Czy kiedyś to zniknie?

Czy mamy wpływ na to co nam się śni? Czy wywołujemy czasem wilka z lasu? Jutro Paulinie opowiem ten sen tutaj tylko wspomnę bo za trudne to jednak. Zakazane przez samą siebie tematy. Mam tylko nadzieję, że było to odwrócenie rzeczywistości, forma przywrócenia kontroli, pozwolenie mi na samodzielnie podjęcie decyzji,dokonanie wyboru. Po paru intensywnie erotyką podszytych dniach (te dni w kobiecym cyklu, dzięki którym przychodzą na świat kolejni ludzie 😉 wspomaganych sanatoryjną samotnością bez Męża i intensyfikowanych masażami barku, karku i ręki…. W końcu znalazło ujście… Rujnując mi po raz kolejny naiwne przekonanie, że „ta sprawa” jest już definitywnie załatwiona. Pobudka była przykra i mdląca, na szczęście szybko wróciłam do pracowitego trybu sanatoryjnej rehabilitacji. Tak to właśnie moja psychika i moje ciało zaskakują mnie wciąż, tak jak parę dni później z zaskoczeniem przyjęłam do wiadomości zmęczenie wszechobecnym alkoholem na wieczornej imprezie w kawiarni poprzedzone wyczulonym zmysłem węchu i wzrokiem błądzącym za każdą szklanką z drinkiem. Oczywiście zmyłam się po angielsku do pokoju postanawiając oszczędzić samej sobie wątpliwych przeżyć. Wiem, że decyzja o zakończeniu terapii jest słuszna, że oprócz psychologa mam ludzi, z którymi mogę na każdy z tych tematów pogadać, że w ostateczności zawsze na tą terapię będę mogła wrócić, że ten blog jest miejscem, gdzie sama sobie wiele rzeczy tłumaczę i uświadamiam. Wkurza mnie jednak, że to wszystko wciąż we mnie gdzieś tam się kołacze.

Reklamy

Przemoc, molestowanie, zastraszanie, hejt…

Nie wytrzymałam dziś. Zamieściłam na Facebooku tekst-apel o brak obojętności na te wszystkie rzeczy z tytułu tej notatki. Cytuję: „Wczoraj przez przypadek obejrzałam wywiad Moniki Olejnik z dorosłą dziś kobietą wiele lat molestowaną i gwałconą przez księdza, za cichym przyzwoleniem otoczenia. Ktoś jej nawet zrobił aborcję. Jako dziecku. Ktoś meldował ich razem w jednym pokoju w trakcie pielgrzymki. Ktoś inny widział jak ją odwiedzał w szpitalu. Nie mogłam powstrzymać emocji, tak jak i Monika. Dziś czytam o fali hejtu,która wylewa się na Weronikę Rosati za to, że głośno powiedziała o przemocy jakiej doświadczała od swojego męża, lekarza-celebryty. Qrwa! Dokąd zmierza nasz świat? Wiem, że zło jest na świecie i kryje się pod różnymi postaciami. Dobrodusznego spowiednika, kochającego ojca, szanowanego ogólnie Męża, wychowawcy w szkole, trenera… Wybaczcie, że skupiam się teraz na sytuacji kiedy to kobieta jest atakowana przez mężczyznę. Wiem, że czasem bywa odwrotnie. Ale sama jestem kobietą, która doświadczyła w swoim życiu różnych form przemocy i sercem jestem właśnie po stronie tych kobiet. Dlaczego fundujemy im jeszcze gorsze piekło osądzając, krytykując, wydając wyroki, piętnując? To właśnie dlatego one latami milczą. Naszym zadaniem jest je wspierać, słuchać ich, pomagać, kochać, przytulać. Wierzyć im! Słowa ranią bardzo, uwierzcie. Rozejrzyjcie się wokół proszę. Może w Waszym otoczeniu jest ktoś komu trzeba, można pomóc. Może piętro nad Wami słychać krzyki i płacz? Może widzieliście w windzie sąsiadkę z podbitym okiem i siniakami na dłoni. Może Wasza znajoma z duszy towarzystwa przemieniła się nagle w cichą mysz z trzęsącymi się rękoma i uciekającym wzrokiem. Może dziecko koleżanki nagle dziwnie się zachowuje gdy widzi na ekranie telewizora scenę seksu albo sztywnieje przy byle dotyku? Nie bądźmy obojętni!!”. Dużo ostatnio się o tym mówi. Wreszcie! W kinach film dokumentalny o molestowanie dzieci przez Michaela Jacksona. Samej trudno mi o tym czytać. Przecież uwielbiałam jego muzykę. Jeśli to prawda to zasługuje na całkowitą izolację w eterze, TV, internecie. Co potwierdza po raz kolejny tezę o tym jak stosujący przemoc czy molestujący potrafią wtopić się w nasze otoczenie. Podwójna osobowość, podwójna mentalność. Sama przecież doświadczyłam wobec mojego taty dualizmu uczuć i emocji. Miłości i nienawiści w jednym. Strasznie współczuję ofiarom. Mnie w sumie jakoś się udało, jasne pokaleczyłam siebie i bliskich przez lata, wpadłam w alkoholizm, zdradzałam, ale udało mi się w końcu z tego wyjść. Po wieloletniej terapii poukładałam sobie to wszystko jakoś w głowie i okazało się, że umiem kochać „normalnie”. Ale są tysiące kobiet zastraszonych, przerażonych, samotnych w swym strachu, tysiące dzieci, którym nikt nie wierzy, że wujek czy trener zachowują się nieodpowiednio. Tysiące matek, które przymykają oko na nocne wstawanie partnera, udając,że nie widzą, że ich własna córka zmieniła się nagle w jakąś istotę z pustym wzrokiem. Nie godze się na to! Jeszcze nie wiem jak ale mam zamiar jakoś pomóc. Może zgłoszę się jako wolontariusz do jakiejś fundacji. Gdyby nie mama mówiłabym i pisała o tym głośno w pierwszej osobie. Proszę nie bądźmy obojętni!

