Seks po udarze…

Pomysł na ten post  zaczerpnęłam z bloga lewaczki, o którym już wspominałam. Nazwałam ją nawet swoją udarową młodszą siostrą. Żałuję, że na żywo nie mam kontaktu z udarowcami, chciałabym czasem wymienić się doświadczeniami, poradzić lub doradzić. Ktoś, kto przeżywa udar nie wiedząc o nim nic ponad to, co przemknie w tv czy necie jest bardzo zagubiony i takie udarowe rodzeństwo mogłoby bardzo pomóc. Tak myślę… Mnie pomaga…

Ale do rzeczy.. Ci co mnie znają osobiście ale również Ci, co mnie czytają od jakiegoś czasu wiedzą, że seks miał dla mnie zawsze duże znaczenie. Oczywiście wiele lat błądziłam i myliłam pojęcia, drogi, cele… A gdy w końcu odnalazłam sens i właściwy dla siebie sposób nie było mi dane zbyt długo się tym cieszyć. Udar zatrzymał mnie również i na tej drodze. Spotkanie Tomka, o czym już tu nie raz pisałam pokazało mi czym może być seks pomiędzy dwójką dorosłych kochających się i ufających sobie osób. Że nie musi być wyścigiem, manipulacją, środkiem, lecz celem samym w sobie, rozmową, kontynuacją uczucia… Oczywiście to, że może być świetną zabawą wiedziałam już wcześniej. Ale nigdy wcześniej nie czułam takiego luzu i beztroski. Zawsze miałam w głowie to jak wyglądam, czy jestem wystarczająco wydepilowana, czy dane światło odpowiednio mnie rzeźbi, czy bielizna jest wystarczająco seksowna. .. Nawet pierwsze doświadczenia z Michałem pomimo oczywistego zakochania były formą walki i wyścigu. Jak ja potrafiłam się wściekać nie dostając tego, czego chciałam. Nasze seksualne porażki wpłynęły na całe moje późniejsze seksualne życie… Tak samo jak doświadczenie molestowania… Z perspektywy czasu bardzo żałuję straconych lat także w tym obszarze. Tych gigantycznych nerwów, stresu, obaw, kłamstw, gierek… Seks z byłym mężem mimo tego, że zawsze mówiłam, że był udany, też był jakąś formą walki między nami… Szczególnie ten ostatni, akt żebrania o miłość w obliczu końca… Robi mi się cholernie przykro jak pomyślę ile w nim było rozpaczy i przerażenia…

Ale wróćmy do udaru… Ponieważ doznałam udaru podczas seksu jakiekolwiek nasze wyczyny seksualne po przerażały mnie wizją powtórki. Mimo iż ciało domagało się pieszczot i dotyku strasznie bałam się pójść na całość. Dlatego np pierwsza przepustka ze szpitala to była „tylko” jedna wielka czułość. Ale z naszymi temperamentami nie wytrzymalismy długo w zupełnym celibacie. Co prawda lodowate sale i łazienki szpitala w Piaskach nie sprzyjały zbytnio ale postanowiłam, że jakiekolwiek pierwsze seksualne doświadczenia po udarze muszą odbyć się na bezpiecznym gruncie z szybkim i bezpośrednim dostępem do lekarzy i sprzętu, na wszelki wypadek. Potem wspinałam się po schodach na 4 piętro bo ktoś powiedział, że z seksem po udarze jest jak po zawale, jak wejdziesz po schodach na 4 piętro i nie umrzesz to potem już Ci wolno go uprawiać..Weszłam zatem… Hulaj dusza… A właściwie ciało… No i zaczęły się schody ale nieco inne.. Okazało się, że udarowy strzał naruszył nie tylko to co widoczne na zewnątrz. Wszystkie moje mięśnie po lewej stronie zostały osłabione. No i trzeba było się nauczyć innych dróg i sposobów na satysfakcję. Od zawsze byłam kobietą potrzebującą dużo czasu i starań. Po udarze potrzebuje jeszcze więcej. . I cierpliwości… I czułości… Samozaparcia i luzu własnego, akceptacji ograniczeń fizycznych, no bo łóżkowe wygibasy w moim wykonaniu są już niestety mocno ograniczone. Nie zwisnę z żyrandola, noga słabsza dużo niż kiedyś nie pozwala na długodystansowe jeździectwo,  ręka lewa czasem wysiada, brzuch czasem przeszkadza… Ale miłość pomaga wszystko pokonać, odpowiedni partner u boku, którego zakochany wzrok dodaje skrzydeł a pożądliwe ręce pomagają na każdym kroku… Nawet pewnie nie zdaje sobie sprawy jak bardzo pomógł mi i w tym obszarze…

