Mam szczęście do ludzi…

A konkretnie do spotykania fajnych ludzi… Zaraz zaraz pisałam już o tym? Czemu mnie teraz naszło?? Moja cudotwórczyni Ola, dzięki której wstałam po udarze i która od półtora roku zmusza mnie do rzeczy, o które sama siebie nigdy nie posądzałam. I jeszcze podsyła mi różne okazje i pomysły żebym mogła jak najlepiej się rehabilitowac, niekoniecznie za gruby hajs..  Dobre dziecko, cudna przyjaciółka w chorobie, qrcze gdyby nie udar pewnie byśmy się nie poznały, w końcu różnica wieku, różne środowiska.. Zachwyca mnie jej bezinteresowność i chęć pomocy. Moja dysfunkcja ukochana, z którą spotkania od zawsze napełniają mnie optymizmem i radością. Mariusz, mój przyjaciel chyba najdłuższy stażem, życie nas od siebie daleko rzuciło, na inne kontynenty, na szczęście udaje nam się czasem spotkać, najczęściej na starych śmieciach. Spędziliśmy w sobotę parę cudownych godzin, na rozmowie, jedzeniu, żartach.. Bardzo cieszę się, że znaleźli z Tomaszem wspólny język… Nigdy nie zapomnę wsparcia, które mi dawał w tym felernym roku… Mnóstwo bezimiennych osób na mojej drodze, opiekuńczych sąsiadów, miłych urzędniczek, współpasazerów miejskiej komunikacji, współkolejkowiczów w lekarskich poczekalniach, fizjoterapeuci ze wszystkich odwiedzonych przeze mnie instytucji, nie doceniani nawet przez pacjentow, kiepsko wynagradzani, zmęczeni a jednak niosący ratunek, psycholożki moje wszystkie, pomogły mi bardzo na każdym etapie, powoli uwalniam się spod ich opiekuńczych rąk, większość spotykanego przeze mnie personelu medycznego, pielęgniarek, lekarek… Oczywiście są też tacy, na których się zawiodłam, poczułam się skrzywdzona niesprawiedliwie, których odejście z mojego życia do tej pory mnie zasmuca… Ale nie mam zamiaru w ludzi wątpić, będę się do nich nadal uśmiechać, zagadywać, szukać nici porozumienia, wspólnoty… W końcu kocham ludzi. I mam to po Tacie…

Reklamy

Autorefleksje…

Wczoraj zagadałam pół świata o swoich ślubnych wątpliwościach… No dobra może nie pół 😉 Sama nie wiem co mnie dopadło, kryzys jakiś, zmęczenie pracą, porannym wstawaniem, siedzeniem przy biurku, nudą….Zaczęłam sobie zadawać zbyt dużo pytań… Czy na pewno, czy nie za szybko itp. Dziś rano po sms-ie ze zwyczajowym Tomaszowym dzień dobry ( szlaja się gdzieś po Niemczech) gęba mi się rozjarzyła i poczułam ciepło w serduchu i pomyślałam, ze no jak, przecież kocham, tęsknię, myślę z czułością, ufam i pewna jestem Jego bardzo więc co to za wątpliwości?? Podobno większość Panien Młodych zalicza taki stan wiec nie będę sobie więcej zaprzątać tym głowy…. W dupie mi się przewraca, jak powiedziałaby zapewne Siostrzyca moja… I pewnie miałaby rację… Okrzepłam już po udarowo- rozwodowej traumie i fikać zaczynam. Uroczyście oświadczam, ze protestuje sama przed sobą przed takimi myślami, nie zgadzam się na nie i obiecuję wyrzucać je z głowy i duszy za każdym razem gdy choć migną na horyzoncie… A w ogóle niech już będzie ten 30sty. Miejmy to już za sobą… Poprzysięgajmy sobie, pouściskajmy się z gośćmi, pojedzmy coś dobrego, pośmiejmy się z bliskimi przy torcie i kawie w naszym domu i obudźmy się następnego dnia rano migocząc złotem obrączek i po raz pierwszy mówiąc do siebie „żono”, „mężu”. Czekanie mnie wykańcza, jestem niecierpliwa, nie lubię czekać!!!!!

