Odwieczna tęsknota…

Kiedyś zwana melancholią i opisywana poetycznie przez romantyków.Jak dla mnie nie ma w niej nic romantycznego. Udręka duszy i ciała. Jasne,że ma różne odmiany. Tę przyjemną jej stronę obserwuję witając gorącym pocałunkiem Tomasza po tygodniowej nieobecności i ciesząc się w tamtej chwili Jego zapachem, szorstkością brody na policzkach, tonąc w uścisku ramion…Ale gryzie mnie ostatnio podstępnie niezrozumiana tęsknota za przeszłością… Śni mi się były w przeróżnych konfiguracjach, niekoniecznie erotycznych, częściej przeżywam z nim różne sytuacje niby życiowe takie. I nie rozumiem tych snów. Tzn. wiem, że skłonność do tęsknoty jako takiej zawsze miałam. Poza tym przywiązuję się do rzeczy, przedmiotów, zwierząt, ludzi mocno bardzo i ciężko mi potem zapomnieć, pominąć, nie wracać… A 20 lat nie w kij dmuchał… Nie chcę tylko żeby ktoś pomyślał, że chciałabym może wrócić.. Pewnie bardziej osoba Seby wiążę mi się z familią całą, Kajem, Norą, domem… Pewnie idealizuję podświadomie przeszłość… ale męczy mnie to, chciałabym w końcu zamknąć ten rozdział, gruby może bardzo i z wielu podrozdziałów się składający , ale przecież na Boga szczęśliwa jestem tu i teraz, kocham całą sobą jak nigdy wcześniej, taplam się w tej miłości każdego ranka i popołudnia… Ucisz sny moje Boże, ucisz mą duszę, uspokój serce głupie… Spokój na mnie ześlij…

Reklamy

Brazylijska telenowela…

Kojarzycie te klimaty? Najbardziej nieprawdopodobne rozwiązania miłosnych wątków, ich skomplikowanie do granic możliwości… Od dawna już mówię, że życie pisze dużo lepsze scenariusze… Zmarła ostatnio babcia Sebastiana, ulubiony przeze mnie członek tamtej popieprzonej rodziny, zebrałam się więc w sobie, zwlokłam z wyra o 5tej rano, wsiadłam w pociąg i pojechałam do Łodzi. Przy okazji mając szansę spotkać Synka mego ciut wcześniej i spędzić z Nim w drodze powrotnej trochę czasu. Oczywiście wiedziałam, że nastąpi spotkanie z legendarną i tajemniczą aktualną partnerką mojego Byłego. Złapałam ją z zaskoczenia w wejściu do kaplicy na cmentarzu znienacka wyciągając rękę do powitania i mówiąc „wreszcie” zupełnie nie wiem dlaczego…. Nerwy mnie zjadły jednak trochę pomimo odstawiania chojraka. Całą mszę miałam ich na wprost linii wzroku bo usiedli tuż przed nami. Kajutka ręka trzymająca moją nieco studziła emocje ale i tak roniąc łzy nad trumną Danki płakałam trochę grzebiąc symbolicznie i ostatecznie całe swoje przeszłe życie z poprzednim nazwiskiem. Potem stypa… Próbowałam uciec na drugi koniec sali siadając na dalszym krańcu stołu ale zarówno Ela jak i Państwo L. usiedli tuż obok. Podawałyśmy sobie więc z Martą surówkę z marchwi i ziemniaczki… Łapki mi trochę dygotały, w środku drżałam, dodając sobie otuchy wizualizacjami rodem z brazylijskiej telenoweli właśnie, czyli szarpiąc rude owłosienie głupiej krowy i drapiąc pazurami po obliczu… Mały skandal na stypie? Byłoby co wspominać. Seba twierdzi, że Panna Mroźna też się denerwowała… jeśli tak to cóż… Jednak myślę, że musiałam ją w końcu zobaczyć na własne oczy . Tak długo istniała tylko jako zjawa jakaś… A tak wiem jak wygląda, widziałam, mam to z głowy… Żałowałam tylko cały czas, że Tomaszek akurat w delegacji po Niemczech się bujał miast trzymać mnie za rękę. Pochwalę się Nim kiedy indziej…

