Czym skorupka…

Miałam okazję przypomnieć sobie starą Sylwię… Sprzed udaru, sprzed AA. Ze starymi numerami, flirtem, sztuczkami  i całym tym wachlarzem, który towarzyszył mi gdy ruszałam w miasto. Okazało się, że to wszystko nadal we mnie jest i nadal działa. I do pewnego momentu nadal mnie kręci. Tak bardzo brak mi już dotyku i czułości, że podeszłam dość blisko granicy, którą kiedyś przekraczałam notorycznie. I zatrzymałam się przed nią. I poczułam całą gamę różnych uczuć na czele z tym, że nie chcę nigdy przenigdy zaryzykować utraty Tomka. Że On mi ufa i nie chcę tego zaufania zawieść. Że tak, tu i teraz mi źle i tu i teraz przez chwilę byłoby mi dobrze ale tam jest On i ja tylko tam z Nim chcę być do końca życia. I że to po prostu chwilowe zaćmienie i nic więcej. I ulżyło mi. Bo szczerze mówiąc bałam się tego, co mogę zrobić gdy znajdę się w takiej sytuacji. Ale kiedy człowiek jest trzeźwy i ma szansę zmierzyć się z samym sobą i rozpoznać swoje uczucia nie musi się bać.

Dotyk…

Z kolei jeden z moich braków tu w sanatorium daleko od domu. Brak mi przytulenia, głaskania, dotyku stopy pod kołdrą, wtulenia twarzy, ciepłej miękkości dłoni. Seksu też oczywiście ale właśnie chyba z tej dotykowej strony. Śnią mi się różne erotyczne konfiguracje, ale to nie zmniejsza tęsknoty, przeciwnie nasila potrzebę czułości. Stałam się po chorobie bardzo dotykowa, tulaśna.. Może zawsze taka byłam tylko seksem zagłuszałam głód czułości. W domu Freja oczywiście zaspokaja jakąś część tych pragnień ale to też nie wystarcza. Potrzebuję męskich ramion, oddechu na karku przed zaśnięciem, trzymania za rękę na spacerze, położonych stóp na kolanach… Aaaaa… Tęsknię….

 

Taniec…

To jedna z tych rzeczy, których brak mi najbardziej po chorobie… Uwielbiałam tańczyć. Muzyka, która była w moim stylu wypełniła mnie od czubka głowy po czubki palców u stóp. W jej rytm poruszały się biodra, stopy, ramiona… Uwielbiałam się wić, poruszać seksownie biodrami i pupą, czułam się wtedy bardzo seksowną kobietą, uwielbiałam swoim tańcem uwodzić. Od zawsze taniec kojarzył mi się też z seksem. Uważałam i chyba uważam do tej pory, że jaki kto jest na parkiecie taki i w łóżku. Bardzo dobrze pamiętam swoją ostatnią imprezę. Wypad z Sarą i Agą do klubu z muzyką latino. Każda z nas reprezentowała inny typ urody i tańca. Kurczę nawet pamiętam dokładnie jak byłam ubrana. Biała lekko prześwitująca mini sukienka, czarne sandałki na obcasie. Czarny OpenOffice od Riska. Spociłam się strasznie, nawet całowałam się z jakimś Wlochem gdzieś w kącie. Wróciłam około drugiej czy trzeciej do domu, jeszcze wtedy do Dąbrówki. Byłam samotna, nieszczęśliwa ale szczupła i wytańczona. Cóż… Widocznie rzeczywiście nie można mieć wszystkiego… Teraz mam 20 kg więcej, jestem szczęśliwa, zakochana i kochana, a na parkiecie czuję się kiepsko. Wkurza mnie, że lewa noga nie nadąża za prawą, a lewe biodro nie dołącza płynnie do prawego… Brakuje mi tego kociego ruchu własnych bioder… Skąd właśnie teraz te refleksje? A bo właśnie wróciłam z potańcówki w sąsiadującym z sanatorium pensjonacie. Wyszłam pierwsza chyba bo zmęczyło mnie powtarzające się w kółko disco polo. Choć muszę przyznać, że były kawałki z mojej młodości przy których czułam, że coś tam mi wraca w tym moim ciele… Bardzo chciałabym jeszcze kiedyś móc uwieść swoim tańcem Tomasza…

