RENTA i nie tylko….

Uff… Wczoraj wreszcie złożyłam w ZUS wniosek o rentę… Zaczęłam zbierać papiery w maju… Przy składaniu Pani mi odrzuciła wszystko, co nie było zgodne z ich wymaganiami. Czyli obniżą mi wyliczenia jeśli w ogóle przyznają bo nie uznają wszystkich miejsc pracy, z których nie dostarczyłam zaświadczeń o zatrudnieniu i wynagrodzeniu czyli druku ERP-7. Wystawienie go jest teoretycznie obowiązkiem każdego pracodawcy ale co jeśli tego pracodawcy nie można znaleźć? ZUS nie uznaje druków RMUA, które jeszcze nie dawno kazano nam zbierać właśnie po to, żeby mieć dowód na opłacanie składek przez pracodawcę. Podobno nie są one już dla ZUS-u dokumentem ważnym poza tym nie wynika z nich kwota zarobków brutto – jak nie wynika, wystarczy dodać do siebie wszystkie rubryczki.. Korci mnie zatrudnienie prawnika do wykłócania się z ZUS – byłby to proces na skalę ogólnopolską pewnie…  Nie można wstecz negować obowiązujących kiedyś ustaleń… Poza tym przecież ZUS ma po reformie dostęp do wszystkiego elektronicznie… Istnieje tam gdzieś moje konto gdzie wszystko powinno być zapisane… Ale oczywiście to ja jestem stroną, której bardziej zależy więc… Muszę przekopać wszystkie archiwa w kraju , bo np Host siedzibę miał w Warszawie a Fondamento-pol ( spółka krzak) we Wrocławiu. Z adresów, które w internecie są wciąż te same jak wtedy kiedy pracowałam moja korespondencja wraca nie podjęta. Archiwa państwowe nie maja danych. Z AM instalbud z Wysogotowa jutro będę prawdopodobnie czytać akta w KRS i wysyłać list na prywatny adres Prezesa. Karina z restauracji od miesiąca obiecuje mi zaświadczenie , w końcu wysłałam do niej oficjalne pismo. Szlag mnie trafia… Na dodatek jeszcze w pracy mnie stresują bo okazało się, że błędnie wypłacili mi w marcu kasę za L4 (którego tak na prawdę nie miałam bo było to świadczenie rehabilitacyjne – powołując się na obowiązek pracodawcy w płatności pierwszych 33 dni zwolnienia w roku). Kilka razy rozmawiałam wtedy z Szefem co to za pieniądze i czy na pewno mi się należą. Prawdopodobnie Biuro Rachunkowe wprowadziło Pana Romualda w błąd. Ponieważ byłam 5 dni na zwolnieniu w sierpniu kazano mi wysłać zawiadomienie do ZUS, ze to oni maja zapłacić za moje chorobowe – oczywiście ZUS nie ma takiego zamiaru, wobec tego biuro wymyśliło sobie, że ponieważ dostałam te pieniądze nie należnie to powinno mi się je odliczyć od wynagrodzenia za sierpień czyli dostanę przelew na 10 zł z groszami!!! Absolutnie się na to nie zgadzam! Dlaczego mam ponieść karę za nie swój błąd?? I jak mam  przeżyć miesiąc za 10 zł?? Własnie skończyłam pisać maila do poznańskiego PIP-u z zapytaniem czy mam jakąś możliwość obrony. Jak się okaże, że nie mam wyjścia i Szef rzeczywiście każe mi oddać te pieniądze to chyba przestane być tak lojalnym pracownikiem jak do tej pory. I chyba na czas październikowej rehabilitacji w MSWiA wezmę L4, skoro mam do niego prawo… Wkurza mnie to wszystko… EDYCJA!! Jestem mega idiotką jeśli przez chwilę choć mogłam pomyśleć, ze Szef będzie mnie chciał w jakikolwiek sposób skrzywdzić. Mimo tylu pozytywnych z Nim doświadczeń zwątpiłam… i teraz mi wstyd…

