Pamięć fotograficzna

Kiedyś, chyba w jakimś filmie, padło stwierdzenie, że orki robią takie jakby zdjęcia temu co widzą, np.zapamietują w ten sposób ludzi.. Jestem zatem ludzką orką…

Ujęć mnóstwo. Klatek. Zatrzymanych w danym momencie. Część nieprzyjemnych, odpychanych jak tylko się pojawią, najczęściej te z ojcem w kontaktach raczej nie rodzicielskich. Klatka: noc, cisza, Jego oddech… Klatka: ja na Jego kolanach.. Klatka:oczy Seby podczas tej nocnej rozmowy… Klatka:oczy Kaja gdy Mu mówiłam, że się wyprowadzam. Klatka: zwłoki Taty wynoszone z mieszkania w Łodzi. Klatka: ostatni oddech Nory. Klatka: dławiący strach jak pogotowie wynosiło mnie z Dąbrówki i powtarzane do Tomka „powiedz Kajowi, że Go kocham”.

SA też milsze.. Klatka:granatowe oczy Kaja tuż po narodzinach, zapach Jego skóry przy karmieniu. Klatka: uśmiechnięte niebieskie oczy Tomka na mój widok na pierwszej randce. Klatka: Jego ciepłe ręce obejmujące mnie na pożegnanie. Klatka:Jego ciepła dłoń trzymająca moją w Piaskach gdy przy Nim zasypiałam chora w gorączce. Klatka: moje rozciagniete w uśmiechu policzki na naszym ślubie. Klatka:Kaj śpiewający Timberlake’a na jakichś tam dniach szkoły podstawowej. Klatka: uśmiechnięty pysk Nory na wiosennym spacerze w lesie. Klatka:strach wymieszany z radosnym oczekiwaniem tuż przed pierwszym ukłuciem igły na karku przy pierwszym tatuażu. Klatka: pierścionek zaręczynowy od Tomka na palcu i natychmiastowy telefon do Donaty, żeby się pochwalić. Klatka: czarny rozgwieżdżony kwadrat okna w dachu kajuty jachtu przed wypłynięciem jeszcze w pierwszym porcie w Chorwacji i zapach lawendy, którą Seba na mnie rozsypał przez to okno.

CDN.

Smutek…

Trochę mi dziś smutno. Nie za bardzo. Tak w chwilach pomiędzy innymi. Pomiędzy pracą, Freją a snem. Nie wiem jak długo jeszcze będę odczuwać smutek na myśl o swoim dawnym życiu. Czy kiedyś przestanie boleć to, co się nieudało, co nie wyszło, co okazało się porażką? Czy kiedyś przestanę odczuwać tak głęboki smutek w chwilach refleksji? Nie żal tylko właśnie smutek… Paradoksalnie nie ma to jakby nic wspólnego z aktualnym szczęściem, z momentami, kiedy aż mnie zatyka od poczucia jak kocham i jak jestem kochana… To idzie jakby obok, równolegle… Tak jakby wciąż we mnie był i czasem wypływał na wierzch, zupełnie niezależnie od okoliczności… Dziś dorwał mnie w samochodzie, pośród setki innych myśli, nagle przyszło jakieś wspomnienie a po nim smutek… Nie jest on już co prawda pochlaniającym mrokiem, tylko cieniem jakimś chwilowym… Ale jest… Mimo upływu dni, miesięcy, lat… Może dobrze, że jest? Może jest dowodem na refleksję, wyciąganie wniosków, może jest po prostu wynikiem życia mojego… Może zawsze gdzieś tam był, inny w swej treści ale tak samo smutny? Może jest, był i będzie nieodłącznym już towarzyszem?

Porażki..

Nie sprawdziłam się jako pierwsza żona, nie sprawdziłam się jako matka, zawiodłam tyle razy, że w sumie wciąż się dziwię, że oddycham… Nie naprawię już żadnej z tych rzeczy…. Mogę tylko żyć swoim nowym życiem tu i teraz i modlić się żeby już więcej nie zawieść… Cieszyć się z chwili zabawy z psem, uwielbiać Tomasza i szanować go i wspierać tak jak nigdy nie robiłam tego wobec Sebastiana. I błagać Boga żeby kiedyś pogodził mnie z Synem… Bo drugiego mieć nie będę… Żeby pomógł mi nie popełniać tych samych błędów, nie dać się sprowokować, nie reagować impulsywnie, móc przemyśleć każde słowo w rozmowie, kochać Go wreszcie za to, że jest a nie jaki jest. Magda, sąsiadka z dołu, której syn zabił się po zawodzie miłosnym parę lat temu i którego zwłoki zbierała w częściach z torów ostatnio powiedziała „Sylwia ale Go masz.”. Aż mi się głupio zrobiło. To prawda mam ale przecież jakby Go nie było… Mam i nie mam… Mam i za każdym razem nie umiem normalnie z Nim pobyć,porozmawiać… I za każdym razem wyję z żalu i wściekłości na samą siebie… Mój Syn. Mój największy sukces i moja największa życiowa porażka…

