Testament?! Jednak nie….

„Testament”

Jesteś jak marzenie senne i koszmar nocnej samotności
jak piękno życia i niepokonana groza przemijania
gdyby ktoś jednak miał w spadku dostać dar mojej miłości
tylko Ty miałbyś prawo do jej zatrzymania
tylko Ty mógłbyś jednym nikłym gestem
wstrzymać upływ czasu – jak w tym wierszu Boy’a
Ty – ponieważ jesteś
a nic nie jest tak nieodzowne jak obecność Twoja…

wrzesień”94

http://wiersze.kobieta.pl/autor/wiedzma-30386

Ostatnio miałam trochę okazji sprzyjających myśleniu o śmierci. Bez dramatyzowania. Tak po prostu, jak o czymś co nieuniknione i nieprzewidywalne…Myślę, że przestałam się jej bać… dużo bardziej przeraża mnie wizja kalectwa, niesprawności fizycznej czy umysłowej, samotności i braku miłości… Poza tym już wiem, że może przyjść zupełnie niespodziewanie, niezaplanowana… Rzadko jesteśmy na nią gotowi, w końcu nadzieja umiera ostatnia… Ten ponad rok temu bałam się jej tylko przez chwilę, bałam się, że nie zdążę naprawić relacji z Synem, że nie będę miała szansy niczego mu wyjaśnić… Żal mi też było rozpoczynającego się dopiero związku z Tomaszem… Potem, ktoś litościwy wyłączył mi świadomość i bali się o moje życie już „tylko” moi bliscy. Obrzęk mózgu… Dziś przez przypadek trafiłam w tv na jakiś dokument o którymś z polskich szpitali, gdzie nie rozpoznali udaru u pięćdziesięcioparoletniego faceta, nafaszerowali go przeciwbólowymi lekami i odesłali do domu… Oczywiście zmarł…Miał obrzęk mózgu… Daje do myślenia…. Tak bardzo chciałam wyprostować wszystkie relacje, pozamykać wszystkie sprawy….I co? Nawet na tym polu poległam… Udało mi się „po drodze” stracić kogoś, kogo uważałam za przyjaciółkę… A co do prostowania relacji… Niektóre plączą się jeszcze bardziej… Kłótnia z Kajem ciąży mi na sercu bardzo… Wciąż zadaje sobie pytania co robić dalej… Czy w ogóle coś… Czy zostawić, odpuścić, dać Mu czas na przemyślenia… Qrwa przecież mam Go tylko jednego, nie chcę stracić kontaktu z Nim, ale z drugiej strony nie chcę pozwolić się tak traktować… Bo Jemu się należy.. Dziś usłyszałam, że mam to szczęście, że to mój były mąż spełnia w całości prawnie określone potrzeby naszego Syna. I te hasła „powinniśmy”, „powinnaś”… Kto mu dał prawo mówić mi co powinnam?? Powinnam kochać moje dziecko, powinnam wiedzieć jakie błędy popełniłam i próbować je naprawić… Ale czy zadośćuczynieniem mają być pieniądze?? Jasne, że wolałabym aby nic strasznego nam się nie przytrafiło, chciałabym cofnąć czas o te co najmniej 15 lat, zatrzymać się wtedy w pędzie nie wiadomo po co, odstawić butelkę z whisky, wyrzucić papierosy, poprosić Sebę żeby nie robił kariery kosztem rodziny, odrzucić te czy tamte zaloty, pójść na terapię co najmniej 10 lat wcześniej, nie spełniać każdego kaprysu Kaja… Ale nie mam tej mocy… Muszę żyć ze świadomością tego, co spieprzyłam, spieprzyliśmy…Bojąc się, że niczego już nie naprawię… A o odkupienie będę błagać tego faceta u góry….