Back to work

Wczoraj wróciłam do pracy…541 dni po udarze…Pomimo znanych warunków, oswojonej już po przeprowadzce firmy nowej lokalizacji, najwspanialszego Szefa pod słońcem, stresowałam się mocno… Żołądek zwinięty w kulkę nie przyjmujący za bardzo pożywienia, obowiązkowa wizyta w toalecie, lekki ciężar w klatce- organizm sam dawał znać o stresie… Pan Romuald musiał wyjechać tego dnia w delegację i jak się okazało zestresowany nie mniej ode mnie poprosił, żeby Tomasz przyjechał do mnie i pracował w naszym biurze, żebym nie była sama 🙂 Co oczywiście mój Najlepszy na świecie Narzeczony uczynił niezwłocznie. 8 godzin zleciało wyjątkowo szybko, nawet nie zdążyłam pomyśleć o znużeniu czy senności pomimo wczesnej pobudki… Zaległości, papiery, aktualizacja kalendarza, chęć uporządkowania wszystkiego po swojemu… Dopiero wieczorem mózg dał znać o zmęczeniu i spowolnił reakcje… Dziś już pod bezpośrednim nadzorem Szefa ogarniam dalej służbową rzeczywistość znajdując chwilę na ten wpis… W sumie dobrze, że jest co nadganiać bo bieżących obowiązków w związku z mocnym ograniczeniem działalności zbyt dużo mieć nie będę…

Po pracy pędzę odebrać ślubną sukienkę… Bo to w końcu już za 23 dni ten Wielki Dzień!! Jeszcze muszę dać do zmniejszenia obrączkę bo jak się okazało palce odwrotnie proporcjonalnie do reszty mego boskiego ciała zmniejszyły swój obwód 😉

Poza zbliżającym się ślubem i powrotem do jako tako normalnego społecznego funkcjonowania nic więcej na razie nie zaprząta moich myśli… Może jeszcze podróż poślubna i konieczność wplecenia w mój nowy harmonogram tygodnia rehabilitacji z Oleńką czy wizyt lekarskich… Skończyła się całodniowa dyspozycyjność!

W sumie pomimo wrodzonego i nabytego podczas rekonwalescencji lenistwa cieszę się, że życie zmusiło mnie do powrotu.

 

Ku większemu optymizmowi…

Mam ostatnio okazję do weryfikowania stanu swojego poudarowego zdrowia z innymi udarowcami. Co prawda głównie wirtualnie ale zawsze. Dziewczyna, którą nazwałam udarową siostrą, sprowokowana naszą wymianą zdań na ten temat napisała genialny tekst, który mną dość mocno wstrząsnął , na tyle mocno, że zebrałam dziś dupę w troki z wyra przed południem ( jest czego gratulować, uwierzcie) z zamiarem zrobienia czegoś pożytecznego. Zaczynam od tego wpisu, żeby mi nie uleciało to co mi się w głowie kłębi, potem będzie odwołanie do Powiatowego Zespołu ds. Orzekania o Niepełnosprawności – dostałam stopień lekki tyle, że nic mi on nie daję więc spróbuję jeszcze powalczyć, potem będzie spacer po przesyłkę do paczkomatu – przyjechały ślubne ozdoby samochodu (!!), potem będzie odkurzanie, obiad już w piekarniku, a potem będę czekać na zaproszenia, które dziś mają dowieźć – a więc niedługo będę wysyłać!! Kręcą mnie te wszystkie drobne przygotowania do ślubu bardzo….

Ale do rzeczy… Oto link do wpisu lewaczki

http://lewaczka.pl/opinia-innych-cie-widza-cie-widza/

Poczytajcie trochę, to bardzo mądra dziewczyna jest…

I w związku z tym – taa… no przecież wiem, że zrobiłam postępy, że jest o niebo lepiej niż było albo mogło być. że w końcu poruszam się sama i choć nadal dość szybko się męczę, to tak naprawdę muszę przyznać, że w tej chwili najbardziej dokucza mi jednak ociężałość umysłowa i jakaś taka wewnętrzna niechęć do jakiegokolwiek działania… Spać mogłabym prawie non stop – co z resztą czynię jak tylko Tomaszek wyjeżdża w delegację, Netflix jest ostatnio jedyną rozrywką, aż się zastanawiam czy jednak się go nie pozbyć…. Chciałabym żeby los po raz kolejny zmusił mnie do jakiegoś wysiłku, marzę o tym, żeby firma jednak nie zakończyła działalności i żebym miała gdzie i do czego wracać. Stać się znów przydatna, pożyć życiem innym, służbowym, wyjechać w jakąś delegację, pójść na służbowe spotkanie w większym gronie, musieć ubrać się w koszulę i umalować…Znów przekonać się, że są rzeczy w których jestem dobra….

