Czym skorupka…

Miałam okazję przypomnieć sobie starą Sylwię… Sprzed udaru, sprzed AA. Ze starymi numerami, flirtem, sztuczkami  i całym tym wachlarzem, który towarzyszył mi gdy ruszałam w miasto. Okazało się, że to wszystko nadal we mnie jest i nadal działa. I do pewnego momentu nadal mnie kręci. Tak bardzo brak mi już dotyku i czułości, że podeszłam dość blisko granicy, którą kiedyś przekraczałam notorycznie. I zatrzymałam się przed nią. I poczułam całą gamę różnych uczuć na czele z tym, że nie chcę nigdy przenigdy zaryzykować utraty Tomka. Że On mi ufa i nie chcę tego zaufania zawieść. Że tak, tu i teraz mi źle i tu i teraz przez chwilę byłoby mi dobrze ale tam jest On i ja tylko tam z Nim chcę być do końca życia. I że to po prostu chwilowe zaćmienie i nic więcej. I ulżyło mi. Bo szczerze mówiąc bałam się tego, co mogę zrobić gdy znajdę się w takiej sytuacji. Ale kiedy człowiek jest trzeźwy i ma szansę zmierzyć się z samym sobą i rozpoznać swoje uczucia nie musi się bać.

Co to jest miłość?

Miłość jest wtedy kiedy we własne imieniny wychodzisz rano z psem żeby On mógł dłużej pospać. Kiedy oddajesz mu ostatni kęs ukochanego przepysznego deseru. Kiedy wkurza cię, że nie dostałaś imieninowego bukietu ale potem dochodzisz do wniosku, że to w sumie mało istotne. Kiedy patrzysz na Niego a uśmiech rozszerza Ci buzię uwypuklając zmarszczki i jeszcze bardziej uwydatniając wystającą dwójkę. Kiedy robisz dla Niego coś za czym sama nie przepadasz. Kiedy ustępujesz mu wizytę w jedynej toalecie mimo, że oboje bardzo musicie tam wejść. Pamiętam jak w szpitalu w Piaskach budziłam się chwilę przed Jego wejściem do sali a twarz rozjaśniała mi się na Jego widok w takim uśmiechu jak nigdy do nikogo. Cieszę się, że jest obok, że mogę Go dotknąć, pochodzić w Jego swetrze, porozmawiać z Nim na każdy temat. Dziękuję

Finansowo nie ogarniam…

Jestem kompletnie nie ogarnięta finansowo. Nie oszczędzam, wydaję co do grosza wszystko co mam, a przecież wcale nie mam mało. Ciuchy, jedzenie na mieście, kaprysy, kosmetyki. Nie umiem nad tym zapanować, odleciałam kompletnie. Jeszcze niedawno bez problemu ogarnialam rehabilitację prawie 3 razy w tygodniu i co miesiąc do następnej wypłaty jakoś wystarczało. Teraz gdzieś mi się to wszystko rozp…o kompletnie. Risk mnie dobił to pewne. I nonszalancja finansowa i beztroska i bezrefleksyjność totalna. A zegar tyka. Do końca sierpnia już coraz mniej czasu. A i alimenty od Seby kiedyś się skończą. Brak mi silnej woli, siły charakteru, wkurzam się, że pewnie Seba miał rację…. Jakieś rady na szybkie i skuteczne ogarnięcie? Nie liczę, że bezbolesne…