Ale nie do końca o tym chciałam pisać… Chciałam napisać, że gdyby kolejnym razem mi się nie udało… Tak, chciałam napisać coś w rodzaju testamentu… Ale… Zmieniłam zdanie… Nie chcę kusić losu… więc…. co ma być, to będzie…

 

Reklamy

Strumień świadomości…czyli rozmaite refleksje…

Odkryłam wczoraj blog młodej dziewczyny, która przeszła udar http:/lewaczka.pl/ – jak cudownie poczytać o takich samych odczuciach i refleksjach… wiedzieć, że ktoś jak ja boi się śmierci, niepewnie patrzy w przyszłość. Poniżej mój komentarz do jej posta o „udarowych urodzinach”, które od choroby obchodzi co rok. Bliskie jest mi takie traktowanie naszej choroby…

„Wg Twojej nomenklatury obchodziłam 11 grudnia 2017 roku pierwsze poudarowe urodziny. Krótko po tych prawdziwych 43cich…Ja z kolei zawsze uwielbiałam urodziny, z resztą świętuję każde możliwe okazje. Postanowiłam sobie właśnie, że będę świętować te drugie także, chociażby przez sprawienie sobie tego dnia jakiejś osobistej przyjemności…Piszesz o zmianach, które przynosi choroba,tych mniej oczywistych, bo na lepsze.. tak trudno je zauważać na co dzień…Konsekwencje choroby są straszne , czasem w tych gorszych dniach myślę, że oddałabym wszystko co się polepszyło za powrót do stanu zdrowia sprzed… Chociaż tak naprawdę wcale nie wiem jaką decyzję bym podjęła gdybym stanęła przed takim wyborem… Byłam dumna ze swej fizycznej samodzielności, takiej wówczas normalnej.. Wsiadałam za kierownicę własnego autka kiedy tylko naszła mnie taka ochota, chociażby po to by „pospacerować”… Godzinne spacery po lesie z psem , kiedy tylko czas, pogoda i humor pozwalały… Schody w górę i w dół kilkanaście razy dziennie… Podbiegnięcie do autobusu – pestka… Długi namiętny seks pełen większych czy mniejszych akrobacji…. Robienie sobie samej paznokci co najmniej raz w tygodniu…Bezstresowe wyjście na basen czy siłownię… Tuż przed chorobą odkryłam na nowo przyjemność z jazdy rowerem…. No tak ale miało być o zmianach na lepsze… Większa niż kiedykolwiek empatia, uwrażliwienie uczuciowe, czasem nawet przewrażliwienie,… Przewartościowanie życia, zmiana priorytetów, podział na rzeczy ważne i ważniejsze… Rzucenie fajek oczywiście, choć do dziś szczególnie wieczorami muszę zajadać chęć zapalenia… Załatanie dziury w sercu kończące napady migreny, wyłączające mnie często z życia na parę dni… Naturalna segregacja znajomych i przyjaciół… Chociaż tę akurat zaliczyłam już wcześniej przy okazji zaprzestania spożywania procentowych napojów wszelkiej maści… Ciężko mi idzie selekcja zmian na te poudarowe ponieważ ten nieszczęsny 2016 obfitował w traumatyczne przeżycia, które wypaliły ogromne ślady w mojej psychice… Rozstanie po 21 latach z mężem, rozbicie rodziny, wyprowadzka Syna, pożegnanie wieloletniej psiej przyjaciółki, przeprowadzka z uroczego domku z ogródkiem do mieszkania w bloku w centrum Poznania… Udar był wisienką na torcie….Moja terapeutka twierdzi, że wciąż jeszcze nie pogodziłam się z chorobą, nie zaakceptowałam jej a co za tym idzie zmian, które przyniosła… Pomimo aktualnego osobistego szczęścia uczuciowego , ogólnie dobrego stanu zdrowia ( lekkie kulenie, sporadyczny ból lewego ramienia, niedoczynność tarczycy , rosnąca waga to „drobiazgi” przecież w porównaniu do tego co mogło mi zostać…) Ojej, przepraszam , że się tak rozpisałam , cudownie „ gadać” z kimś kto przeszedł tą samą chorobę….”.

