Co to jest miłość?

Miłość jest wtedy kiedy we własne imieniny wychodzisz rano z psem żeby On mógł dłużej pospać. Kiedy oddajesz mu ostatni kęs ukochanego przepysznego deseru. Kiedy wkurza cię, że nie dostałaś imieninowego bukietu ale potem dochodzisz do wniosku, że to w sumie mało istotne. Kiedy patrzysz na Niego a uśmiech rozszerza Ci buzię uwypuklając zmarszczki i jeszcze bardziej uwydatniając wystającą dwójkę. Kiedy robisz dla Niego coś za czym sama nie przepadasz. Kiedy ustępujesz mu wizytę w jedynej toalecie mimo, że oboje bardzo musicie tam wejść. Pamiętam jak w szpitalu w Piaskach budziłam się chwilę przed Jego wejściem do sali a twarz rozjaśniała mi się na Jego widok w takim uśmiechu jak nigdy do nikogo. Cieszę się, że jest obok, że mogę Go dotknąć, pochodzić w Jego swetrze, porozmawiać z Nim na każdy temat. Dziękuję

Smutek…

Trochę mi dziś smutno. Nie za bardzo. Tak w chwilach pomiędzy innymi. Pomiędzy pracą, Freją a snem. Nie wiem jak długo jeszcze będę odczuwać smutek na myśl o swoim dawnym życiu. Czy kiedyś przestanie boleć to, co się nieudało, co nie wyszło, co okazało się porażką? Czy kiedyś przestanę odczuwać tak głęboki smutek w chwilach refleksji? Nie żal tylko właśnie smutek… Paradoksalnie nie ma to jakby nic wspólnego z aktualnym szczęściem, z momentami, kiedy aż mnie zatyka od poczucia jak kocham i jak jestem kochana… To idzie jakby obok, równolegle… Tak jakby wciąż we mnie był i czasem wypływał na wierzch, zupełnie niezależnie od okoliczności… Dziś dorwał mnie w samochodzie, pośród setki innych myśli, nagle przyszło jakieś wspomnienie a po nim smutek… Nie jest on już co prawda pochlaniającym mrokiem, tylko cieniem jakimś chwilowym… Ale jest… Mimo upływu dni, miesięcy, lat… Może dobrze, że jest? Może jest dowodem na refleksję, wyciąganie wniosków, może jest po prostu wynikiem życia mojego… Może zawsze gdzieś tam był, inny w swej treści ale tak samo smutny? Może jest, był i będzie nieodłącznym już towarzyszem?

Finansowo nie ogarniam…

Jestem kompletnie nie ogarnięta finansowo. Nie oszczędzam, wydaję co do grosza wszystko co mam, a przecież wcale nie mam mało. Ciuchy, jedzenie na mieście, kaprysy, kosmetyki. Nie umiem nad tym zapanować, odleciałam kompletnie. Jeszcze niedawno bez problemu ogarnialam rehabilitację prawie 3 razy w tygodniu i co miesiąc do następnej wypłaty jakoś wystarczało. Teraz gdzieś mi się to wszystko rozp…o kompletnie. Risk mnie dobił to pewne. I nonszalancja finansowa i beztroska i bezrefleksyjność totalna. A zegar tyka. Do końca sierpnia już coraz mniej czasu. A i alimenty od Seby kiedyś się skończą. Brak mi silnej woli, siły charakteru, wkurzam się, że pewnie Seba miał rację…. Jakieś rady na szybkie i skuteczne ogarnięcie? Nie liczę, że bezbolesne…

Ad snów ciąg dalszy…

Jakiś miesiąc temu śniła mi się Julia Roberts, która zakochała się we mnie i proponowała wyjazd wraz z nią do LA. Rozważałam to, poważnie martwiąc się co z Tomaszem 🤣 przedwczoraj z kolei całą noc spędziłam z Dodą i jej ekipą w trasie koncertowej. Robiąc zdjęcia, wywiady itp. Dziś za to próbowałam różne alkohole, wiedząc, że jestem uzależniona i że mi nie wolno, maczałam czubek języka w kieliszkach mówiąc, że przegadam to z Pauliną na terapii a teraz tylko chcę spróbować…. Ostatnio męczą mnie te sny już bardzo, nie pozwalają dobrze wypocząć, wyłączyć się w nocy… Z drugiej strony pozwalają przeżyć coś tak jakby na próbę. Na szczerość wobec siebie też pozwalają. Ostatnio często śni mi się Seba z Martą i ja u nich w domu robiąca jakieś porządki, szykująca z nimi pokój dla dziecka, prawie zaprzyjaźniam się w tych snach z Martą a Sebastianowi zawsze się za coś obrywa… Sny są dla mnie ostrzeżeniem, zmuszają do czujności, do samokontroli… Bo przecież skądś się biorą….