Ad snów ciąg dalszy…

Jakiś miesiąc temu śniła mi się Julia Roberts, która zakochała się we mnie i proponowała wyjazd wraz z nią do LA. Rozważałam to, poważnie martwiąc się co z Tomaszem 🤣 przedwczoraj z kolei całą noc spędziłam z Dodą i jej ekipą w trasie koncertowej. Robiąc zdjęcia, wywiady itp. Dziś za to próbowałam różne alkohole, wiedząc, że jestem uzależniona i że mi nie wolno, maczałam czubek języka w kieliszkach mówiąc, że przegadam to z Pauliną na terapii a teraz tylko chcę spróbować…. Ostatnio męczą mnie te sny już bardzo, nie pozwalają dobrze wypocząć, wyłączyć się w nocy… Z drugiej strony pozwalają przeżyć coś tak jakby na próbę. Na szczerość wobec siebie też pozwalają. Ostatnio często śni mi się Seba z Martą i ja u nich w domu robiąca jakieś porządki, szykująca z nimi pokój dla dziecka, prawie zaprzyjaźniam się w tych snach z Martą a Sebastianowi zawsze się za coś obrywa… Sny są dla mnie ostrzeżeniem, zmuszają do czujności, do samokontroli… Bo przecież skądś się biorą….

Miłość… Wcale wszystkiego nie wybacza…

Coraz częściej doświadczając różnych jej przejawów wobec Tomka i od Niego dochodzę do wniosku, że to co było między mną a Sebą nawet jeśli na początku miłością było to potem zmieniło się w jakąś hydrę bezkształtną, którą przyzwyczaiłam się miłością nazywać. Przykro mi, bo zasługiwaliśmy na więcej, oboje, no i Syna chowałam w takim czymś dziwnym. Nie nauczyłam Go miłości… Przepraszam Kochanie…. Nie mówiłam o miłości, nie mówiłam komplementów, nie cieszyłam się razem z Byłym z Jego sukcesów, nie chwaliłam nie mówiąc już o zachwycie czy podziękowaniu. Przyjmowałam wszystko co mi dawał jak naturalny Jego obowiązek, jeszcze mało mi było. Często łapałam się na myśli o tym, że mi się nie podoba, nie fascynuje mnie, nie pociąga. Tomasz przysyła mi swoje zdjęcie a ja mięknę i zgrzytam zębami z tęsknoty. Jestem z Niego dumna. Chwalę Jego sukcesy w pracy. Przepraszam jak coś spitolę, dziękuję za to co dla mnie robi. Oczywiście żremy się czasem ale nawet te kłótnie są inne, nie ma w nich walki na siłę o zwycięstwo, nie ma chęci dokopania drugiej stronie za wszelką cenę. No i jest we mnie spokój. Nie boję się zdrady, kłamstwa, ufam i wierzę w 100 procentach. Tęsknię strasznie jak się rozstajemy, kocham Jego obecność przy mnie. Jestem niesamowicie i dogłębnie wdzięczna, że dano mi zaznać takiej Miłości, że przyszła do mnie wtedy, kiedy byłam na nią gotowa. Wiem oczywiście  że w miłości trzeba dwóch stron zaangażowania, że Seba nie był też wobec mnie zbyt wylewny, że to nie tylko moja wina. Po prostu czasem mi smutno jak o tym pomyślę.