Tomaszek wyjechał a ja siedzę przy laptopie i ogarniam. Trochę „sprzątam” w mailach, dokumentach, plikach, zdjęciach. Oczywiście za dużo tego na raz ale od czegoś przecież trzeba zacząć… Wlazłam oczywiście w foldery rozwodowo-Sebastianowe. Posłuchałam sobie naszej radosnej konwersacji sprzed zaraz dwóch lat na temat tego kto weźmie na siebie winę w sądzie , jego lodowaty beznamiętny ton nawet mnie już specjalnie nie poruszył, dużo bardziej wstrząsnął mnie mój głos, udawana obojętność, lekkie drżenie, odgłos kolejnych odpalanych papierosów… Szkoda mi się zrobiło mnie samej, taka byłam wówczas przerażona , niepewna, ten ból słychać w każdym wymawianym słowie… Jednocześnie pamiętam tą ogromną kontrolę wypowiadanych słów, przecież to ja wiedziałam, że nagrywam i musiałam planować te słowa tak aby on powiedział to, co chciałam usłyszeć… Gorsza dużo jest dwu i pół godzinna rozmowa z 1 kwietnia 2016- ławka na Cytadeli, tuż po powrocie od Siostry mej, po przesranych Świętach, podszyta szlochem i błaganiami o powrót… Boże daj mi siłę do usunięcia tego wraz z całym materiałem dowodowym, który zbierałam do rozwodu z orzekaniem o winie… Ta korespondencja z Martą, Z Gośką, która okazała się jednak nie tak lojalna jak myślałam…Jasne, znając ją i jej światopogląd wiem jak trudno jej było ukrywać wszystkie moje grzechy… Ale zdanie, że zawsze życzyła Sebie odwagi w walce o własne szczęście…. Jakim qrwa prawem , nie znając jeszcze wówczas całego kontekstu, to mnie obarczyła winą za wszystko…. Sara zrobiła podobnie, choć jej pobudką była złość na mnie…… A podobno my kobiety powinnyśmy trzymać się razem i wspierać bez względu na wszystko… Oczywiście przez wsparcie nie rozumiem ślepego poparcia tylko konstruktywną krytykę a nawet kop w dupsko czasem, byle w świadomej chęci pomocy osobie bliskiej…

Odpływam gdzieś dziś w tym pisaniu… Wielowątkowość tworzy wrażenie chaosu… Nazywam to strumieniem świadomości, jak w nocnych bezsennych godzinach kiedy nie umiem tego powstrzymać i wyciszyć…

Co się jeszcze zmieniło? Stałam się jeszcze bardziej szczera w wypowiadaniu swoich opinii i mówieniu o tym co czuję… tyczy się to przede wszystkim bliższych znajomości… Choć bolą mnie te stracone, walę prosto z mostu co mnie boli i czego nie akceptuję… Niektórzy wówczas oskarżają mnie o okrucieństwo, egoizm i zadufanie… A ja tylko nie chcę już w swoim życiu udawania, sztuczności, zastępstwa, bycia na niby… Nigdy więcej…

Urodzinowo…

W tym roku świętowałam kilka dni… No bo specjalnie przyjechała Mama z Zygmuntem już parę dni wcześniej… Dzień wcześniej mogłam polatać po sklepach co samo w sobie jest dla mnie prezentem i powybierać prezenty dla bliskich, co też uwielbiam robić… Gdybym tylko miała grubszy portfel robiłabym prezenty wszystkim bliższym i dalszym znajomym a tym najbliższym pakowała po kilkanaście sztuk.. Mam hopla na punkcie świętowania jakichkolwiek okazji… Urodzinowe baloniki, czapeczki, torty, kwiaty, niespodzianki… Świąteczne lampki w ilościach hurtowych, Mikołaje, renifery, ozdoby na choinkę… Imieninowe czekoladki, bukiety… Święto Kobiet, Dzień Chłopaka, Walentynki…. More and more  and more… Minusem takiej postawy jest fakt, iż trudno sprostać moim oczekiwaniom… A gdy jeszcze spotyka mnie ktoś z przeciwnego bieguna to… Cóż… Chyba  nie mam zamiaru  się zmieniać… Nawet jeśli z trudem przychodzi mi zmiana nawyków spowodowana ograniczonym budżetem… Stanę na rzęsach żeby Święta były przez duże Ś i będę marzyć w skrytości o bieli za oknem i wymarzoną niespodzianką pod Choinką… I będę wąchać pomarańcze i mandarynki, obżerać się czekoladą, tłuc orzechy, połykać łzy przy składaniu życzeń, nosić skarpetki w renifery i bieliznę w choinki, i słuchać dźwięku dzwonków na saniach Mikołaja… I do znudzenia śpiewać Last Christmas… Wesołych Świąt