Miłość… Wcale wszystkiego nie wybacza…

Coraz częściej doświadczając różnych jej przejawów wobec Tomka i od Niego dochodzę do wniosku, że to co było między mną a Sebą nawet jeśli na początku miłością było to potem zmieniło się w jakąś hydrę bezkształtną, którą przyzwyczaiłam się miłością nazywać. Przykro mi, bo zasługiwaliśmy na więcej, oboje, no i Syna chowałam w takim czymś dziwnym. Nie nauczyłam Go miłości… Przepraszam Kochanie…. Nie mówiłam o miłości, nie mówiłam komplementów, nie cieszyłam się razem z Byłym z Jego sukcesów, nie chwaliłam nie mówiąc już o zachwycie czy podziękowaniu. Przyjmowałam wszystko co mi dawał jak naturalny Jego obowiązek, jeszcze mało mi było. Często łapałam się na myśli o tym, że mi się nie podoba, nie fascynuje mnie, nie pociąga. Tomasz przysyła mi swoje zdjęcie a ja mięknę i zgrzytam zębami z tęsknoty. Jestem z Niego dumna. Chwalę Jego sukcesy w pracy. Przepraszam jak coś spitolę, dziękuję za to co dla mnie robi. Oczywiście żremy się czasem ale nawet te kłótnie są inne, nie ma w nich walki na siłę o zwycięstwo, nie ma chęci dokopania drugiej stronie za wszelką cenę. No i jest we mnie spokój. Nie boję się zdrady, kłamstwa, ufam i wierzę w 100 procentach. Tęsknię strasznie jak się rozstajemy, kocham Jego obecność przy mnie. Jestem niesamowicie i dogłębnie wdzięczna, że dano mi zaznać takiej Miłości, że przyszła do mnie wtedy, kiedy byłam na nią gotowa. Wiem oczywiście  że w miłości trzeba dwóch stron zaangażowania, że Seba nie był też wobec mnie zbyt wylewny, że to nie tylko moja wina. Po prostu czasem mi smutno jak o tym pomyślę.

Przemoc, molestowanie, zastraszanie, hejt…

Nie wytrzymałam dziś. Zamieściłam na Facebooku tekst-apel o brak obojętności na te wszystkie rzeczy z tytułu tej notatki. Cytuję: „Wczoraj przez przypadek obejrzałam wywiad Moniki Olejnik z dorosłą dziś kobietą wiele lat molestowaną i gwałconą przez księdza, za cichym przyzwoleniem otoczenia. Ktoś jej nawet zrobił aborcję. Jako dziecku. Ktoś meldował ich razem w jednym pokoju w trakcie pielgrzymki. Ktoś inny widział jak ją odwiedzał w szpitalu. Nie mogłam powstrzymać emocji, tak jak i Monika. Dziś czytam o fali hejtu,która wylewa się na Weronikę Rosati za to, że głośno powiedziała o przemocy jakiej doświadczała od swojego męża, lekarza-celebryty. Qrwa! Dokąd zmierza nasz świat? Wiem, że zło jest na świecie i kryje się pod różnymi postaciami. Dobrodusznego spowiednika, kochającego ojca, szanowanego ogólnie Męża, wychowawcy w szkole, trenera… Wybaczcie, że skupiam się teraz na sytuacji kiedy to kobieta jest atakowana przez mężczyznę. Wiem, że czasem bywa odwrotnie. Ale sama jestem kobietą, która doświadczyła w swoim życiu różnych form przemocy i sercem jestem właśnie po stronie tych kobiet. Dlaczego fundujemy im jeszcze gorsze piekło osądzając, krytykując, wydając wyroki, piętnując? To właśnie dlatego one latami milczą. Naszym zadaniem jest je wspierać, słuchać ich, pomagać, kochać, przytulać. Wierzyć im! Słowa ranią bardzo, uwierzcie. Rozejrzyjcie się wokół proszę. Może w Waszym otoczeniu jest ktoś komu trzeba, można pomóc. Może piętro nad Wami słychać krzyki i płacz? Może widzieliście w windzie sąsiadkę z podbitym okiem i siniakami na dłoni. Może Wasza znajoma z duszy towarzystwa przemieniła się nagle w cichą mysz z trzęsącymi się rękoma i uciekającym wzrokiem. Może dziecko koleżanki nagle dziwnie się zachowuje gdy widzi na ekranie telewizora scenę seksu albo sztywnieje przy byle dotyku? Nie bądźmy obojętni!!”. Dużo ostatnio się o tym mówi. Wreszcie! W kinach film dokumentalny o molestowanie dzieci przez Michaela Jacksona. Samej trudno mi o tym czytać. Przecież uwielbiałam jego muzykę. Jeśli to prawda to zasługuje na całkowitą izolację w eterze, TV, internecie. Co potwierdza po raz kolejny tezę o tym jak stosujący przemoc czy molestujący potrafią wtopić się w nasze otoczenie. Podwójna osobowość, podwójna mentalność. Sama przecież doświadczyłam wobec mojego taty dualizmu uczuć i emocji. Miłości i nienawiści w jednym. Strasznie współczuję ofiarom. Mnie w sumie jakoś się udało, jasne pokaleczyłam siebie i bliskich przez lata, wpadłam w alkoholizm, zdradzałam, ale udało mi się w końcu z tego wyjść. Po wieloletniej terapii poukładałam sobie to wszystko jakoś w głowie i okazało się, że umiem kochać „normalnie”. Ale są tysiące kobiet zastraszonych, przerażonych, samotnych w swym strachu, tysiące dzieci, którym nikt nie wierzy, że wujek czy trener zachowują się nieodpowiednio. Tysiące matek, które przymykają oko na nocne wstawanie partnera, udając,że nie widzą, że ich własna córka zmieniła się nagle w jakąś istotę z pustym wzrokiem. Nie godze się na to! Jeszcze nie wiem jak ale mam zamiar jakoś pomóc. Może zgłoszę się jako wolontariusz do jakiejś fundacji. Gdyby nie mama mówiłabym i pisała o tym głośno w pierwszej osobie. Proszę nie bądźmy obojętni!