kolejny rozdział zamknięty?? przecież już dawno…

Mój Były zostanie tatą po raz drugi…I co? przecież do przewidzenia to było… A jednak żuję tą informację od wczoraj i dziwnie mi jakoś…. Zazdroszczę mu to prawda. Lecz z drugiej strony? Przecież gdyby mi tak strasznie zależało przeciągnęłabym swoją osobę po wszystkich możliwych lekarzach sprawdzając przeciwwskazania i możliwości. Tak ( sorry za porównanie) jak i w przypadku chęci posiadania psa… Gdyby mi na prawdę zależało zobowiązałabym się do wypełniania obowiązków . A Najdroższy mój Mąż pewnie po kilku dyskusjach dałby się przekonać… A tak czyż nie wygodniej rzucić w przestrzeń : oj za stara jestem i po udarze… Oj Tomek nie chce psa…. Leniwa jestem i tyle! Za dobrze mi w tym naszym bezpiecznym gniazdku, za wygodnie, za ciepło… Nic nie muszę, żadnych prawdziwych obowiązków… Tyle, że zawsze spełniałam się w tej opiece nad kimś i przytulaniu kogoś… Spełniałam się w byciu Mamą i właścicielką psa…. To o co mi chodzi? Żal mi? Ale czego? Kogo? Potwierdzeniem to ostatecznym dla mnie naszego nie bycia ze sobą już na wieki wieków? a może po prostu wściekam się, że on też szczęśliwy będzie? No bo przecież za krzywdy mi wyrządzone nikt go do cholery nie ukarał jeszcze!! To ja musiałam się wyprowadzić, porzucić ukochane przedmioty, wspomnienia, to na moich rękach umarła Norka, to ja w końcu udar mózgu miałam czego konsekwencje do końca życia odczuwać będę. A on? Nawet jak praca dla której porzucił swoje ukochane Lyreco go zawiodła to hej siup znalazł nową, latają sobie wakacyjnie po świecie, kasy im nie brak, zadowolenia z siebie też nie….a teraz jeszcze szczęśliwa rodzinka na zdjęciach się będzie uwieczniać… tak , szlag mnie trafia, trudno, muszę się przyznać do niegodnych uczuć…  Wybacz mi Boże brak pokory i pamięć krótką.. żółty wąż zazdrości… postaram się zbyt długo nie gościć go w sobie…. przecież szczęśliwa jestem i mam za co dziękować! Muszę Synowi swemu pomóc zaakceptować tą sytuacje i odnaleźć się w nowej roli wujko-brata. I pomóc mu znaleźć w tym radość. Nim sam tatą zostanie…

„Zabawa,zabawa…”

Tak sobie beztrosko poszłam z Tomaszem do kina na nowy film Kingi Dębskiej. I… Wyszłam z sali pijana, z suchością w gardle.. Pewnie nie pomógł przedkinowy ból głowy ani ogólnie średnie samopoczucie natomiast nie sądziłam, że aż tak mnie weźmie… przełykałam ślinę gdy bohaterki grane przez Dorotę Kolak i Agatę Kuleszę łykały wódę czy whisky, patrzyłam na rozchwiane spojrzenia, ręce ledwo zapalające papierosa i pytałam sama siebie czy ja też tak beznadziejnie wtedy wyglądałam? Kobiety piją inaczej, jakby bardziej po cichu,do siebie, no może nie wtedy kiedy wjeżdżają w podziemne przejścia ale… Ta usilność w wyraźnym mówieniu, błędny wzrok, chaotyczne ruchy…  Popłakałam się kiedy na spotkaniu AA kobieta opowiadała jak wychodziła z domu na noc chlać i spaliły się jej dzieci. Kurwa przecież ja też zostawiałam Młodego samego i wracałam rano… Samochód po pijaku prowadziłam raz jadąc do koleżanki kilka ulic dalej…  Wstrząsnęła mną myśl jakie w sumie miałam szczęście, nikt nie zginął, Kaj nie wstał w nocy i nie zaczął mnie szukać… Rozwiodłam się i tak, oczywiście, wszyscy wiemy, że chlanie miało w tym swój udział… Ale o ile gorzej mogłoby być…. Ile razy mogłam zaliczyć wpadkę jak najmłodsza bohaterka filmu?? Ile razy byłam o krok od niebezpieczeństwa pijana wracając do domu? Co prawda zawsze starałam się żeby jednak ktoś bliski i znajomy jakoś mnie asekurował. Ratował mnie też słaby żołądek , haftowanie trzeźwiło natychmiast. Z perspektywy tych 7 lat trzeźwości patrzę w lustro i trudno mi uwierzyć, że ja z teraz i ja sprzed 7 lat to ta sama ja…. Komu mam dziękować za opiekę? Bogu dziękuję przecież co jakiś czas…. Zawsze wiedziałam, że gdzieś tam nade mną czuwa mimo wszystko….