Pamięć fotograficzna

Kiedyś, chyba w jakimś filmie, padło stwierdzenie, że orki robią takie jakby zdjęcia temu co widzą, np.zapamietują w ten sposób ludzi.. Jestem zatem ludzką orką…

Ujęć mnóstwo. Klatek. Zatrzymanych w danym momencie. Część nieprzyjemnych, odpychanych jak tylko się pojawią, najczęściej te z ojcem w kontaktach raczej nie rodzicielskich. Klatka: noc, cisza, Jego oddech… Klatka: ja na Jego kolanach.. Klatka:oczy Seby podczas tej nocnej rozmowy… Klatka:oczy Kaja gdy Mu mówiłam, że się wyprowadzam. Klatka: zwłoki Taty wynoszone z mieszkania w Łodzi. Klatka: ostatni oddech Nory. Klatka: dławiący strach jak pogotowie wynosiło mnie z Dąbrówki i powtarzane do Tomka „powiedz Kajowi, że Go kocham”.

SA też milsze.. Klatka:granatowe oczy Kaja tuż po narodzinach, zapach Jego skóry przy karmieniu. Klatka: uśmiechnięte niebieskie oczy Tomka na mój widok na pierwszej randce. Klatka: Jego ciepłe ręce obejmujące mnie na pożegnanie. Klatka:Jego ciepła dłoń trzymająca moją w Piaskach gdy przy Nim zasypiałam chora w gorączce. Klatka: moje rozciagniete w uśmiechu policzki na naszym ślubie. Klatka:Kaj śpiewający Timberlake’a na jakichś tam dniach szkoły podstawowej. Klatka: uśmiechnięty pysk Nory na wiosennym spacerze w lesie. Klatka:strach wymieszany z radosnym oczekiwaniem tuż przed pierwszym ukłuciem igły na karku przy pierwszym tatuażu. Klatka: pierścionek zaręczynowy od Tomka na palcu i natychmiastowy telefon do Donaty, żeby się pochwalić. Klatka: czarny rozgwieżdżony kwadrat okna w dachu kajuty jachtu przed wypłynięciem jeszcze w pierwszym porcie w Chorwacji i zapach lawendy, którą Seba na mnie rozsypał przez to okno.

CDN.

Królowa łez…

„Straciłam swój własny głos wobec prostych prawd

Przybita niechęcią do ludzkich trosk i spraw

Zegary cofają się wciąż do starych lat

Boleśnie przemijam… Ot tak…

(…) Zmęczenie zniewala mnie

Nuda pcha do bzdur…”

Dziś na nowo odkryłam tą piosenkę i znalazłam w niej inne treści niż w 2016 roku.

Jestem przybita. Jesienią, monotonią kolejnych dni, stanem finansów, brakiem perspektyw zatrudnienia w miejscu, w którym jestem na stażu, ludźmi ogólnie… Wstaje jak jest ciemno, wracam jak jest ciemno, odsypiam zmęczenie pracą i dzień za dniem znika… Tomek akurat ciągle w rozjazdach… Waga rośnie kilogram za kilogramem z każdym zjedzonym ciastkiem do kawy, chodzę kiepsko bo nie ćwiczę, nie ćwiczę bo samej mi się nie chce a na Olę mnie aktualnie nie stać… Samotność mi doskwiera. Brak grupy przyjaciół do spotkania na kawie częściej niż raz na parę miesięcy, do wspólnego wyjścia do kina, skoczenia na miasto, nawet wyjazdu gdzieś razem… Trzymane na siłę kontakty mnie nie satysfakcjonują, ludzie mają swoje życia, kłopoty, zajęcia.. Nikt już do nikogo nie wpada niespodziewanie bez zapowiedzi czy zaproszenia, nikt nie wpada z urodzinowyn kwiatkiem na kawałek urodzinowego tortu. Do tego jeszcze permanentny brak Kaja w moim życiu.  Odciął się całkowicie a mnie się już nie chce walczyć o Jego miłość i uwagę.. Wiosno nadejdź a wcześniej wyjazd do sanatorium może mnie nieco oderwie od ponurej codzienności… Chcę czegoś a nie wiem czego.. Brak mi adrenaliny, wyzwań, przygód… Odzywa się dawna natura uspiona chorobą…

Co to jest miłość?