Plotą się nasze losy nieprzewidzianie…

Tak dobrze widzicie… To mój Były, z uśmiechem szamie obiad  podany przez moją Mamę a ja obok duszę się ze śmiechu. Tomaszek robił zdjęcie. Obok mnie, poza kadrem, siedziała moja była Teściowa… Tak nam się weekendowy pobyt w Łodzi rozpoczął…  Wrażenia? Cóż jeśli chodzi o Sebę to żadne… Współczuję mu mierzenia się z chorobą Mamy i tyle… I w sumie miło było zamienić parę słów, pożartować trochę… Nie chcę już Go nienawidzić… Za dużo czasu minęło, za dużo dobrego mnie spotkało, za dużo Nas kiedyś łączyło… Co mi z resztą przyszło z tej nienawiści?? Może w pewnym momencie była dla mnie motorem do działania. Teraz wolę móc spokojnie porozmawiać czasem, wiedzieć, że jakoś tam na siebie liczyć możemy, w mocno ograniczonym zakresie ale zawsze… Jedynie o Marcie nie jestem w stanie wciąż pozytywnego zdania w jakiejkolwiek kwestii… Wiem, że wszyscy jesteśmy odpowiedzialni za to, co się stało, jednak… Cóż, może jeśli kiedyś się poznamy… Zadziwiające jest jednak takie spotkanie z perspektywy czasu…

Małżeństwo..

 

Ponad tydzień już minął.Od tego wyczekanego ale i wystrachanego dnia. I co? W sumie żal,że już po… Bo było cudnie. Radośnie, ciepło, z pewnością, z uśmiechem nie schodzącym mi z twarzy, z trzymaniem się za rękę, z pocałunkami, głaskaniem wzajemnym, patrzeniem w oczy, krzykiem wewnętrznym „Tak!! Wreszcie!!”. Oczywiście  były też zgrzyty, Mama , która strofowała, że od uśmiechu takiego robią się zmarszczki,że zrób, że powiedz, że usiądź, że stań, że… FUCK! odczep się babo! Siostrzycy mej przysrała jakby sama figurą łani chwalić się mogła, czepialska kobieta, wiem, że nie specjalnie złośliwa jest, niestety mam po niej te zagrania, wobec Kaja szczególnie, qrczę chciałabym przestać i nauczyć się kochać Syna po prostu…. Bez wymówek, przynajmniej tak jak On to odbiera… trudne są kontakty dziecięco-rodzicielskie…. Waga przywiązywana do wyglądu własnego i cudzego, do tego co wypada i co przystoi… To odziedziczyłam po Mamie i z tym staram się walczyć… Panna Młoda w conversach, w lawendowej ramonesce, bez ślubnego bukietu, śmiejąca się od ucha do ucha, przytulająca gości  nie tylko całym sercem ale i całą sobą…. To nijak się miało do jej wizji… Ale za to było spełnieniem wizji mojej! Czułam się piękna aczkolwiek obszerna nieco… Genialny makijaż i fryzura dzięki Kasi, sama zadbałam o każdy lawendowy detal  stroju i wystroju i dumna z tego byłam na swój sposób… Tomaszek wyglądał mega przystojnie, patrząc na Niego tez czułam dumę choć lekki niedowiarek w środku mnie szeptał ” Jakim cudem Nam udało się spotkać i tak się nawzajem uszczęśliwiać?” Ucieszyli mnie bardzo wszyscy, którzy dotarli na ślub a rozczarowali Ci, których zabrakło.. Oczywiście rozumiem czemu zagranica nie przyleciała ale czemu nie dojechała Łódź i tyle znajomych z Poznania nas olało? Wiedzieli tyle miesięcy wcześniej, gdyby im zależało postarali by się i poprzekładali nieco plan dnia, wygospodarowali tą godzinę… Cóż, kolejna nauczka na przyszłość… Wiemy przynajmniej dla kogo ważni jesteśmy… I tego będziemy się trzymać. Żal też ,że wieczorem więcej ludziów nie wpadło na torta i lawendową lemoniadę.  Ale ucieszyła mocno obecność Anity z Młodymi, dysfunkcja oczywiście choć w niepełnym składzie, Monia, Oleńka z przyszłym małżonkiem …. Zmęczenie zaczęło mnie dopadać już przed 22gą, stres odpuścił, tygodnie przygotowań opadły mgłą na mózg…. Noc poślubna przespana snem twardym przy boku i w dotyku Męża ukochanego… Kawa rano wypita w prezentowych kubkach, wspólne czytanie życzeń, liczenie kasy, rozpakowywanie prezentów… Fajnie przeżywać to jako osoba dorosła, świadomie bardziej dużo niż te 20 parę lat temu… Właśnie… Przykro mi jest, ze Były nawet maila ani sms-a z życzeniami nie napisał… Czemu? Specjalnie? Wiedząc, że mnie to zaboli? Kij mu w tyłek… A codzienność poślubna może i nie różni się od tej przed niczym więcej niż jeszcze większą moją radością codzienną, błyskiem obrączki na palcu i mnóstwem formalności do załatwiania… No i podróżą poślubną, w którą za dni parę polecimy… W upale hiszpańskiego słońca i morza Śródziemnego wygrzewać nasze małżeńskie stadło… I wspomnienia kolekcjonować kolejne…. Jestem wdzięczna, że jest mi dane doświadczać tego wszystkiego….