Reasumując… Udarowcu… Przyszykuj się na nowe wyzwania, długą walkę o orgazm, nowe ograniczenia, zaakceptuj zmiany, pokochaj nową/nowego siebie, ufaj i kochaj.. Wszystko w końcu jakoś się ułoży.  Nawet jeśli na innym boku niż dotychczas…

Reklamy

Pamiętnik…

Przypomniałam sobie dziś o czymś… O 5 nad ranem, jak zwykle obudzona przez fizjologiczną potrzebę i jak zwykle nie mogąc zasnąć potem.Myśląc jak zwykle o Kaju i naszej kłótni. Przypomniałam sobie jak kiedyś, nie wiem czy jest na to usprawiedliwienie, przeszukiwałam pokój Młodego i znalazłam notesik, w którym zapisywał różne rzeczy a w nim wpis na swój temat. Bardzo ostry, bluźnierczy, zszokowana skojarzyłam, że Kaj z kolei przejrzał moją szafkę nocną i znalazł mój pamiętnik, w którym zapisywałam wiersze, erotyki, pragnienia intymne, wspomnienia seksualne… Z którego dość brutalnie dowiedział się, że matka prowadzi intensywne życie erotyczne nie tylko z jego ojcem… Przerażona, że opowie Sebastianowi, zapisałam w pamiętniku notatkę, rodzaj listu do Syna, w którym sugerowałam, że źle zrozumiał, że to fikcja itp. Potem bardzo szybko wyrzuciłam całe zdarzenie z pamięci, wstydząc się siebie, Jego…. Dziś pomyślałam, że to co przeczytał i to co sobie wtedy o mnie pomyślał musiało mocno namieszać Mu w głowie. Że nienawiść splotła się z miłością już nierozerwalnie. Do tego pamięć o wyprowadzce z domu kiedy zostawiłam Go z ojcem…. Potem słyszał wielokrotnie nasze awantury, podczas których Sebastian niejednokrotnie tą wyprowadzkę i Piotra mi wypominał… Czyli żył sobie w przekonaniu, że ma matkę… no tak… nawet tu tego słowa nie wypowiem… wstydzę się…. Czy mi to kiedyś wybaczy??

Strumień świadomości…czyli rozmaite refleksje…

Odkryłam wczoraj blog młodej dziewczyny, która przeszła udar http:/lewaczka.pl/ – jak cudownie poczytać o takich samych odczuciach i refleksjach… wiedzieć, że ktoś jak ja boi się śmierci, niepewnie patrzy w przyszłość. Poniżej mój komentarz do jej posta o „udarowych urodzinach”, które od choroby obchodzi co rok. Bliskie jest mi takie traktowanie naszej choroby…

„Wg Twojej nomenklatury obchodziłam 11 grudnia 2017 roku pierwsze poudarowe urodziny. Krótko po tych prawdziwych 43cich…Ja z kolei zawsze uwielbiałam urodziny, z resztą świętuję każde możliwe okazje. Postanowiłam sobie właśnie, że będę świętować te drugie także, chociażby przez sprawienie sobie tego dnia jakiejś osobistej przyjemności…Piszesz o zmianach, które przynosi choroba,tych mniej oczywistych, bo na lepsze.. tak trudno je zauważać na co dzień…Konsekwencje choroby są straszne , czasem w tych gorszych dniach myślę, że oddałabym wszystko co się polepszyło za powrót do stanu zdrowia sprzed… Chociaż tak naprawdę wcale nie wiem jaką decyzję bym podjęła gdybym stanęła przed takim wyborem… Byłam dumna ze swej fizycznej samodzielności, takiej wówczas normalnej.. Wsiadałam za kierownicę własnego autka kiedy tylko naszła mnie taka ochota, chociażby po to by „pospacerować”… Godzinne spacery po lesie z psem , kiedy tylko czas, pogoda i humor pozwalały… Schody w górę i w dół kilkanaście razy dziennie… Podbiegnięcie do autobusu – pestka… Długi namiętny seks pełen większych czy mniejszych akrobacji…. Robienie sobie samej paznokci co najmniej raz w tygodniu…Bezstresowe wyjście na basen czy siłownię… Tuż przed chorobą odkryłam na nowo przyjemność z jazdy rowerem…. No tak ale miało być o zmianach na lepsze… Większa niż kiedykolwiek empatia, uwrażliwienie uczuciowe, czasem nawet przewrażliwienie,… Przewartościowanie życia, zmiana priorytetów, podział na rzeczy ważne i ważniejsze… Rzucenie fajek oczywiście, choć do dziś szczególnie wieczorami muszę zajadać chęć zapalenia… Załatanie dziury w sercu kończące napady migreny, wyłączające mnie często z życia na parę dni… Naturalna segregacja znajomych i przyjaciół… Chociaż tę akurat zaliczyłam już wcześniej przy okazji zaprzestania spożywania procentowych napojów wszelkiej maści… Ciężko mi idzie selekcja zmian na te poudarowe ponieważ ten nieszczęsny 2016 obfitował w traumatyczne przeżycia, które wypaliły ogromne ślady w mojej psychice… Rozstanie po 21 latach z mężem, rozbicie rodziny, wyprowadzka Syna, pożegnanie wieloletniej psiej przyjaciółki, przeprowadzka z uroczego domku z ogródkiem do mieszkania w bloku w centrum Poznania… Udar był wisienką na torcie….Moja terapeutka twierdzi, że wciąż jeszcze nie pogodziłam się z chorobą, nie zaakceptowałam jej a co za tym idzie zmian, które przyniosła… Pomimo aktualnego osobistego szczęścia uczuciowego , ogólnie dobrego stanu zdrowia ( lekkie kulenie, sporadyczny ból lewego ramienia, niedoczynność tarczycy , rosnąca waga to „drobiazgi” przecież w porównaniu do tego co mogło mi zostać…) Ojej, przepraszam , że się tak rozpisałam , cudownie „ gadać” z kimś kto przeszedł tą samą chorobę….”.