Mamą być…

Wystarczyła chwila, wołanie o pomoc nie do końca skonkretyzowane, łzy w oczach, bezduszny szloch mojego Syna, żebym błyskawicznie przeskoczyla z trybu dojrzała wtórna mężatka ciesząca się swobodą w tryb zaangażowanej matki-lwicy. Śniadanie-no problem, podwózka-jasne, ukoić, przytulić, porozmawiać-natychmiast. Tęskniłam za tym bardzo. Kiedy wczoraj rozpłakałam się razem z nim uświadomiłam sobie, że są to nie tylko łzy współczucia i bezradności ale też tęsknoty… Zawyło mi w duszy… Raptem dwa dni noclegu Młodego u nas i…. Znów poczułam się Mamą przez duże M. Z sercem na dłoni, kubkiem gorącej herbaty, owsianką na śniadanie i mielonymi na obiad. Gotową prać,prasować,ścielić….Znow wyczulone zmysły, słuch nastawiony na odbiór w nocy, znów się okazało, że mogę nie spać pół nocy żeby trzymać za rękę albo tłumaczyć zawiłości życia… Aż muszę teraz porządnie wyhamować żeby nie przegiąć, nie kontrolować, nie wymądrzać się, znów nie zrazić do siebie… Seba występuje w charakterze chłodnego macho, który radzi nie płakać, wziąć się za robotę, w garść itp.. Czyli bez zmian, jakby tych ostatnich kilka lat kompletnie niczego go nie nauczyło. I ten mimochodem rzucony tekst Młodego „Marta nie lubi i nie rozumie mazgajów.”  Kij jej w oko. Zobaczymy jak zmieni ją spojrzenie pierwszy raz w oczy Synowi. Reasumując. Dobrze mi zrobił chwilowy powrót do przeszłości, ale czas wrócić do rzeczywistości. Do pakowania do sanatorium. Do poważnej rozmowy z Szefem nt. mojej pracy. Pozdrawiam porozumiewawczo wszystkie Mamy.😉

Dlaczego marzę o dziecku z Tomaszem?

Ha… Temat nie da się dłużej omijać bo już nawet śnię o byciu w ciąży… Muszę to rozebrać na czynniki pierwsze żeby albo zamknąć te drzwi bezpowrotnie albo zdobyć argumenty za…. A czas leci..   No właśnie to największy argument przeciw. Czas. Mój wiek. Panicznie boję się choroby dziecka. Nie wierzę, że bym podołała. Poza tym wrodzony mój leń i panna wygodnicka, które mam w sobie, krzyczą „no co ty?? Tyle dodatkowych obowiązków??”. I znowu wiek. Chore dziecko potrzebuje opieki do końca swoich dni. A my raczej byśmy prędzej odeszli…. Nie skażę świadomie drugiego człowieka na życie w jakiejś placówce opiekuńczej. Tak wiem, że uprawiam trochę czarnowidztwo ale czy to się nie nazywa odpowiedzialność? Coś jeszcze przeciw? Teoretycznie stan naszych finansów. Kiepsko nam idzie we dwójkę a dziecko to przecież rosnące wydatki… Miejsce w naszym mieszkaniu. Qrczę jeden pokój dla dziecka a w drugim i ostatnim nasza sypialnia, salon, jadalnia, moja sala do ćwiczeń…. Uff….. No i argument koronny moja nie w pełni sprawność. Długie spacery z wózkiem, noszenie maleństwa, zarwane noce, leki, które biorę….

(przepraszam teraz muszę pędzić na rehabilitację, dokończę później.. )

Jestem… Zła dziś jakaś wewnętrznie, z tykającą bombą, która wybuchnie albo mega awanturą albo fontanną łez. Coś mi dziś ewidentnie nie pasuje, jeszcze tylko nie rozgryzłam co… A więc może teraz pora na argumenty „za”. Chęć do kochania ogromna, a dzieciątko samo kocha bezkrytycznie i ufnie, przynajmniej przez pierwszych parę lat życia swojego, i kochać toto można bezgranicznie i tulić. Pytanie znów o motywację się nasuwa czy jest nią chęć wynagrodzenia sobie Kaja chłodniejszego raczej w miłości, broniącego się przed okazywaniem jej od momentu kiedy parę lat skończył i obciachem dla niego się stała, czy też wynagrodzenia Kajowi właśnie matki hamującej swoje okazywanie miłości Synowi by nikt jej nie posądził o krzywe intencje jakieś, bojącej się „mamisynka” przysłowiowego wychować, zamiast faceta na trudy życia gotowego, chlanie też hamulcem uczuciowym przecież było…. Może chciałabym macierzyństwo przeżyć raz jeszcze, tym razem nie skażone strachem i zbyt młodym wiekiem, tym razem wyczekane  niecierpliwie z zakochanym wzrokiem i dotykiem Taty przyszłego…. A może kochając Tomasza miłością tak niespodziewanie ogromną chciałabym z Nim właśnie dzielić przywilej bycia rodzicem… A może patrząc na niego tak ufnie tak mocno wierzę, że cudownym byłby ojcem…. Może chciałabym wynagrodzić mu tą niemożność bycia Tatą synów swoich z poprzedniego małżeństwa… A może takie typowo babskie marzenie posiadania córki we mnie się tli, dziewczynki do różowych sukienek, kokardek w długich włosach, wspólnych zakupów, podbierania ciuchów, nauki makijażu itp… Jak tylko dałabym sobie radę ze strachem o jakość ojcowskich uczuć, czy świrować bym nie zaczęła u progu jej dojrzałości? Trudne te wszystkie pytania i jakoś bez odpowiedzi stuprocentowej większość z nich zostanie…. Fajnie byłoby Boże gdybyś pomógł mi nieco, podpowiedź jakąś zostawił, sygnały jakieś nieomylne dał..