Kłamstwo jako przedsmak, panika czy wypadek przy pracy?

Zostałam wychowana przez Mamę w chronicznym braku zaufania do ludzi, facetów przede wszystkim… Na przeciwnym biegunie był Ojciec z sercem na dłoni, pomocą każdemu i wiarą w dobre intencje… Mama zawsze miała jakieś ale.. I snuła wizję różnych dramatów, które mogą mnie spotkać gdy zbyt komuś zawierzę… I szczerze mówiąc bujałam się pomiędzy tymi dwoma postawami, miotana w zależności od tego co akurat działo się w moim życiu… Bliższa jednak mimo wszystko była mi postawa Taty, kocham ludzi, ciągle w nich wierzę, lubię ich towarzystwo… Wielokrotnie doznałam z ich strony dobra, pomocy, szczególnie przez ostatni rok, kiedy tak źle mi było samej ze sobą.. Pisałam już o tym… O przynoszonych zupach, spacerach z psem żebym mogła później wrócić do domu, wyciągania za uszy z mentalnego dna…

Oczywiście dostałam też parę razy po dupie, zaufałam za bardzo i za szybko, cierpiąc potem ciszej lub głośniej…

Teraz zaufałam na sto procent, bardziej niż kiedykolwiek i komukolwiek, pomimo szeptów Mamy w tle, oddałam całe serce, cały umysł, powierzyłam całe życie temu Jedynemu… Zapragnęłam inaczej niż do tej pory, trzymać za rękę kogoś, przed kim nie będę miała tajemnic, sekretów, wstydów i ograniczeń, kogo nigdy w życiu nie będę musiała się bać… Dostał dostęp do bloga, choć zdawałam sobie sprawę, że będzie mu ciężko „publicznie” czytać o naszym wspólnym życiu… Ten wpis mu tego nie ułatwi… Sorry Darling, obiecałam tu być szczera w 100 %.

Pomimo tej naszej związkowej szczerości miałam w sobie strach przed powtórką życiowej klapy… W końcu prawie każdy Mężczyzna mojego życia w końcu mnie zawodził…

Do dzisiaj nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo zaufałam Tomaszowi… Jedno małe kłamstwo, mini oszustwo, próba ukrycia czegoś przede mną rozwaliło mnie totalnie.. Świat przez chwilę zatrząsł się w posadach, w wyobraźni widziałam już siebie bez Niego, widziałam już samotne noce i konieczność układania wszystkiego od nowa… No bo jeśli w ogóle może skłamać, jeśli w ogóle przeszło mu przez myśl wyłączyć mnie z czegoś to przecież może zrobić wszystko.. To samo co Seba… A może i więcej… Mama jak zwykle doradziła ograniczenie zaufania, brak wspólnoty majątkowej, brak posunięć, które mogą mnie finansowo wykończyć gdyby jednak okazał się świnią.. Qrwa nie chcę tak, albo na sto procent albo w ogóle! Dość mam związków na pół gwizdka, dość ukrywanych dochodów, potajemnych romansów, poczucia samotności pomimo dzielenia łóżka i życia… Warunek jest jeden.. Nigdy więcej albo żegnaj… Nie piszę się już na nic na niby, na nic na wszelki wypadek, na nic zamiast… Na nic ze strachu przed samotnością czy finansowym dnem… Kompromis w tym wypadku jest poza moimi możliwościami… I choćbym miała już nigdy więcej nie kochać nie pozwolę się tak ranić… Tak cholernie mi przykro…. Uwierzyłam w bajkę a przecież bajek nie ma i księcia na białym rumaku też nie….