Tomaszek wyjechał a ja siedzę przy laptopie i ogarniam. Trochę „sprzątam” w mailach, dokumentach, plikach, zdjęciach. Oczywiście za dużo tego na raz ale od czegoś przecież trzeba zacząć… Wlazłam oczywiście w foldery rozwodowo-Sebastianowe. Posłuchałam sobie naszej radosnej konwersacji sprzed zaraz dwóch lat na temat tego kto weźmie na siebie winę w sądzie , jego lodowaty beznamiętny ton nawet mnie już specjalnie nie poruszył, dużo bardziej wstrząsnął mnie mój głos, udawana obojętność, lekkie drżenie, odgłos kolejnych odpalanych papierosów… Szkoda mi się zrobiło mnie samej, taka byłam wówczas przerażona , niepewna, ten ból słychać w każdym wymawianym słowie… Jednocześnie pamiętam tą ogromną kontrolę wypowiadanych słów, przecież to ja wiedziałam, że nagrywam i musiałam planować te słowa tak aby on powiedział to, co chciałam usłyszeć… Gorsza dużo jest dwu i pół godzinna rozmowa z 1 kwietnia 2016- ławka na Cytadeli, tuż po powrocie od Siostry mej, po przesranych Świętach, podszyta szlochem i błaganiami o powrót… Boże daj mi siłę do usunięcia tego wraz z całym materiałem dowodowym, który zbierałam do rozwodu z orzekaniem o winie… Ta korespondencja z Martą, Z Gośką, która okazała się jednak nie tak lojalna jak myślałam…Jasne, znając ją i jej światopogląd wiem jak trudno jej było ukrywać wszystkie moje grzechy… Ale zdanie, że zawsze życzyła Sebie odwagi w walce o własne szczęście…. Jakim qrwa prawem , nie znając jeszcze wówczas całego kontekstu, to mnie obarczyła winą za wszystko…. Sara zrobiła podobnie, choć jej pobudką była złość na mnie…… A podobno my kobiety powinnyśmy trzymać się razem i wspierać bez względu na wszystko… Oczywiście przez wsparcie nie rozumiem ślepego poparcia tylko konstruktywną krytykę a nawet kop w dupsko czasem, byle w świadomej chęci pomocy osobie bliskiej…

Odpływam gdzieś dziś w tym pisaniu… Wielowątkowość tworzy wrażenie chaosu… Nazywam to strumieniem świadomości, jak w nocnych bezsennych godzinach kiedy nie umiem tego powstrzymać i wyciszyć…

Co się jeszcze zmieniło? Stałam się jeszcze bardziej szczera w wypowiadaniu swoich opinii i mówieniu o tym co czuję… tyczy się to przede wszystkim bliższych znajomości… Choć bolą mnie te stracone, walę prosto z mostu co mnie boli i czego nie akceptuję… Niektórzy wówczas oskarżają mnie o okrucieństwo, egoizm i zadufanie… A ja tylko nie chcę już w swoim życiu udawania, sztuczności, zastępstwa, bycia na niby… Nigdy więcej…