Chciałam wkleić filmik z rehabilitacji, jeszcze w szpitalu, krótko po udarze, jeszcze w pampersie, z Olą ćwiczącą trochę za mnie. Ku pamięci i pokrzepieniu…Niestety bezpłatna subskrypcja nie pozwala na udostępnianie filmów więc…

może link do posta na fejsie?

https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=1626910637345765&id=100000805347005

 

 

 

 

Seks po udarze…

Pomysł na ten post  zaczerpnęłam z bloga lewaczki, o którym już wspominałam. Nazwałam ją nawet swoją udarową młodszą siostrą. Żałuję, że na żywo nie mam kontaktu z udarowcami, chciałabym czasem wymienić się doświadczeniami, poradzić lub doradzić. Ktoś, kto przeżywa udar nie wiedząc o nim nic ponad to, co przemknie w tv czy necie jest bardzo zagubiony i takie udarowe rodzeństwo mogłoby bardzo pomóc. Tak myślę… Mnie pomaga…

Ale do rzeczy.. Ci co mnie znają osobiście ale również Ci, co mnie czytają od jakiegoś czasu wiedzą, że seks miał dla mnie zawsze duże znaczenie. Oczywiście wiele lat błądziłam i myliłam pojęcia, drogi, cele… A gdy w końcu odnalazłam sens i właściwy dla siebie sposób nie było mi dane zbyt długo się tym cieszyć. Udar zatrzymał mnie również i na tej drodze. Spotkanie Tomka, o czym już tu nie raz pisałam pokazało mi czym może być seks pomiędzy dwójką dorosłych kochających się i ufających sobie osób. Że nie musi być wyścigiem, manipulacją, środkiem, lecz celem samym w sobie, rozmową, kontynuacją uczucia… Oczywiście to, że może być świetną zabawą wiedziałam już wcześniej. Ale nigdy wcześniej nie czułam takiego luzu i beztroski. Zawsze miałam w głowie to jak wyglądam, czy jestem wystarczająco wydepilowana, czy dane światło odpowiednio mnie rzeźbi, czy bielizna jest wystarczająco seksowna. .. Nawet pierwsze doświadczenia z Michałem pomimo oczywistego zakochania były formą walki i wyścigu. Jak ja potrafiłam się wściekać nie dostając tego, czego chciałam. Nasze seksualne porażki wpłynęły na całe moje późniejsze seksualne życie… Tak samo jak doświadczenie molestowania… Z perspektywy czasu bardzo żałuję straconych lat także w tym obszarze. Tych gigantycznych nerwów, stresu, obaw, kłamstw, gierek… Seks z byłym mężem mimo tego, że zawsze mówiłam, że był udany, też był jakąś formą walki między nami… Szczególnie ten ostatni, akt żebrania o miłość w obliczu końca… Robi mi się cholernie przykro jak pomyślę ile w nim było rozpaczy i przerażenia…

Ale wróćmy do udaru… Ponieważ doznałam udaru podczas seksu jakiekolwiek nasze wyczyny seksualne po przerażały mnie wizją powtórki. Mimo iż ciało domagało się pieszczot i dotyku strasznie bałam się pójść na całość. Dlatego np pierwsza przepustka ze szpitala to była „tylko” jedna wielka czułość. Ale z naszymi temperamentami nie wytrzymalismy długo w zupełnym celibacie. Co prawda lodowate sale i łazienki szpitala w Piaskach nie sprzyjały zbytnio ale postanowiłam, że jakiekolwiek pierwsze seksualne doświadczenia po udarze muszą odbyć się na bezpiecznym gruncie z szybkim i bezpośrednim dostępem do lekarzy i sprzętu, na wszelki wypadek. Potem wspinałam się po schodach na 4 piętro bo ktoś powiedział, że z seksem po udarze jest jak po zawale, jak wejdziesz po schodach na 4 piętro i nie umrzesz to potem już Ci wolno go uprawiać..Weszłam zatem… Hulaj dusza… A właściwie ciało… No i zaczęły się schody ale nieco inne.. Okazało się, że udarowy strzał naruszył nie tylko to co widoczne na zewnątrz. Wszystkie moje mięśnie po lewej stronie zostały osłabione. No i trzeba było się nauczyć innych dróg i sposobów na satysfakcję. Od zawsze byłam kobietą potrzebującą dużo czasu i starań. Po udarze potrzebuje jeszcze więcej. . I cierpliwości… I czułości… Samozaparcia i luzu własnego, akceptacji ograniczeń fizycznych, no bo łóżkowe wygibasy w moim wykonaniu są już niestety mocno ograniczone. Nie zwisnę z żyrandola, noga słabsza dużo niż kiedyś nie pozwala na długodystansowe jeździectwo,  ręka lewa czasem wysiada, brzuch czasem przeszkadza… Ale miłość pomaga wszystko pokonać, odpowiedni partner u boku, którego zakochany wzrok dodaje skrzydeł a pożądliwe ręce pomagają na każdym kroku… Nawet pewnie nie zdaje sobie sprawy jak bardzo pomógł mi i w tym obszarze…