Przyjaźń… wielkie słowo…czasem zbyt…

Zawsze mnie to boli i dotyka bardzo osobiście… Cholernie przywiązuję się do ludzi… I zawsze przeżywam jeśli znikają z mojego życia…Ostatnio mocno przeżyłam konflikt z koleżanką,choć oczywiście był czas kiedy nazywałam Ją przyjaciółką, kiedy poróżniły nas pożyczone i nie oddane w terminie pieniądze… Niby niewielka suma ale sposób unikania odpowiedzialności, konieczność wymuszania i wyżebrywania kolejnej spłaty zraziła mnie skutecznie… Teraz, z perspektywy, wiem, że nie tylko to nas różniło… To był ten typ osoby, że albo myślisz tak jak ona i mówisz to co ona chce usłyszeć, albo jest obraza majestatu. Z moją szczerością długo to nie przetrwało, pierwszy konflikt miałyśmy właśnie o różnicę zdań i moje rady, które ja traktowałam jako chęć pomocy a ona odebrała jako krytykę… Reanimowanie tej relacji skończyło się kolejnym konfliktem… Teraz stoję przed kolejnym dylematem… Czy reanimować, walczyć o relację z osobą, którą znów niedawno nazywałam przyjaciółką, czy pozwolić jej odejść, bo przecież nikogo nie da się zmusić do kontynuowania znajomości… Wściekam się, bo czuję się niesprawiedliwie oceniona, padły ciężkie słowa, których akurat po niej się nie spodziewałam….Jednocześnie mam poczucie, że ta kłótnia była trochę przedszkolną kłótnią w piaskownicy….Boli… Nie, ja oczywiście też nie jestem bez winy, dałam ciała, nie uprzedziłam, za szybko wylałam z siebie swoje żale… I co teraz… Czy dwie, dorosłe przecież, kobiety nie mogą po prostu porozmawiać ?

Życie po udarze…

Rzygam już pisaniem o rozwodzie, wystarczą mi regularnie powtarzające się sny, w których albo Seba albo Tomek mnie porzucają. Wiec będzie o życiu po udarze…