Święta, święta i po…czyli o tym jak trudno się zmienić…

Drugi dzień świąt… kurz już trochę opadł… nawet nieco odzyskałam oddech po świątecznym wyścigu po perfekcyjne święta… w którym jak co roku zajęłam jedno z ostatnich miejsc.. świąteczny zajob nie wiadomo o co i po co jak zwykle skosił to, co w teorii przynajmniej powinno być najważniejsze… może właśnie odnalazłam przyczynę bólu głowy, który mnie trzyma czwarty dzień… może jednak to nie kolejny udar czający się w moim ciele, nie guz mózgu, nawet nie skutek uboczny wznowionego niedawno antydepresantu, tylko przegrana z góry walka sama nie wiem o co….lampeczki świecące się gdzie się da nie rozjaśniły mi w głowie na tyle, żebym uniknęła sama siebie… z resztą… wyłazi ze mnie okropna żona byłego męża, którą tak trudno znieść, że należy ją wymienić na inny, ulepszony model… i nie mówię o wieku ani o tuszy czy rozmiarze biustu… wredota, krytykująca, poprawiająca, oczekująca ch…j wie czego… bo ona sobie wyobraziła, że będzie tak i nie daj Boże, żeby ktoś miał inny pomysł…. Tomaszowi zaczyna brakować cierpliwości…”daj mi święty spokój”… ha… skąd ja to znam? dopadł mnie ostatnio dół jakiś potężny, brak cierpliwości i wytrwałości w rehabilitacji, złość na nogę wciąż kulejącą, na ciało nie takie jak rok temu, na tęsknotę spływającą nieposkromionymi wciąż łzami, miłość i troska Ukochanego przestała wystarczać… wciąż mi mało… wszystkiego…

ale było też mimo wszystko miło usiąść w końcu razem przy stole… pogadać z Młodym, popatrzeć na Niego… zjeść talerz ukochanej grzybowej… i cudnie było przecież budzić się w świąteczny poranek przy Jego boku… czuć Jego ciepło… obejrzeć w nocy serial… pokochać się ostrożnie  i cicho… wypić poranną kawę z makowcem zamiast śniadania….

Życzę Wam wszystkim silnych nerwów i żołądków, umiejętności ogarniania własnych bzików i tej radości z bliskości na cały następny Rok…

Mężczyźni mojego życia-cz.5

Postaram się z całych sił żeby to nie była laurka..