kolejny rozdział zamknięty?? przecież już dawno…

Mój Były zostanie tatą po raz drugi…I co? przecież do przewidzenia to było… A jednak żuję tą informację od wczoraj i dziwnie mi jakoś…. Zazdroszczę mu to prawda. Lecz z drugiej strony? Przecież gdyby mi tak strasznie zależało przeciągnęłabym swoją osobę po wszystkich możliwych lekarzach sprawdzając przeciwwskazania i możliwości. Tak ( sorry za porównanie) jak i w przypadku chęci posiadania psa… Gdyby mi na prawdę zależało zobowiązałabym się do wypełniania obowiązków . A Najdroższy mój Mąż pewnie po kilku dyskusjach dałby się przekonać… A tak czyż nie wygodniej rzucić w przestrzeń : oj za stara jestem i po udarze… Oj Tomek nie chce psa…. Leniwa jestem i tyle! Za dobrze mi w tym naszym bezpiecznym gniazdku, za wygodnie, za ciepło… Nic nie muszę, żadnych prawdziwych obowiązków… Tyle, że zawsze spełniałam się w tej opiece nad kimś i przytulaniu kogoś… Spełniałam się w byciu Mamą i właścicielką psa…. To o co mi chodzi? Żal mi? Ale czego? Kogo? Potwierdzeniem to ostatecznym dla mnie naszego nie bycia ze sobą już na wieki wieków? a może po prostu wściekam się, że on też szczęśliwy będzie? No bo przecież za krzywdy mi wyrządzone nikt go do cholery nie ukarał jeszcze!! To ja musiałam się wyprowadzić, porzucić ukochane przedmioty, wspomnienia, to na moich rękach umarła Norka, to ja w końcu udar mózgu miałam czego konsekwencje do końca życia odczuwać będę. A on? Nawet jak praca dla której porzucił swoje ukochane Lyreco go zawiodła to hej siup znalazł nową, latają sobie wakacyjnie po świecie, kasy im nie brak, zadowolenia z siebie też nie….a teraz jeszcze szczęśliwa rodzinka na zdjęciach się będzie uwieczniać… tak , szlag mnie trafia, trudno, muszę się przyznać do niegodnych uczuć…  Wybacz mi Boże brak pokory i pamięć krótką.. żółty wąż zazdrości… postaram się zbyt długo nie gościć go w sobie…. przecież szczęśliwa jestem i mam za co dziękować! Muszę Synowi swemu pomóc zaakceptować tą sytuacje i odnaleźć się w nowej roli wujko-brata. I pomóc mu znaleźć w tym radość. Nim sam tatą zostanie…