Tak, zdaję sobie sprawę, że trochę uciekłam spod kosy… Raczej traktuję to jako ostrzeżenie i zastopowanie. Jakiś mało śmieszny dowcip w stylu to teraz ci pokażemy jak to jest być na prawdę zależną od kogoś, kto będzie przyjeżdżał codziennie  ileś tam kilometrów żebyś miała czyste i pachnące ciało i włosy i żebyś miała do jedzenia coś więcej niż szpitalne dno i żebyś nie czuła się tak cholernie samotna… Jak to jest stracić panowanie nad swoim ciałem i nie móc sobie wydepilowac samej brwi i uczesać włosów w kitkę.  Jak to jest musieć prosić obce osoby żeby poszły z tobą do kibla i podciągnęły ci gacie na dupę, bo sama musisz zawsze trzymać się czegoś jedną ręką. Nie pamiętam już całkowitego paraliżu lewej strony. Pamietam tylko złość, że Tomasz tak cholernie dlugo wkłada mi tą koszulę nocną przed przyjazdem karetki. I uczucie, już na szpitalnym łóżku dzień po, że lewa noga i ręka ważą nagle ze sto kilo każda. Nie pamiętam pierwszych kroków po udarze, znam je tylko z Tomkowych opowieści o trzęsących się nogach i tyłku w pampersie. Pamiętam słowa mojej prywatnej cudotwórczyni Oli o tym żebym nie spuszczała wzroku z ćwiczonych kończyn i to jej nieśmiertelne „dasz radę Sylwia, świetnie ci idzie”. Do dziś mnie karmi tym swoim optymizmem. Dziękuję Ci cudzie mój ❤. Nie pamiętam tego pierwszego strachu. No, może poza przerażeniem, że już nie zobaczę Kaja i nie będę mogła mu już nic wytłumaczyć ani już nigdy przytulić. „Zadzwoń do Kaja i powiedz mu, że Go kocham” powtarzałam. Skądś wiedziałam, że mam udar ale nie mialam pojęcia z konsekwencji. Nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji, automatyczna obrona mózgu zadziałała błyskawicznie zmniejszając świadomość. Wielokrotnie już opowiadałam, że pamiętam twarze Tomka i Seby przy szpitalnym łóżku i ciepło ich dłoni. I pikanie maszyn na sali intensywnej terapii. I wstyd za pampersy i za cewnik.   I że moi życiowi mężczyźni widzą mnie taką. Jaka bylam zła, że Seba ma ukoronowanie tej mojej rzekomej słabości. I pamiętam  transport do Piasek w takim dziwnym karetkowym krześle i wózek stojący przy łóżku jako stały element wyposażenia. Qrwa w Wigilię czułam ten wózek każdą częścią ciała i przekonana byłam, że już z niego nie zsiądę. I pytania zadawane sobie po cichu, jak będę jeździć tym wózkiem po tych paru wolnych metrach w nowym mieszkaniu? I czy Tomek podoła, czy wytrzyma, czy świadomie zmarnuje sobie życie? I skąd weźmiemy kasę na dalszą rehabilitację? I czy będę panną młodą na wózku?  I czy Kaj będzie się mnie wstydził?  I czy dać Sebie rozwód czy z zemsty udupić go robiąc szoł na rozprawie i nie wyprowadzając się z Dąbrówki? Setki pytań… I codzienne trudności. .. Z jedzeniem bez obu sztućców, z odniesieniem talerza, z utrzymaniem książki w rękach, z czytaniem w ogóle, z ustaniem przy umywalce podczas mycia zębów, z ciągłym proszeniem kogoś o coś. I z tym cholernym wysiłkiem trzy godziny dziennie na ćwiczeniach. Bo noga nie słucha i lata gdzie chce a poza tym zrobiła się tak cholernie ciężka. I ręką nie sięgam tam gdzie bym chciała i krzyk z wysiłku a czasem z bólu gdy mi moje prywatne anielice-rehabilitantki rozmasowywały mięśnie albo uciskały te sławetne punkty spustowe. Siniaki na