Pewnego dnia, zainspirowana tekstem Mariusza o księciu, który raczej nie podjedzie do Dąbrówki w białym mercedesie, zarejestrowałam się na portalu randkowym…Byłam do bólu szczera wychodząc z założenia, że jeśli znaleźć mam kogoś poważnego i być może ważnego, to nie mogę udawać, a poza tym już wcześniej podjęłam decyzję, że jeśli nie będę musiała to nie będę grać… Zastanawiałam się nad kimś tylko od seksu albo tylko od kin i kawiarni ale chyba chciałam kogoś od wszystkiego… Kompletnie nie brałam pod uwagę, że mogę się zakochać… Kilku facetów mnie zaintrygowało, z kilkoma popisałam ale chemia zadziałała tylko w jednym przypadku. i oto pojawił się w moim życiu budowlaniec, niby rozwodnik Bartosz. Na szczęście sam ze mnie zrezygnował używając mojego alkoholizmu jako argumentu. Pomógł mi na tyle, że doszło do mnie, że nadal jestem w stanie przeżyć fascynację facetem… Polatać ciut nad ziemią… pisać setki sms-ów, flirtować… Zranił jednak moją dumę na tyle głęboko, że planowałam już prędzej skorzystać z sugestii Karli niż rozpoczynać całą zabawę od nowa. W końcu znalezienie kogoś od zaspokajania potrzeb naszego ciała jest najmniejszym problemem. Jeszcze przed Barceloną, jakby przeczuwając kosza, postanowiłam spróbować jeszcze raz, z ciekawości i bez zbędnej nadziei. Poczytałam kilka profili i zainteresował mnie opis starszego ciut ode mnie rozwodnika z Konina. Wysłałam mu uśmiech i parę komentarzy. PO powrocie, już porzucona, otarłam łzy złości i zajrzałam na swój profil. Facet odesłał uśmiech i zaczęliśmy trochę pisać a chwilę później rozmawiać przez telefon. Na dość szybko zadane pytanie czy mam ochotę się spotkać zareagowałam ” wiesz, w środę mam wolne…”. Na randkę oczywiście się spóźniłam, pospiesznie po pracy wzięty prysznic, szybki make-up, zwykła ale oczywiście krótka kiecka i czarne sandałki na obcasie… Widziałam jak śmieją Mu się oczy na mój widok… Wysoki, dość postawny łysy facet z bardzo ciepłym uśmiechem i oczami, które od początku mnie ujęły… Zupa dyniowa w Silva, mnóstwo wypalonych fajek i świetna rozmowa… Jego ciepło, to mi najbardziej utkwiło w pamięci… Na pytania Mamy i koleżanek jak było, odpowiadałam” super tylko szkoda, że jest łysy…”. Teraz kocham tę Jego łysinę…I szaleję na punkcie lodowato błękitnych oczu… I wszystko dalej potoczyło się w błyskawicznym tempie…. Bardzo szybko zaczął zostawać na noc, bardzo szybko powiedziałam Sebie, że jest Ktoś, kto nocuje w jego domu…Seks rozkręcił się również błyskawicznie do poziomu, którego jeszcze nie zaznałam, do zabawy, bez oceniania, bez konkursu, kto lepiej. Świat zawirował, na totalnym haju oświadczyłam Mu się, pędziłam sama nie wiem dokąd. Chyba była w tym chęć udowodnienia całemu światu jak to sobie świetnie poradziłam… Od początku czułam się przy Nim bezpiecznie, ogarniał mnie jakiś spokój… Oczywiście zdarzyło nam się pokłócić…Ujął mnie opieką nad Norą… Czułością jaką otoczył nas obie…. Ugotowaną na obiad chińszczyzną, brakiem speszenia podczas spotkań z moimi bliskimi… Poczuciem humoru, otwartością… Pomocą we wszystkim, akceptacją mnie całej, mimo odkrywania coraz ciemniejszych moich sekretów… Wiem, że się bał, że wciąż kocham Sebę, że do niego wrócę… I pewnie miał czego w pewnym sensie… Zaczęło się szaleństwo przeprowadzkowe, pakowanie, zakupy, sprzątanie… Pomagał z całych sił mimo, że wiedział, że być może jednak ze mną nie zamieszka… No i BUM! Przyszedł udar… Niespodziewanie zmieniło się wszystko. Z faceta na teraz stał się facetem na zawsze… Uratował mi życie, będę to zawsze powtarzać… I wtedy kiedy zadzwonił po karetkę i potem kiedy dawał mi powód do walki, dawał nadzieję, uśmiech….Ocierał łzy, przyjeżdżał codziennie, przez parę miesięcy praktycznie żył moim życiem… Nie wiem jakim cudem znajdował jeszcze czas na pracę… Jadł byle co, spał niewiele no bo przecież jeszcze trzeba było mnie przeprowadzić, zapakować, rozpakować, kontaktować się ze wszystkimi… Nie jestem w stanie wyobrazić sobie co przeżył w szpitalu wiedząc, że walczę o życie, stojąc obok mojego wciąż legalnego męża, obok mojego Syna, mojej Mamy… Tak, to jednak będzie laurka… Moja wdzięczność nie da się opisać… Mój podziw dla miłości, którą mi ofiarował… Po trzech miesiącach znajomości stanął oko w oko z sytuacją traumatyczną i wyszedł z niej zwycięsko. Mój prywatny Bohater…. A teraz? Cóż, żyjemy jak małżeństwo, którym będziemy za parę miesięcy… Kochamy się, kłócimy czasem, przeżywamy swoje różne pierwsze razy, już nie bawimy się w dom tylko żyjemy prawdziwym życiem… Bywa ciężko, bywa trudno, bywa łzawo… Ale nadal jest moim Bohaterem i będzie Mężczyzną mojego życia już zawsze, bez względu na wszystko…. Nadal szaleję za błękitem Jego oczu i tym wszechogarniającym ciepłem. Nadal uwielbiam z Nim rozmawiać, budzić się koło Niego i zasypiać… Nadal tylko On mnie uspokaja i tylko przy Nim czuję się bezpieczna… Mam pewność, że poradzi sobie w każdej sytuacji a ja razem z Nim… Kocham Cię Tomaszu jak nigdy nikogo….

