Szaleństw podłogowych z Sebastianem, uwielbiała go. Głośnego „gadania” na przywitanie Mamy z Ojcem potem z Zygmuntem. Ogona zrzucającego wszystko z ławy. Poduszek pachnących psem. Zapachu psich łap. Krecika od kluczy noszonego z dumą w pysku podczas powrotu ze spaceru. Biegu przy rowerze kiedy była młodsza. Obrony swoich ludzi podczas incydentu z jakimś durnym wsiokiem, który wyskoczył na nas drąc się i machając łapami. Do dziś pamiętam wyszczerzone białe zęby i gardłowy warkot. Cierpliwość wielką przy wszystkich weterynaryjnych zabiegach. Mój strach jak odpływała po narkozie przed jakąś kolejną operacją. Pamiętam jak się z Tatą lubili. Na początku mieściła mu się na dłoni. Kiedy odszedł a Seba przywiózł ją do Łodzi pobiegła do sypialni głośno węsząc. Zawsze głodny wzrok podczas każdego naszego posiłku. Wymowne patrzenie na zegar kiedy przychodziła pora jej jedzenia. Poranne stukanie pazurów na panelach. Jedwabista delikatność sierści w jednym miejscu na nosie. Klapiastość ciągle chorych uszu. Otrzepywanie się po kąpieli w jeziorze jak najbliżej któregoś z nas. Kochałam ją całym sercem a jednak zostawiałam samą uciekając z domu, z którego wszyscy się wyprowadzili. Kochałam ten wzrok, który wszystko rozumiał. Już wiem, że nikt mi jej nie zastąpi. Była tak idealnym psim towarzyszem, że nawet obawiam się zbyt wysoko podniesionej poprzeczki dla następcy. Niunia strasznie chciałabym jeszcze kiedyś cię przytulić….i chciałabym żebyś wiedziała jak mi przykro, że nie umiałam Cię uratować,ze do dziś męczą mnie pytania co jeszcze można było zrobić, że myśl o tym jak chłopcy zakopywali Twoje zimne już ciałko dręczy mnie do dziś, że oddałabym wiele, żebyś….

Przemoc, molestowanie, zastraszanie, hejt…

Nie wytrzymałam dziś. Zamieściłam na Facebooku tekst-apel o brak obojętności na te wszystkie rzeczy z tytułu tej notatki. Cytuję: „Wczoraj przez przypadek obejrzałam wywiad Moniki Olejnik z dorosłą dziś kobietą wiele lat molestowaną i gwałconą przez księdza, za cichym przyzwoleniem otoczenia. Ktoś jej nawet zrobił aborcję. Jako dziecku. Ktoś meldował ich razem w jednym pokoju w trakcie pielgrzymki. Ktoś inny widział jak ją odwiedzał w szpitalu. Nie mogłam powstrzymać emocji, tak jak i Monika. Dziś czytam o fali hejtu,która wylewa się na Weronikę Rosati za to, że głośno powiedziała o przemocy jakiej doświadczała od swojego męża, lekarza-celebryty. Qrwa! Dokąd zmierza nasz świat? Wiem, że zło jest na świecie i kryje się pod różnymi postaciami. Dobrodusznego spowiednika, kochającego ojca, szanowanego ogólnie Męża, wychowawcy w szkole, trenera… Wybaczcie, że skupiam się teraz na sytuacji kiedy to kobieta jest atakowana przez mężczyznę. Wiem, że czasem bywa odwrotnie. Ale sama jestem kobietą, która doświadczyła w swoim życiu różnych form przemocy i sercem jestem właśnie po stronie tych kobiet. Dlaczego fundujemy im jeszcze gorsze piekło osądzając, krytykując, wydając wyroki, piętnując? To właśnie dlatego one latami milczą. Naszym zadaniem jest je wspierać, słuchać ich, pomagać, kochać, przytulać. Wierzyć im! Słowa ranią bardzo, uwierzcie. Rozejrzyjcie się wokół proszę. Może w Waszym otoczeniu jest ktoś komu trzeba, można pomóc. Może piętro nad Wami słychać krzyki i płacz? Może widzieliście w windzie sąsiadkę z podbitym okiem i siniakami na dłoni. Może Wasza znajoma z duszy towarzystwa przemieniła się nagle w cichą mysz z trzęsącymi się rękoma i uciekającym wzrokiem. Może dziecko koleżanki nagle dziwnie się zachowuje gdy widzi na ekranie telewizora scenę seksu albo sztywnieje przy byle dotyku? Nie bądźmy obojętni!!”. Dużo ostatnio się o tym mówi. Wreszcie! W kinach film dokumentalny o molestowanie dzieci przez Michaela Jacksona. Samej trudno mi o tym czytać. Przecież uwielbiałam jego muzykę. Jeśli to prawda to zasługuje na całkowitą izolację w eterze, TV, internecie. Co potwierdza po raz kolejny tezę o tym jak stosujący przemoc czy molestujący potrafią wtopić się w nasze otoczenie. Podwójna osobowość, podwójna mentalność. Sama przecież doświadczyłam wobec mojego taty dualizmu uczuć i emocji. Miłości i nienawiści w jednym. Strasznie współczuję ofiarom. Mnie w sumie jakoś się udało, jasne pokaleczyłam siebie i bliskich przez lata, wpadłam w alkoholizm, zdradzałam, ale udało mi się w końcu z tego wyjść. Po wieloletniej terapii poukładałam sobie to wszystko jakoś w głowie i okazało się, że umiem kochać „normalnie”. Ale są tysiące kobiet zastraszonych, przerażonych, samotnych w swym strachu, tysiące dzieci, którym nikt nie wierzy, że wujek czy trener zachowują się nieodpowiednio. Tysiące matek, które przymykają oko na nocne wstawanie partnera, udając,że nie widzą, że ich własna córka zmieniła się nagle w jakąś istotę z pustym wzrokiem. Nie godze się na to! Jeszcze nie wiem jak ale mam zamiar jakoś pomóc. Może zgłoszę się jako wolontariusz do jakiejś fundacji. Gdyby nie mama mówiłabym i pisała o tym głośno w pierwszej osobie. Proszę nie bądźmy obojętni!