nogach. Ciągłe „palce,pięta” w głowie i zazdrość,  że inni po prostu chodzą. Lodowatość łazienki i przyspieszona do granic możliwości kąpiel z Tomaszem. Byle szybciej obmył, ogolił,  wysuszył i nie, nie wycieraj tak mocno bo skóra po lewej stronie wciąż nadwrażliwa! Samotność szpitalnego łóżka i narastająca tęsknota za ciepłem i zapachem kochanego ciała obok. Wyczekiwanie na wizyty, każda była odmianą i odrobiną normalności….A przecież każdy ma swoje życie, swoje sprawy, nie można od nich wymagać, żeby rzucili wszystko dla mnie.. Pamiętam to znienawidzone uczucie owiniętego watą mózgu, do którego nie docierają bodźce i informacje.  Tylu rzeczy nie pamiętam…Ta wata zeszła mi dopiero kilka tygodni po powrocie do domu… A jak to wygląda teraz? Po niespełna 11 miesiącach od udaru? Dużo we mnie złości i niecierpliwości. . Bo noga wciąż ciężka i każde unoszenie jej to dźwiganie tony a godzina rehabilitacji z Oleńką to godzina w kopalni…Bo chwilka stania przy kuchni i już jestem zmęczona… Bo przy każdej czynności coś mi z tej lewej ręki wypada albo coś potrącam. Bo wciąż potykam się o dywaniki na podłodze i zostawione np przez Tomka kapcie. No bo dlaczego on do cholery nie domyśli się, że będę tedy szła?? Bo wciąż jeszcze nie mogę wysuszyć włosów na szczotkę tak jak lubiłam,bo lewa ręka tej szczotki jeszcze nie chce utrzymać… Bo po kąpieli i wszystkich tych łazienkowych czynnościach jestem tak zmęczona, że mogłabym się z powrotem położyć. Bo próby układania czegoś na półce kończą się wkurwem na maksa, bo te cholerne ciuchy jakoś mi się rozwalają w rękach a książki upadają na podłogę. Bo najchętniej chodziłabym non stop w dresach, bo cholernie ciężko założyć rajstopy i dopiąć sukienki na powiększonym ciele. Właśnie. Zwiększenie wagi wymykające się spod kontroli i skutkujące brakiem połowy garderoby łącznie z ukochanymi riskowymi sukienkami o spodniach nie wspomnę. A tak bym chciała znów zrobić się na bóstwo.  I żeby On zobaczył mnie taką zrobioną i elegancką w całości a nie musiał ciągle czegoś dopinać czy poprawiać. A wciąż jest mi potrzebny do codzienności, bo jeden stanik zapnę sama ale drugiego już nie, bo nie za długo mogę stać przy desce i prasować wiec wciąż ubieram to samo, bo reszta nie dość, że za mała to pognieciona po prostu. Bo nie mogę przemóc strachu przed prowadzeniem auta, z resztą stopa jeszcze nie radzi sobie ze sprzęgłem a tak bym chciała sobie sama gdzieś pojechać, ot tak dla kaprysu… Bo nawet poruszanie się po mieście komunikacją wzbudza mój strach. Boję się wyjść sama bez ostoi Jego rąk. Bo w łóżku brak mi elegancji i lekkości i czuję się jak żaba, na dodatek otłuszczona… Bo nie zgodziłam się na ten udar i nadal nie godzę. Bo go nie akceptuje a przez to i siebie samej… Bo Sylwia perfekcjonistka nagle wyparowała i nie umiem jej zastąpić…A jednak siedzi gdzieś tam  w środku i marudzi..Bo.Bo nie lubię swojego odbicia w lustrze… Bo chciałabym już wrócić do pracy, głównie ze względu na kasę, której brak, ale przecież nie dam jeszcze rady ogarnąć wszystkich obowiązków. .. Bo chyba odwołamy uroczysty ślub z weselem  żeby nie spłacać kredytu przez ileś tam lat a poza tym przecież dla Tomka to i tak byłoby to spełnienie tylko mojego kaprysu…