Życie po udarze…

Rzygam już pisaniem o rozwodzie, wystarczą mi regularnie powtarzające się sny, w których albo Seba albo Tomek mnie porzucają. Wiec będzie o życiu po udarze…

Tak, zdaję sobie sprawę, że trochę uciekłam spod kosy… Raczej traktuję to jako ostrzeżenie i zastopowanie. Jakiś mało śmieszny dowcip w stylu to teraz ci pokażemy jak to jest być na prawdę zależną od kogoś, kto będzie przyjeżdżał codziennie  ileś tam kilometrów żebyś miała czyste i pachnące ciało i włosy i żebyś miała do jedzenia coś więcej niż szpitalne dno i żebyś nie czuła się tak cholernie samotna… Jak to jest stracić panowanie nad swoim ciałem i nie móc sobie wydepilowac samej brwi i uczesać włosów w kitkę.  Jak to jest musieć prosić obce osoby żeby poszły z tobą do kibla i podciągnęły ci gacie na dupę, bo sama musisz zawsze trzymać się czegoś jedną ręką. Nie pamiętam już całkowitego paraliżu lewej strony. Pamietam tylko złość, że Tomasz tak cholernie dlugo wkłada mi tą koszulę nocną przed przyjazdem karetki. I uczucie, już na szpitalnym łóżku dzień po, że lewa noga i ręka ważą nagle ze sto kilo każda. Nie pamiętam pierwszych kroków po udarze, znam je tylko z Tomkowych opowieści o trzęsących się nogach i tyłku w pampersie. Pamiętam słowa mojej prywatnej cudotwórczyni Oli o tym żebym nie spuszczała wzroku z ćwiczonych kończyn i to jej nieśmiertelne „dasz radę Sylwia, świetnie ci idzie”. Do dziś mnie karmi tym swoim optymizmem. Dziękuję Ci cudzie mój ❤. Nie pamiętam tego pierwszego strachu. No, może poza przerażeniem, że już nie zobaczę Kaja i nie będę mogła mu już nic wytłumaczyć ani już nigdy przytulić. „Zadzwoń do Kaja i powiedz mu, że Go kocham” powtarzałam. Skądś wiedziałam, że mam udar ale nie mialam pojęcia z konsekwencji. Nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji, automatyczna obrona mózgu zadziałała błyskawicznie zmniejszając świadomość. Wielokrotnie już opowiadałam, że pamiętam twarze Tomka i Seby przy szpitalnym łóżku i ciepło ich dłoni. I pikanie maszyn na sali intensywnej terapii. I wstyd za pampersy i za cewnik.   I że moi życiowi mężczyźni widzą mnie taką. Jaka bylam zła, że Seba ma ukoronowanie tej mojej rzekomej słabości. I pamiętam  transport do Piasek w takim dziwnym karetkowym krześle i wózek stojący przy łóżku jako stały element wyposażenia. Qrwa w Wigilię czułam ten wózek każdą częścią ciała i przekonana byłam, że już z niego nie zsiądę. I pytania zadawane sobie po cichu, jak będę jeździć tym wózkiem po tych paru wolnych metrach w nowym mieszkaniu? I czy Tomek podoła, czy wytrzyma, czy świadomie zmarnuje sobie życie? I skąd weźmiemy kasę na dalszą rehabilitację? I czy będę panną młodą na wózku?  I czy Kaj będzie się mnie wstydził?  I czy dać Sebie rozwód czy z zemsty udupić go robiąc szoł na rozprawie i nie wyprowadzając się z Dąbrówki? Setki pytań… I codzienne trudności. .. Z jedzeniem bez obu sztućców, z odniesieniem talerza, z utrzymaniem książki w rękach, z czytaniem w ogóle, z ustaniem przy umywalce podczas mycia zębów, z ciągłym proszeniem kogoś o coś. I z tym cholernym wysiłkiem trzy godziny dziennie na ćwiczeniach. Bo noga nie słucha i lata gdzie chce a poza tym zrobiła się tak cholernie ciężka. I ręką nie sięgam tam gdzie bym chciała i krzyk z wysiłku a czasem z bólu gdy mi moje prywatne anielice-rehabilitantki