Ad udaru wśród młodych ludzi

Dziś znów polecam Wam wpis lewaczki, czyli mojej udarowej „młodszej siostry”. Choć w sumie mogłaby być chyba nawet moją córką. Wczoraj dotarła do nas kolejna informacja o śmierci wskutek udaru. I znów człowiek przed 60tką, gwiazda mojej młodości, Luke Perry, aktor kultowego serialu lat mojego dojrzewania „Beverly Hills 90210”. Powikłania po udarze, nie obudził się ze śpiączki….

Sharon Stone, która wyszła w miarę cało, rozczuliła mnie opowieścią jak to tuż po udarze mówiła tylko jedno słowo na określenie wszystkiego „fuck”. Ludzki mózg działa dziwnie…

Ostatnio zasłyszana opowieść o kobiecie w 6 miesiącu ciąży, która walczy po udarze. W zasadzie walczą oboje 😥.

Kochani „Młodzi” błagam nie myślcie, że jesteście nieśmiertelni. Kiepskie odżywianie, fajki, alkohol, trawka no i przede wszystkim ten cholerny stres… Wasze ciało też może powiedzieć STOP.

Martwię się o Kaja, zdołowany ostatnimi przejściami, zrozpaczony, nie widzący sensu w dalszym bytowaniu… Plus papierosy, alkohol na smutki, no i udar w rodzinie i rak w historii genetycznej…. Cóż mi pozostaje poza matczynym „truciem”??

 

 

 

http://lewaczka.pl/udary-mlodym-wieku-sa-rzadkie/

 

„Zabawa,zabawa…”

Tak sobie beztrosko poszłam z Tomaszem do kina na nowy film Kingi Dębskiej. I… Wyszłam z sali pijana, z suchością w gardle.. Pewnie nie pomógł przedkinowy ból głowy ani ogólnie średnie samopoczucie natomiast nie sądziłam, że aż tak mnie weźmie… przełykałam ślinę gdy bohaterki grane przez Dorotę Kolak i Agatę Kuleszę łykały wódę czy whisky, patrzyłam na rozchwiane spojrzenia, ręce ledwo zapalające papierosa i pytałam sama siebie czy ja też tak beznadziejnie wtedy wyglądałam? Kobiety piją inaczej, jakby bardziej po cichu,do siebie, no może nie wtedy kiedy wjeżdżają w podziemne przejścia ale… Ta usilność w wyraźnym mówieniu, błędny wzrok, chaotyczne ruchy…  Popłakałam się kiedy na spotkaniu AA kobieta opowiadała jak wychodziła z domu na noc chlać i spaliły się jej dzieci. Kurwa przecież ja też zostawiałam Młodego samego i wracałam rano… Samochód po pijaku prowadziłam raz jadąc do koleżanki kilka ulic dalej…  Wstrząsnęła mną myśl jakie w sumie miałam szczęście, nikt nie zginął, Kaj nie wstał w nocy i nie zaczął mnie szukać… Rozwiodłam się i tak, oczywiście, wszyscy wiemy, że chlanie miało w tym swój udział… Ale o ile gorzej mogłoby być…. Ile razy mogłam zaliczyć wpadkę jak najmłodsza bohaterka filmu?? Ile razy byłam o krok od niebezpieczeństwa pijana wracając do domu? Co prawda zawsze starałam się żeby jednak ktoś bliski i znajomy jakoś mnie asekurował. Ratował mnie też słaby żołądek , haftowanie trzeźwiło natychmiast. Z perspektywy tych 7 lat trzeźwości patrzę w lustro i trudno mi uwierzyć, że ja z teraz i ja sprzed 7 lat to ta sama ja…. Komu mam dziękować za opiekę? Bogu dziękuję przecież co jakiś czas…. Zawsze wiedziałam, że gdzieś tam nade mną czuwa mimo wszystko….