Gdybanki z nudów…

Co by było ze mną i z moim życiem gdybym nie zachorowała? Tuż przed udarem moja „kariera” zawodowa nabierała tempa – szkolenia, eventy, reprezentacyjne spotkania. W Polsce i w Niemczech. Szef chciał mnie namaścić na swoją następczynię…. Co prawda wszystko zaczęło się pieprzyć przez zmianę ustawy o OZE ale któż może wiedzieć… Może podebrałby mnie ktoś z innej firmy, zachwycony moją elokwencją , otwartością i umiejętnością radzenia sobie w trudnych sytuacjach, przynajmniej zawodowych…. A może we dwójkę uratowalibyśmy firmę przed długami i marazmem? Kwestie wynagrodzenia wtedy też miały inne perspektywy… Czy bywająca na imprezach wpakowałabym się tradycyjnie w romans jakiś? Zafascynowana, jak kiedyś , czyjąś pozycją itp?? W końcu byłabym już po rozwodzie… Ha. Czy związek z Tomaszem przetrwałby i zaszedł tak daleko jak za 4 dni zajdzie?? Przecież zamiarowałam zamieszkać jednak sama… Jak potoczyłoby się moje życie gdybym po prostu zamieszkała na Długosza jako osoba wolna, zdrowa, atrakcyjna… Gdzie byłabym teraz? Czy patrzyłabym w zadumie na ten sam widok z okna? Czy nie próbowałabym jeszcze w rozpaczy i przyzwyczajeniu jakimś powrotu do Seby? Takie tam gdybania mnie naszły… Wszystko mi się w podświadomości gotuje na zbliżającą się kolejną zmianę życiową, wiem przecież jak działa mój mózg… W sumie męczy mnie ta moja psychika, niech już będzie po…. Może wtedy zacznę funkcjonować w miarę normalnie….