rozmasowywały mięśnie albo uciskały te sławetne punkty spustowe. Siniaki na nogach. Ciągłe „palce,pięta” w głowie i zazdrość,  że inni po prostu chodzą. Lodowatość łazienki i przyspieszona do granic możliwości kąpiel z Tomaszem. Byle szybciej obmył, ogolił,  wysuszył i nie, nie wycieraj tak mocno bo skóra po lewej stronie wciąż nadwrażliwa! Samotność szpitalnego łóżka i narastająca tęsknota za ciepłem i zapachem kochanego ciała obok. Wyczekiwanie na wizyty, każda była odmianą i odrobiną normalności….A przecież każdy ma swoje życie, swoje sprawy, nie można od nich wymagać, żeby rzucili wszystko dla mnie.. Pamiętam to znienawidzone uczucie owiniętego watą mózgu, do którego nie docierają bodźce i informacje.  Tylu rzeczy nie pamiętam…Ta wata zeszła mi dopiero kilka tygodni po powrocie do domu… A jak to wygląda teraz? Po niespełna 11 miesiącach od udaru? Dużo we mnie złości i niecierpliwości. . Bo noga wciąż ciężka i każde unoszenie jej to dźwiganie tony a godzina rehabilitacji z Oleńką to godzina w kopalni…Bo chwilka stania przy kuchni i już jestem zmęczona… Bo przy każdej czynności coś mi z tej lewej ręki wypada albo coś potrącam. Bo wciąż potykam się o dywaniki na podłodze i zostawione np przez Tomka kapcie. No bo dlaczego on do cholery nie domyśli się, że będę tedy szła?? Bo wciąż jeszcze nie mogę wysuszyć włosów na szczotkę tak jak lubiłam,bo lewa ręka tej szczotki jeszcze nie chce utrzymać… Bo po kąpieli i wszystkich tych łazienkowych czynnościach jestem tak zmęczona, że mogłabym się z powrotem położyć. Bo próby układania czegoś na półce kończą się wkurwem na maksa, bo te cholerne ciuchy jakoś mi się rozwalają w rękach a książki upadają na podłogę. Bo najchętniej chodziłabym non stop w dresach, bo cholernie ciężko założyć rajstopy i dopiąć sukienki na powiększonym ciele. Właśnie. Zwiększenie wagi wymykające się spod kontroli i skutkujące brakiem połowy garderoby łącznie z ukochanymi riskowymi sukienkami o spodniach nie wspomnę. A tak bym chciała znów zrobić się na bóstwo.  I żeby On zobaczył mnie taką zrobioną i elegancką w całości a nie musiał ciągle czegoś dopinać czy poprawiać. A wciąż jest mi potrzebny do codzienności, bo jeden stanik zapnę sama ale drugiego już nie, bo nie za długo mogę stać przy desce i prasować wiec wciąż ubieram to samo, bo reszta nie dość, że za mała to pognieciona po prostu. Bo nie mogę przemóc strachu przed prowadzeniem auta, z resztą stopa jeszcze nie radzi sobie ze sprzęgłem a tak bym chciała sobie sama gdzieś pojechać, ot tak dla kaprysu… Bo nawet poruszanie się po mieście komunikacją wzbudza mój strach. Boję się wyjść sama bez ostoi Jego rąk. Bo w łóżku brak mi elegancji i lekkości i czuję się jak żaba, na dodatek otłuszczona… Bo nie zgodziłam się na ten udar i nadal nie godzę. Bo go nie akceptuje a przez to i siebie samej… Bo Sylwia perfekcjonistka nagle wyparowała i nie umiem jej zastąpić…A jednak siedzi gdzieś tam  w środku i marudzi..Bo.Bo nie lubię swojego odbicia w lustrze… Bo chciałabym już wrócić do pracy, głównie ze względu na kasę, której brak, ale przecież nie dam jeszcze rady ogarnąć wszystkich obowiązków. .. Bo chyba odwołamy uroczysty ślub z weselem  żeby nie spłacać kredytu przez ileś tam lat a poza tym przecież dla Tomka to i tak byłoby to spełnienie tylko mojego kaprysu…