Reklamy

Przystanek

Znów się zatrzymałam…tym razem zwalniałam powoli przez kilka dni i w końcu padłam… Niby nic strasznego ot wirus jakiś przemęczeniem silnym, brakiem oddechu głębokiego, gardłem trochę zainfekowanym i sennością nie do zwalczenia objawił mi się… I potulnie pod kołdrę się udałam… Kompletnie mnie z chęci jakiejkolwiek wyprało na cokolwiek… Spacer do Botanika okazał się maratonem wykańczającym a dojście do pracy jakimś wysiłkiem ponad miarę… Więc poszłam do przychodni swej, lekarki nowej bo poprzednia się rozmnożyła i zażywam jakieś magnesy i inne specyfiki i odpoczywam… Sama gdyż Mąż mój w delegacji, może i dobrze, że nie ogląda mnie rozlazłej takiej… W poniedziałek badania krwi muszę zrobić żeby sprawdzić czy nic tam złego się nie dzieje…. I neurologa ponownie odwiedzić bo bóle głowy mi dokuczają codziennie… Podskórnie czuję, że powrót do pracy na cały etat był skokiem na główkę i strachem przed finansowymi brakami, na stole w pokoju piętrzy się dokumentacja życia mojego zawodowego i czeka na posegregowanie wpisami w odpowiednich rubryczkach wniosku o rentę… Prądu mi potrzeba jakiegoś, dostawy energii i chcenia bo życie mi przez palce przecieka godzinami snu…

Co teraz?

Poprosiłam Szefa o możliwość przejścia na 3/4 etatu… Przemyślę to jeszcze teraz na wakacjach. Nie mam serca do tej pracy. Pytanie czy do tej akurat czy w ogóle? Zmuszam się do wykonywania poleceń, robię to co muszę ale nic ponad to…. Niezbędne minimum…. Przynajmniej raz na godzinę układam motylki… Przecież to ściema jakaś… A znalazłabym zajęcie, porządki w szafkach po przeprowadzce, przekopanie się przez stertę dokumentów, z okresu kiedy mnie nie było… Prawda jest taka, że już przed chorobą przestałam mieć frajdę z przychodzenia tutaj… Widziałam powolny koniec, odchodzenie współpracowników, brak szans na jakikolwiek awans czy podwyżkę…. To nie motywuje… Siedzenie samej też nie do końca jest fajne… A po powrocie do domu energii wystarcza mi na jakieś pół godziny…. I zasypiam opatulona kołdrą… I kolejny dzień mija…. Nie mam siły ani weny na pakowanie, na prasowanie, na gotowanie, na porządki… Marazm… Życie mi przelatuje przez palce… Ile w tym skutków choroby a ile wrodzonego lenistwa nie potrafię rozstrzygnąć….Zawsze żyłam konkretnymi celami… W nich szukając spełnienia… Wakacje, Boże Narodzenie,l ślub… Co teraz mam przed sobą postawić??

Gdybanki z nudów…

Co by było ze mną i z moim życiem gdybym nie zachorowała? Tuż przed udarem moja „kariera” zawodowa nabierała tempa – szkolenia, eventy, reprezentacyjne spotkania. W Polsce i w Niemczech. Szef chciał mnie namaścić na swoją następczynię…. Co prawda wszystko zaczęło się pieprzyć przez zmianę ustawy o OZE ale któż może wiedzieć… Może podebrałby mnie ktoś z innej firmy, zachwycony moją elokwencją , otwartością i umiejętnością radzenia sobie w trudnych sytuacjach, przynajmniej zawodowych…. A może we dwójkę uratowalibyśmy firmę przed długami i marazmem? Kwestie wynagrodzenia wtedy też miały inne perspektywy… Czy bywająca na imprezach wpakowałabym się tradycyjnie w romans jakiś? Zafascynowana, jak kiedyś , czyjąś pozycją itp?? W końcu byłabym już po rozwodzie… Ha. Czy związek z Tomaszem przetrwałby i zaszedł tak daleko jak za 4 dni zajdzie?? Przecież zamiarowałam zamieszkać jednak sama… Jak potoczyłoby się moje życie gdybym po prostu zamieszkała na Długosza jako osoba wolna, zdrowa, atrakcyjna… Gdzie byłabym teraz? Czy patrzyłabym w zadumie na ten sam widok z okna? Czy nie próbowałabym jeszcze w rozpaczy i przyzwyczajeniu jakimś powrotu do Seby? Takie tam gdybania mnie naszły… Wszystko mi się w podświadomości gotuje na zbliżającą się kolejną zmianę życiową, wiem przecież jak działa mój mózg… W sumie męczy mnie ta moja psychika, niech już będzie po…. Może wtedy zacznę funkcjonować w miarę normalnie….