Miłość jest wtedy kiedy we własne imieniny wychodzisz rano z psem żeby On mógł dłużej pospać. Kiedy oddajesz mu ostatni kęs ukochanego przepysznego deseru. Kiedy wkurza cię, że nie dostałaś imieninowego bukietu ale potem dochodzisz do wniosku, że to w sumie mało istotne. Kiedy patrzysz na Niego a uśmiech rozszerza Ci buzię uwypuklając zmarszczki i jeszcze bardziej uwydatniając wystającą dwójkę. Kiedy robisz dla Niego coś za czym sama nie przepadasz. Kiedy ustępujesz mu wizytę w jedynej toalecie mimo, że oboje bardzo musicie tam wejść. Pamiętam jak w szpitalu w Piaskach budziłam się chwilę przed Jego wejściem do sali a twarz rozjaśniała mi się na Jego widok w takim uśmiechu jak nigdy do nikogo. Cieszę się, że jest obok, że mogę Go dotknąć, pochodzić w Jego swetrze, porozmawiać z Nim na każdy temat. Dziękuję

Smutek…

Trochę mi dziś smutno. Nie za bardzo. Tak w chwilach pomiędzy innymi. Pomiędzy pracą, Freją a snem. Nie wiem jak długo jeszcze będę odczuwać smutek na myśl o swoim dawnym życiu. Czy kiedyś przestanie boleć to, co się nieudało, co nie wyszło, co okazało się porażką? Czy kiedyś przestanę odczuwać tak głęboki smutek w chwilach refleksji? Nie żal tylko właśnie smutek… Paradoksalnie nie ma to jakby nic wspólnego z aktualnym szczęściem, z momentami, kiedy aż mnie zatyka od poczucia jak kocham i jak jestem kochana… To idzie jakby obok, równolegle… Tak jakby wciąż we mnie był i czasem wypływał na wierzch, zupełnie niezależnie od okoliczności… Dziś dorwał mnie w samochodzie, pośród setki innych myśli, nagle przyszło jakieś wspomnienie a po nim smutek… Nie jest on już co prawda pochlaniającym mrokiem, tylko cieniem jakimś chwilowym… Ale jest… Mimo upływu dni, miesięcy, lat… Może dobrze, że jest? Może jest dowodem na refleksję, wyciąganie wniosków, może jest po prostu wynikiem życia mojego… Może zawsze gdzieś tam był, inny w swej treści ale tak samo smutny? Może jest, był i będzie nieodłącznym już towarzyszem?

Porażki..

Nie sprawdziłam się jako pierwsza żona, nie sprawdziłam się jako matka, zawiodłam tyle razy, że w sumie wciąż się dziwię, że oddycham… Nie naprawię już żadnej z tych rzeczy…. Mogę tylko żyć swoim nowym życiem tu i teraz i modlić się żeby już więcej nie zawieść… Cieszyć się z chwili zabawy z psem, uwielbiać Tomasza i szanować go i wspierać tak jak nigdy nie robiłam tego wobec Sebastiana. I błagać Boga żeby kiedyś pogodził mnie z Synem… Bo drugiego mieć nie będę… Żeby pomógł mi nie popełniać tych samych błędów, nie dać się sprowokować, nie reagować impulsywnie, móc przemyśleć każde słowo w rozmowie, kochać Go wreszcie za to, że jest a nie jaki jest. Magda, sąsiadka z dołu, której syn zabił się po zawodzie miłosnym parę lat temu i którego zwłoki zbierała w częściach z torów ostatnio powiedziała „Sylwia ale Go masz.”. Aż mi się głupio zrobiło. To prawda mam ale przecież jakby Go nie było… Mam i nie mam… Mam i za każdym razem nie umiem normalnie z Nim pobyć,porozmawiać… I za każdym razem wyję z żalu i wściekłości na samą siebie… Mój Syn. Mój największy sukces i moja największa życiowa porażka…