EDYCJA Nie napisałam jeszcze o strachu, który mi towarzyszy od grudnia właściwie non stop. O paroksyzmie strachu gdy tylko trochę zaboli głowa czy zdrętwieje policzek. O przerażeniu i wizjach powtórnego udaru. O strachu, który utrudnia chodzenie bo strasznie boję się znów skręcić kostkę i chodzę zbyt ostrożnie. O baniu się samotności, bo kto mnie wtedy uratuje… O strachu przed długą podróżą… O tym co komplikuje normalność i ogranicza. O tym czego do tej pory nie doświadczałam,bo przecież nie bałam się niczego. Albo inaczej nie zdawałam sobie sprawy ze swoich strachów a teraz mam je materialnie obok…

Mężczyźni mojego życia-odc.4

Oj, jak bardzo nie mam ochoty pisać tego wpisu…ale po pierwsze obiecałam tu być szczera a po drugie miałam skupić się na facetach w swoim życiu żeby coś zrozumieć…wolałabym napisać o Tomaszu ale to chyba jeszcze nie ten moment. Poza tym On jest przecież w każdym wpisie ostatnio. Tyle juz o Nim napisałam…więc… mężczyźni w moim życiu…jak bardzo je skomplikowali to już wszyscy wiemy… Ojciec wyznaczył pewien wzorzec, wzór, do którego wpasowywałam się przez tyle lat. Ale to wszystkiego nie usprawiedliwia. Przecież wybierałam ich świadomie, może potem upijałam się przed pójściem z nimi do łóżka… tak jakbym jednak robiła to wbrew sobie.. często flirtowałam, prowokowałam i nawet jak miałam ochotę uciec, zastopować, zmienić zdanie uważałam, że już jest za późno, że nie wypada…I potem budziłam się rano pełna obrzydzenia do samej siebie i wstydu.. wystarczało do następnego razu… flirt dawał mi siłę i pewność siebie, rodzaj władzy… że niby to ja ich wybierałam i to ja decydowałam co dalej i w jakim tempie… co za bzdura… ten sam schemat przez lata.. starszy facet zwykle grubo po 40stce (sorry to było naście i dziesiąt lat temu) często mój bezpośredni przełożony zagubiony w życiu osobistym i zawodowym, zapatrzony w rezolutną śliczną młódkę, przy której mógł się wreszcie wygadać i poczuć się męski. Na tym etapie nie był ważny jego stan majątkowy ani rodzinny, do dziś nie mogę sobie wybaczyć romansu z Piotrem i rozbicia jego rodziny, łez jego żony i późniejszej jej choroby, do której na pewno się przyczyniłam. Ale ten schemat jeszcze jakoś jestem w stanie sobie wytłumaczyć. Natomiast jednorazówek bez sensu i przyszłości juz nie. Ci wszyscy faceci. Starsi, młodsi.  Często po latach już bezimienni. Jezu, nie jestem w stanie policzyć ile razy zdradziłam męża. I czego do k…y  nędzy szukałam w trenerze Kaja czy kumplu przyjaciela?? Oczywiście czasem łączył mnie z nimi niezły seks ale często to też były rozczarowania. Nie pojmuję dziś sama siebie. Próbowałam się jakoś wczuć, przypomnieć sobie co czułam i myślałam. Nie potrafię. Nie rozumiem. Jakbym wchodziła w obcą babę, puszczającą się nie wiadomo dlaczego. Tak, było mi źle w domu, tak, byłam samotna, tak, miałam furę kompleksów, z których niby mieli mnie wyleczyć. Nie wierzyłam ani w swoją inteligencję ani możliwości.  Liczyła się tylko uroda… Większość z nich z miejsca oferowała mi małżeństwo, nie mając krztyny  skrupułów wobec mojej rodziny… większość znała mojego syna, część pomagała mi w domowych obowiązkach,  był nawet taki, który dał mi kasę na gwiazdkowy prezent dla Seby… wozili mnie, karmili,  ubierali,  upijali… pewnie niektórzy nawet mnie kochali na swój sposób… tak mi dziś przykro, że byłam kompletnie nie warta obrączki na palcu… tak trudno uwierzyć, że jestem warta teraz… tak bardzo czasem się boję… I modlę się żeby nigdy nie wróciła tamta Sylwia… tak trudno pokochać teraz samą siebie wiedząc ile zła wyrządziłam kiedyś… I trudno uwierzyć, że Tomek może mnie taką kochać… z takim bagażem…

Rozmawiałam dziś z przecudowną, mądrą, wspaniałą, okrutnie doświadczoną przez życie kobietą, która tak jak ja odbudowuje właśnie swoje życie. W ogóle mam szczęście ostatnio do takich świetnych, pokaleczonych babek, których mądrość zachwyca mnie nieodmiennie równie mocno jak ich uroda. A głupota ich facetów poraża i wkurza mocno… Silne babki, znoszące przemoc, alkohol, ciężkie choroby.. a mimo to błyszczące dziś odzyskanym szczęściem… jestem dumna, że zaliczają mnie do bliskiego sobie grona… to też zobowiązuje… więc może dość już kajania się, przepraszania za przeszłość, nie mam mocy jej zmienić ale mam moc żyć inaczej, mądrze kochać, podejmować mądre decyzje, wybierać sobie na przyjaciół właśnie takich dobrych energetycznie ludzi… w końcu jestem przecież trzeźwa i nauczona doświadczeniem… Trzymam kciuki z całych sił za nas wszystkich…