EDYCJA Nie napisałam jeszcze o strachu, który mi towarzyszy od grudnia właściwie non stop. O paroksyzmie strachu gdy tylko trochę zaboli głowa czy zdrętwieje policzek. O przerażeniu i wizjach powtórnego udaru. O strachu, który utrudnia chodzenie bo strasznie boję się znów skręcić kostkę i chodzę zbyt ostrożnie. O baniu się samotności, bo kto mnie wtedy uratuje… O strachu przed długą podróżą… O tym co komplikuje normalność i ogranicza. O tym czego do tej pory nie doświadczałam,bo przecież nie bałam się niczego. Albo inaczej nie zdawałam sobie sprawy ze swoich strachów a teraz mam je materialnie obok…

Mężczyźni mojego życia-odc.4

Oj, jak bardzo nie mam ochoty pisać tego wpisu…ale po pierwsze obiecałam tu być szczera a po drugie miałam skupić się na facetach w swoim życiu żeby coś zrozumieć…wolałabym napisać o Tomaszu ale to chyba jeszcze nie ten moment. Poza tym On jest przecież w każdym wpisie ostatnio. Tyle juz o Nim napisałam…więc… mężczyźni w moim życiu…jak bardzo je skomplikowali to już wszyscy wiemy… Ojciec wyznaczył pewien wzorzec, wzór, do którego wpasowywałam się przez tyle lat. Ale to wszystkiego nie usprawiedliwia. Przecież wybierałam ich świadomie, może potem upijałam się przed pójściem z nimi do łóżka… tak jakbym jednak robiła to wbrew sobie.. często flirtowałam, prowokowałam i nawet jak miałam ochotę uciec, zastopować, zmienić zdanie uważałam, że już jest za późno, że nie wypada…I potem budziłam się rano pełna obrzydzenia do samej siebie i wstydu.. wystarczało do następnego razu… flirt dawał mi siłę i pewność siebie, rodzaj władzy… że niby to ja ich wybierałam i to ja decydowałam co dalej i w jakim tempie… co za bzdura… ten sam schemat przez lata.. starszy facet zwykle grubo po 40stce (sorry to było naście i dziesiąt lat temu) często mój bezpośredni przełożony zagubiony w życiu osobistym i zawodowym, zapatrzony w rezolutną śliczną młódkę, przy której mógł się wreszcie wygadać i poczuć się męski. Na tym etapie nie był ważny jego stan majątkowy ani rodzinny, do dziś nie mogę sobie wybaczyć romansu z Piotrem i rozbicia jego rodziny, łez jego żony i późniejszej jej choroby, do której na pewno się przyczyniłam. Ale ten schemat jeszcze jakoś jestem w stanie sobie wytłumaczyć. Natomiast jednorazówek bez sensu i przyszłości juz nie. Ci wszyscy faceci. Starsi, młodsi.  Często po latach już bezimienni. Jezu, nie jestem w stanie policzyć ile razy zdradziłam męża. I czego do k…y  nędzy szukałam w trenerze Kaja czy kumplu przyjaciela?? Oczywiście czasem łączył mnie z nimi niezły seks ale często to też były rozczarowania. Nie pojmuję dziś sama siebie. Próbowałam się jakoś wczuć, przypomnieć sobie co czułam i myślałam. Nie potrafię. Nie rozumiem. Jakbym wchodziła w obcą babę, puszczającą się nie wiadomo dlaczego. Tak, było mi źle w domu, tak, byłam samotna, tak, miałam furę kompleksów, z których niby mieli mnie wyleczyć. Nie wierzyłam ani w swoją inteligencję ani możliwości.  Liczyła się tylko uroda… Większość z nich z miejsca oferowała mi małżeństwo, nie mając krztyny  skrupułów wobec mojej rodziny… większość znała mojego syna, część pomagała mi w domowych obowiązkach,  był nawet taki, który dał mi kasę na gwiazdkowy prezent dla Seby… wozili mnie, karmili,  ubierali,  upijali… pewnie niektórzy nawet mnie kochali na swój sposób… tak mi dziś przykro, że byłam kompletnie nie warta obrączki na palcu… tak trudno uwierzyć, że jestem warta teraz… tak bardzo czasem się boję… I modlę się żeby nigdy nie wróciła tamta Sylwia… tak trudno pokochać teraz samą siebie wiedząc ile zła wyrządziłam kiedyś… I trudno uwierzyć, że Tomek może mnie taką kochać… z takim bagażem…

Rozmawiałam dziś z przecudowną, mądrą, wspaniałą, okrutnie doświadczoną przez życie kobietą, która tak jak ja odbudowuje właśnie swoje życie. W ogóle mam szczęście ostatnio do takich świetnych, pokaleczonych babek, których mądrość zachwyca mnie nieodmiennie równie mocno jak ich uroda. A głupota ich facetów poraża i wkurza mocno… Silne babki, znoszące przemoc, alkohol, ciężkie choroby.. a mimo to błyszczące dziś odzyskanym szczęściem… jestem dumna, że zaliczają mnie do bliskiego sobie grona… to też zobowiązuje… więc może dość już kajania się, przepraszania za przeszłość, nie mam mocy jej zmienić ale mam moc żyć inaczej, mądrze kochać, podejmować mądre decyzje, wybierać sobie na przyjaciół właśnie takich dobrych energetycznie ludzi… w końcu jestem przecież trzeźwa i nauczona doświadczeniem… Trzymam kciuki z całych sił za nas wszystkich…