Kolejny dołek. Który już to??

Spadło mi coś samopoczucie. Nagły spadek fizycznej formy, wyjazd Tomasza, trudny logistycznie tydzień przede mną.. To wystarczyło żebym nie chciała wyjść spod kołdry. Tak mnie czasem wqur..za ten stan, niby ćwiczę, niby pracuję ale właśnie wszystko jakieś takie na niby. Brak mi znów energii i zapału, znów dopada myślenie „a po co to wszystko? Przecież i tak nic się nie zmienia od miesięcy..”. Wiem, wiem, marudzę jesiennie, roztkliwiam się nad sobą dziecinnie, użalam się zapominając jakie miałam i mam szczęście… Nie lubię jak Tomek wyjeżdża, uwielbiam być z nim, daje mi poczucie bezpieczeństwa, oparcie w każdej chwili, uspokajająco uzależniającą świadomość, że przy nim mogę wszystko a nawet jeśli nie to i tak nic strasznego się nie stanie…. Qrczę jak pomyślę o sobie z czasów dzieciństwa Kaja to mam wrażenie, że ktoś mi podmienił wspomnienia. Trudno uwierzyć, że byłam tak samodzielna i niezależna w swej świadomości. Trochę mnie przeraża moja aktualna zależność od Najdroższego Męża mego… Psychiczna zależność. Chyba muszę o tym pogadać na terapii…

Brazylijska telenowela…

Kojarzycie te klimaty? Najbardziej nieprawdopodobne rozwiązania miłosnych wątków, ich skomplikowanie do granic możliwości… Od dawna już mówię, że życie pisze dużo lepsze scenariusze… Zmarła ostatnio babcia Sebastiana, ulubiony przeze mnie członek tamtej popieprzonej rodziny, zebrałam się więc w sobie, zwlokłam z wyra o 5tej rano, wsiadłam w pociąg i pojechałam do Łodzi. Przy okazji mając szansę spotkać Synka mego ciut wcześniej i spędzić z Nim w drodze powrotnej trochę czasu. Oczywiście wiedziałam, że nastąpi spotkanie z legendarną i tajemniczą aktualną partnerką mojego Byłego. Złapałam ją z zaskoczenia w wejściu do kaplicy na cmentarzu znienacka wyciągając rękę do powitania i mówiąc „wreszcie” zupełnie nie wiem dlaczego…. Nerwy mnie zjadły jednak trochę pomimo odstawiania chojraka. Całą mszę miałam ich na wprost linii wzroku bo usiedli tuż przed nami. Kajutka ręka trzymająca moją nieco studziła emocje ale i tak roniąc łzy nad trumną Danki płakałam trochę grzebiąc symbolicznie i ostatecznie całe swoje przeszłe życie z poprzednim nazwiskiem. Potem stypa… Próbowałam uciec na drugi koniec sali siadając na dalszym krańcu stołu ale zarówno Ela jak i Państwo L. usiedli tuż obok. Podawałyśmy sobie więc z Martą surówkę z marchwi i ziemniaczki… Łapki mi trochę dygotały, w środku drżałam, dodając sobie otuchy wizualizacjami rodem z brazylijskiej telenoweli właśnie, czyli szarpiąc rude owłosienie głupiej krowy i drapiąc pazurami po obliczu… Mały skandal na stypie? Byłoby co wspominać. Seba twierdzi, że Panna Mroźna też się denerwowała… jeśli tak to cóż… Jednak myślę, że musiałam ją w końcu zobaczyć na własne oczy . Tak długo istniała tylko jako zjawa jakaś… A tak wiem jak wygląda, widziałam, mam to z głowy… Żałowałam tylko cały czas, że Tomaszek akurat w delegacji po Niemczech się bujał miast trzymać mnie za rękę. Pochwalę się Nim kiedy indziej…