Reasumując… Udarowcu… Przyszykuj się na nowe wyzwania, długą walkę o orgazm, nowe ograniczenia, zaakceptuj zmiany, pokochaj nową/nowego siebie, ufaj i kochaj.. Wszystko w końcu jakoś się ułoży.  Nawet jeśli na innym boku niż dotychczas…

Ból paraliżuje i otępia…

Jestem kompletnie nieodporna na ból. Zarówno fizyczny jak i psychiczny choć dziś raczej o tym pierwszym będzie. Leżę trzeci dzień po wyrwaniu ósemki, w końcu zaaplikowałam sobie przepisany na wszelki wypadek antybiotyk. Łykam apap regularnie co parę godzin i nie wychodzę z wyra. Tomuś znosi to z trudem wydaje mi się… Najchętniej bym przespała ten czas niewygodny. Kompletnie poddaję się w takich chwilach choć może racja w tym, że gdybym nie miała możliwości polegiwania i nicnierobienia to pewnie bym się do kupy zebrała. Potrzebuję powrotu do pracy, choć na ten moment nie wyobrażam sobie wstawania o 7 i ośmiu godzin za biurkiem bez możliwości nawet krótkiej drzemki. Ale znam się na tyle, że wiem, że płynę z prądem i dopóki życie mnie nie zmusi nie stanę w stu procentach samodzielnie na nogi. Odejście Seby też mnie tego nauczyło. Najpierw paniczny, duszący strach, myśli samobójcze, totalna rozpacz a potem powoli krok za krokiem w górę ku własnej samodzielnej przyszłości. No tak, udar to wszystko skutecznie zahamował ale z nim też koniec końców jakoś sobie radzę. W końcu nie skromnie mówiąc sama (oczywiście z pomocą) na te nogi stanęłam. Niech tylko już przestanie boleć….

Siepomaga.pl… Czyli kasa i jej magiczne właściwości…

Facebook mi dziś pokazał zbiórkę na Tymka, na którego ostatnio zbiera pół Poznania. Kiedy przeczytalam wpis jego rodziców bez zastanowienia przelałam te symboliczne 50 złotych. Choroba dziecka, która stawia przed koniecznoscią zebrania w chwil parę 200 tysięcy euro grożąc w przypadku fiaska jego śmiercią to coś co zawsze mnie przerażało. Od razu myślę o swoim pomyśle sprzed paru miesięcy żeby zorganizować zbiórkę na swoją rehabilitację. No bo przecież miesiąc  w miesiąc brakuje mi kasy i Tomaszek staje się moim sponsorem. W takich chwilach za każdym razem wściekam się  na siebie za jakże lekkomyślne rozporządzenie odszkodowaniem z ubezpieczenia. Co prawda dobrze wiem, że riskowe sukienki poprawiły i nadal poprawiają mi skutecznie samopoczucie (przynajmniej dopóki jeszcze się w nie mieszczę 😉 ale jednak zupelnie inaczej rozplanowałabym wydatki wiedząc jak dlugo będę wracać do formy. Nie zapominajmy przecież, że wychodząc ze szpitala w Piaskach 8 marca (zaraz mija rok) pewna byłam, że w maju już wrócę do pracy… A tak mam świadomość, że robię niezbędne minimum. Bo przecież mogłabym fundnąć sobie jakieś fizjoterapeutyczne zabiegi wzmacniające tą felerną kostkę czy krioterapię, która działała przeciwbólowo na ramię czy chociażby poodwiedzać jeszcze parę razy przesympatycznego specjalistę od takich urazów w Ortopie. Prawda jest jednak okrutna – przede wszystkim moglabym sama do jeszcze większego wysiłku się zmuszać a nie czekać na wizytę Oleńki i jej zbawienny wpływ na mnie…