Wspomnienia…

Trzy lata temu (oczywiście przypomniał mi Facebook) była niedziela, wróciłyśmy tuż przed południem jakoś z Sarą i z Kubą z kilkudniowego wypadu do Barcelony, wypadu, który bardzo mi pomógł, dodał sił i wiary. Wróciłam prawie wprost w ramiona faceta, z którym się wtedy spotykałam, który wzbudzał we mnie ogień namiętności, do dziś nie wiem dlaczego tak na mnie działał. Uwielbiałam jego wzrost i to, że ginęłam w jego objęciach i że podnosił mnie do góry jak piórko. Qrczę nie pamiętam już za bardzo nawet jak miał na imię? Bartek? Prosty człowiek, zawodowo tzw „fizyczny” , kompletnie nie z mojego świata, nie pożegnany z poprzednim życiem prawie tak jak ja, paradoksalnie unikający zbliżeń. Rachunek za telefon za wrzesień potem mnie powalił, non stop słałam gorące SMS-y, zawiedziona brakiem takiej samej intensywności w odpowiedzi. No i godzinę po wyjściu z samolotu byłam znów sama. Wściekła do granic możliwości, znów zawiedziona, rozczarowana i niezaspokojona… Pamiętam tą złość. Pamiętam jak zabolało mnie, że użył mojego alkoholizmu jako głównego powodu rozstania. Był dupkiem. Do dziś tak uważam. A czemu o tym piszę? Bo uderzyło mnie jaka szczęśliwa teraz jestem, jaki los/Bóg/życie dało mi cudowny prezent, tym wspanialszy, że taki wyczekany i niespodziewany. Pojawienie się Tomasza, dopasowanie naszych temperamentów, Jego wyrozumiałość i współczucie od pierwszych słów mojej historii, poczucie bezpieczeństwa, które mnie przy Nim ogarniało już od pierwszej randki, ciepło, które wokół siebie roztaczał, uśmiech błękitnych oczu, czułe objęcie… Dziękuję Skarbie za to, że jesteś i za to jaki jesteś.

Bezsłońcowe nieróbstwo…

 

Lato sobie gdzieś poszło z Polski. Po kilku wrzących tygodniach nastała ciepła jesień. Deszcz niby potrzebny ale ja znów usypiam. Tym razem w towarzystwie ciepłego, futrzanego kłębka z mokrym nosem. Wreszcie mamy psa. Z Facebooka od kobitki, która wynajduje różne bidy i szuka im dobrych domów. Najpierw były na tymczasie u nas we dwie z siostrą ale to Freja właśnie podbiła moje serce. Swoją odwagą, odstającymi, nietoperkowymi uszami, umaszczeniem trójkolorowym. I jest z nami na stałe od 29go czerwca, mój prezent na rocznicę ślubu. I niewyspani od tego czasu łazimy oboje i skończyła się wygodna, bezproblemowa współobecność. Moja terapeutka śmiała się, że zbiegło się to dziwnie w czasie z narodzinami syna Sebastiana. Cóż… Nie zaprzeczam, że może coś być w tym podobieństwie powiększania naszych rodzin. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę jak bardzo brakowało mi merdającego ogona na powitanie i ciepłego ciałka do przytulania. Choć oczywiście czasem wkurza mnie ilość obowiązków z nią związanych i czasem tęsknię do błogiego lenistwa sprzed. Co do pracy… Dupa totalna. Tyle rozmów, spotkań, wysłanych aplikacji i nic. Przeraża mnie to bardzo i zasmuca. Boję się, że za niskie jednak są te moje kompetencje a nie przebija ich już młoda długonogość ze skłonnością do flirtu i przygód. Czyli te braki, które jeszcze niedawno przykrywałam urodą i wdziękiem dziś są już tylko rażącymi brakami. Znów proszę o wsparcie Tego Co Zawsze Mnie Wspiera…. I znów mam nadzieję, że także z tego zakrętu wyjdę bez większych obrażeń…