Gdzieś tam jest strach…

Idąc dziś do pracy i rozmyślając jak zwykle o milionie różnych rzeczy skonstatowałam z niepokojem ( uwielbiam to słowo a na co dzień nie mam za bardzo gdzie go używać więc wybaczcie ;), że niedługo moje drugie udarowe urodziny. Niestety będę wtedy sama, może poproszę Kaja żeby wpadł dotrzymać mi towarzystwa. Dlaczego z niepokojem? Bo wciąż pamiętam, że 5 lat po udarze to taki newralgiczny okres i że po pierwszym wzrasta ryzyko drugiego. Bo pomimo, iż przestrzegam na ogół zaleceń lekarzy ( no może z pominięciem ograniczania spożywania cukru) i generalnie głowa nie boli zbyt często a nawet jeśli zaboli to już nie panikuję, tak samo jak nie reaguję paniką na drętwienia lewej strony ciała, skóry w szczególności, które jeszcze mi się zdarzają, to jednak boję się właściwie cały czas choć nie pozwalam strachowi mną zawładnąć i nawet czasem o nim zapominam. Tyle kosztował mnie powrót do aktualnej formy… Tyle bólu, cierpienia, łez, rozpaczy, takiego zaangażowania ze strony najbliższych wymagała moja choroba, tak bardzo ograniczyła moją samodzielność, że przeraża możliwość powtórki… Pozostaje tylko mieć nadzieję, dbać o siebie i modlić się chwile przed zaśnięciem o łaskę….

Kolejny dołek. Który już to??

Spadło mi coś samopoczucie. Nagły spadek fizycznej formy, wyjazd Tomasza, trudny logistycznie tydzień przede mną.. To wystarczyło żebym nie chciała wyjść spod kołdry. Tak mnie czasem wqur..za ten stan, niby ćwiczę, niby pracuję ale właśnie wszystko jakieś takie na niby. Brak mi znów energii i zapału, znów dopada myślenie „a po co to wszystko? Przecież i tak nic się nie zmienia od miesięcy..”. Wiem, wiem, marudzę jesiennie, roztkliwiam się nad sobą dziecinnie, użalam się zapominając jakie miałam i mam szczęście… Nie lubię jak Tomek wyjeżdża, uwielbiam być z nim, daje mi poczucie bezpieczeństwa, oparcie w każdej chwili, uspokajająco uzależniającą świadomość, że przy nim mogę wszystko a nawet jeśli nie to i tak nic strasznego się nie stanie…. Qrczę jak pomyślę o sobie z czasów dzieciństwa Kaja to mam wrażenie, że ktoś mi podmienił wspomnienia. Trudno uwierzyć, że byłam tak samodzielna i niezależna w swej świadomości. Trochę mnie przeraża moja aktualna zależność od Najdroższego Męża mego… Psychiczna zależność. Chyba muszę o tym pogadać na terapii…

Mam szczęście do ludzi…

A konkretnie do spotykania fajnych ludzi… Zaraz zaraz pisałam już o tym? Czemu mnie teraz naszło?? Moja cudotwórczyni Ola, dzięki której wstałam po udarze i która od półtora roku zmusza mnie do rzeczy, o które sama siebie nigdy nie posądzałam. I jeszcze podsyła mi różne okazje i pomysły żebym mogła jak najlepiej się rehabilitowac, niekoniecznie za gruby hajs..  Dobre dziecko, cudna przyjaciółka w chorobie, qrcze gdyby nie udar pewnie byśmy się nie poznały, w końcu różnica wieku, różne środowiska.. Zachwyca mnie jej bezinteresowność i chęć pomocy. Moja dysfunkcja ukochana, z którą spotkania od zawsze napełniają mnie optymizmem i radością. Mariusz, mój przyjaciel chyba najdłuższy stażem, życie nas od siebie daleko rzuciło, na inne kontynenty, na szczęście udaje nam się czasem spotkać, najczęściej na starych śmieciach. Spędziliśmy w sobotę parę cudownych godzin, na rozmowie, jedzeniu, żartach.. Bardzo cieszę się, że znaleźli z Tomaszem wspólny język… Nigdy nie zapomnę wsparcia, które mi dawał w tym felernym roku… Mnóstwo bezimiennych osób na mojej drodze, opiekuńczych sąsiadów, miłych urzędniczek, współpasazerów miejskiej komunikacji, współkolejkowiczów w lekarskich poczekalniach, fizjoterapeuci ze wszystkich odwiedzonych przeze mnie instytucji, nie doceniani nawet przez pacjentow, kiepsko wynagradzani, zmęczeni a jednak niosący ratunek, psycholożki moje wszystkie, pomogły mi bardzo na każdym etapie, powoli uwalniam się spod ich opiekuńczych rąk, większość spotykanego przeze mnie personelu medycznego, pielęgniarek, lekarek… Oczywiście są też tacy, na których się zawiodłam, poczułam się skrzywdzona niesprawiedliwie, których odejście z mojego życia do tej pory mnie zasmuca… Ale nie mam zamiaru w ludzi wątpić, będę się do nich nadal uśmiechać, zagadywać, szukać nici porozumienia, wspólnoty… W końcu kocham ludzi. I mam to po Tacie…