Pierwszy wqurw po udarze czyli komisja…

Skąd ten tytuł? Bo przed udarem a jeszcze przed rozwodowymi perypetiami złość to było moje drugie imię. O byle co i przy byle okazji. Potrafiłam wpaść w szał, wytrącona z równowagi, drąc się w niebogłosy, agresywnie potrącając przedmioty, rzucając nimi czasem, trzaskając drzwiami. To właśnie taką matkę zapamiętał mój Syn i taką mnie piętnuje do dziś. Teraz też oczywiście potrafię się zdenerwować,podnieść głos, Tomaszek był świadkiem wyrzucania zawartości szuflady w efekcie sprzeciwienia się mojemu pomysłowi na porządki ale od udaru nie pozwalałam sobie na takie emocje na maksa, na parę z uszu itp. Bałam się, wściekałam na pół gwizdka, trochę na pokaz czasem, bojąc się, że za chwilę pęknie mi jakieś naczynko w nadwyrężonym i tak mózgu i znów stanę się niesamodzielna. W ostatni czwartek wezwano mnie na kolejną komisję, wojewódzką tym razem, celem potwierdzenia lub zanegowania sensu mojego odwołania od decyzji przyznającej mi lekki stopień niepełnosprawności. Niezbyt stary lekarz o jakże mylącym wyglądzie Chrystusa i jakże wiele mówiącym nazwisku Niezgoda przyjął mnie w gabinecie prosząc o zajęcie miejsca. Usiadłam dość szeroko podpierając ramię drugim krzesłem, akurat tego dnia wszedł mi jakiś uporczywy ból pod lewą łopatkę i szukałam w miarę wygodnej pozycji. Neutralny strój, odrobina makijażu,grzeczny jak mi się wydawało uśmiech i zaczynamy. Udar był tak? No tak(komputer z moją historią przed oczami, nie spuszcza oka z ekranu), kiedy? No wtedy. Proszę opisać własnymi słowami jak się Pani teraz czuję? No to opowiadam o dokuczliwym jeszcze wciąż bólu ramienia, o nodze kulejącej, kostce skręcającej się notorycznie. Ma Pani jakieś badania? No mam, kładę na biurku. I tu pada agresywnym mocnym tonem wypowiedziane:hormony były? Jeśli ma Pan na myśli antykoncepcję to tak były. Fajki pewnie też? I tu mnie już ubodło bo powtarza się sytuacja z poprzedniej komisji więc mówię :dlaczego wy wszyscy przyczepiliście się tych fajek i antykoncepcji? Jeśli spojrzy Pan w moje papiery zobaczy, że wykryto mi po udarze przetrwały otwór owalny i mój neurolog uważa mój udar za ewidentnie kardiogenny. Jacy wy? Pada pytanie. No więc mówię, że podobną reakcje wobec mnie zaprezentował lekarz na poprzedniej komisji i z jego poglądem też się nie zgadzam. Czy Pani wie ilu ludzi ma taką dziurę w sercu i nie ma udaru? A czy Pan wie ile kobiet bierze antykoncepcję hormonalną, pali papierosy i nie ma udaru? Tu pada coś o winie, o postępowaniu bez zastanowienia i potem oczekiwaniu nie wiadomo czego. Bo pewnie myślę, że mi się należy. Tak uważam, że należy mi się status osoby niepełnosprawnej a moja rzekoma wina nie ma tu nic wspólnego. Poza tym, opowiadam już roztrzęsiona lekko, na moją chorobę nałożyło się wiele okoliczności, byłam w trudnej sytuacji,rozwodziłam się właśnie, to był duży stres….I co rozwód może też nie był z Pani winy?? I tu wstałam, zaprotestowałam głośno na takie traktowanie i odzywki i poprosiłam o zmianę lekarza albo przyjście jego przełożonego. Udał, że nie słyszy, kazał mi usiąść, usiadłam i rozpłakałam się w głos. Proszę na kozetkę, muszę Panią zbadać. Ok. Bada odruchy a ja ryczę. Dlaczego Pani płacze? Bo mnie Pan zranił. Pani musi mieć problem z kontaktem z ludźmi albo z poczuciem winy skoro Pani tak reaguje. Pani na mnie krzyczała (prawda podniosłam głos ale nie krzyczałam),Pani tu weszła i się rozsiadła, tłumaczę więc, że bolą mnie plecy i wtykam mu do ręki usg ramienia i kostki mówiąc, że chciał obejrzeć a nawet nie spojrzał. Łzy lecą, ręce się trzesą , mam problem ze schowaniem segregatora do plecaka, pada: to już koniec, może Pani iść. Wychodzę na trzęsących się nogach, Tomasz przestraszony, idę do recepcji próbując już nie płakać, mówię, że chce rozmawiać z przełożonym tego lekarza. Idę na górę, przyjmuje mnie Pani kierownik, przestraszona moim stanem, opowiadam jej całe zajście, mówi, że przyjmuje moją skargę, porozmawia z lekarzem, mówi, że mogę złożyć skargę na piśmie, ale między nami mówiąc lekarz pracuje na umowę zlecenie, czyli nic mu nie może zrobić a jest dobrym neurologiem, a u nich braki kadrowe, więc w domyśle nie chciałaby żeby się zwolnił. Pyta czego oczekuję? Żeby moja kłótnia z Panem doktorem nie miała wpływu na merytoryczną ocenę mojego stanu zdrowia. To mogę Pani zagwarantować. Zobaczymy. Czy chcę złożyć skargę na piśmie. Poczekam… Idę na dół na spotkanie z pracownikiem socjalnym, miła kobitka uśmiecha się przy wejściu i pyta czy już się uspokoiłam. No trochę tak. No bo słyszała, że była awantura. No była. Nie jest Pani pierwsza, Pan doktor z tego słynie… Uff…nawet opis tego mnie denerwuje… Wyszliśmy stamtąd i poszliśmy na lody. I wiecie, że poczułam coś na kształt ulgi? Oczyszczającą moc wyrzucenia z siebie złości, takie: „heloł, jednak jest jeszcze coś we mnie z tamtej Sylwii. Nie umarła jednak…”. No i teraz czekam na decyzję i zastanawiam się czy i gdzie złożyć skargę na tego lekarza.

Ból paraliżuje i otępia…

Jestem kompletnie nieodporna na ból. Zarówno fizyczny jak i psychiczny choć dziś raczej o tym pierwszym będzie. Leżę trzeci dzień po wyrwaniu ósemki, w końcu zaaplikowałam sobie przepisany na wszelki wypadek antybiotyk. Łykam apap regularnie co parę godzin i nie wychodzę z wyra. Tomuś znosi to z trudem wydaje mi się… Najchętniej bym przespała ten czas niewygodny. Kompletnie poddaję się w takich chwilach choć może racja w tym, że gdybym nie miała możliwości polegiwania i nicnierobienia to pewnie bym się do kupy zebrała. Potrzebuję powrotu do pracy, choć na ten moment nie wyobrażam sobie wstawania o 7 i ośmiu godzin za biurkiem bez możliwości nawet krótkiej drzemki. Ale znam się na tyle, że wiem, że płynę z prądem i dopóki życie mnie nie zmusi nie stanę w stu procentach samodzielnie na nogi. Odejście Seby też mnie tego nauczyło. Najpierw paniczny, duszący strach, myśli samobójcze, totalna rozpacz a potem powoli krok za krokiem w górę ku własnej samodzielnej przyszłości. No tak, udar to wszystko skutecznie zahamował ale z nim też koniec końców jakoś sobie radzę. W końcu nie skromnie mówiąc sama (oczywiście z pomocą) na te nogi stanęłam. Niech tylko już przestanie boleć….