Wysiadam….

Zwariuję, nie ogarniam….Czas tak zapitala, godzina za godziną, nie tyle przecieka, co wodospadem jakimś pędzi łamiąc mi palce, zmęczenie i senność nie odpuszczają pomimo słońca za oknem, ilość pozycji na „List to do” jest nie do ogarnięcia… Zapominam o połowie.. Ciągle się spieszę, ciągle się spóźniam, burdel w domu i głowie… Najchętniej przespałabym dzień cały bo wtedy i myśli się zatrzymują i ciało nie pokazuje, że jeszcze nie jest sprawne… I brzuch w pozycji na plecach wygląda na bardziej płaski… Tak, żartuję trochę ratując się przed tym czymś co ściska za gardło…. Strach? Przed powrotem do pracy, przed ślubem, przed wyjazdem Kaja…. Qrczę kiedyś byłam odwazniejsza albo taką udawałam ze wszystkich sił…. Potrzeba mi siły, konsekwencji, samozaparcia!!! Ktoś może mi podarować taki zestaw w prezencie??

Reklamy

Pierwszy wqurw po udarze czyli komisja…

Skąd ten tytuł? Bo przed udarem a jeszcze przed rozwodowymi perypetiami złość to było moje drugie imię. O byle co i przy byle okazji. Potrafiłam wpaść w szał, wytrącona z równowagi, drąc się w niebogłosy, agresywnie potrącając przedmioty, rzucając nimi czasem, trzaskając drzwiami. To właśnie taką matkę zapamiętał mój Syn i taką mnie piętnuje do dziś. Teraz też oczywiście potrafię się zdenerwować,podnieść głos, Tomaszek był świadkiem wyrzucania zawartości szuflady w efekcie sprzeciwienia się mojemu pomysłowi na porządki ale od udaru nie pozwalałam sobie na takie emocje na maksa, na parę z uszu itp. Bałam się, wściekałam na pół gwizdka, trochę na pokaz czasem, bojąc się, że za chwilę pęknie mi jakieś naczynko w nadwyrężonym i tak mózgu i znów stanę się niesamodzielna. W ostatni czwartek wezwano mnie na kolejną komisję, wojewódzką tym razem, celem potwierdzenia lub zanegowania sensu mojego odwołania od decyzji przyznającej mi lekki stopień niepełnosprawności. Niezbyt stary lekarz o jakże mylącym wyglądzie Chrystusa i jakże wiele mówiącym nazwisku Niezgoda przyjął mnie w gabinecie prosząc o zajęcie miejsca. Usiadłam dość szeroko podpierając ramię drugim krzesłem, akurat tego dnia wszedł mi jakiś uporczywy ból pod lewą łopatkę i szukałam w miarę wygodnej pozycji. Neutralny strój, odrobina makijażu,grzeczny jak mi się wydawało uśmiech i zaczynamy. Udar był tak? No tak(komputer z moją historią przed oczami, nie spuszcza oka z ekranu), kiedy? No wtedy. Proszę opisać własnymi słowami jak się Pani teraz czuję? No to opowiadam o dokuczliwym jeszcze wciąż bólu ramienia, o nodze kulejącej, kostce skręcającej się notorycznie. Ma Pani jakieś badania? No mam, kładę na biurku. I tu pada agresywnym mocnym tonem wypowiedziane:hormony były? Jeśli ma Pan na myśli antykoncepcję to tak były. Fajki pewnie też? I tu mnie już ubodło bo powtarza się sytuacja z poprzedniej komisji więc mówię :dlaczego wy wszyscy przyczepiliście się tych fajek i antykoncepcji? Jeśli spojrzy Pan w moje papiery zobaczy, że wykryto mi po udarze przetrwały otwór owalny i mój neurolog uważa mój udar za ewidentnie kardiogenny. Jacy wy? Pada pytanie. No więc mówię, że podobną reakcje wobec mnie zaprezentował lekarz na poprzedniej komisji i z jego poglądem też się nie zgadzam. Czy Pani wie ilu ludzi ma taką dziurę w sercu i nie ma udaru? A czy Pan wie ile kobiet bierze antykoncepcję hormonalną, pali papierosy i nie ma udaru? Tu pada coś o winie, o postępowaniu bez zastanowienia i potem oczekiwaniu nie wiadomo czego. Bo pewnie myślę, że mi się należy. Tak uważam, że należy mi się status osoby niepełnosprawnej a moja rzekoma wina nie ma tu nic wspólnego. Poza tym, opowiadam już roztrzęsiona lekko, na moją chorobę nałożyło się wiele okoliczności, byłam w trudnej sytuacji,rozwodziłam się właśnie, to był duży stres….I co rozwód może też nie był z Pani winy?? I tu wstałam, zaprotestowałam głośno na takie traktowanie i odzywki i poprosiłam o zmianę lekarza albo przyjście jego przełożonego. Udał, że nie słyszy, kazał mi usiąść, usiadłam i rozpłakałam się w głos. Proszę na kozetkę, muszę Panią zbadać. Ok. Bada odruchy a ja ryczę. Dlaczego Pani płacze? Bo mnie Pan zranił. Pani musi mieć problem z kontaktem z ludźmi albo z poczuciem winy skoro Pani tak reaguje. Pani na mnie krzyczała (prawda podniosłam głos ale nie krzyczałam),Pani tu weszła i się rozsiadła, tłumaczę więc, że bolą mnie plecy i wtykam mu do ręki usg ramienia i kostki mówiąc, że chciał obejrzeć a nawet nie spojrzał. Łzy lecą, ręce się trzesą , mam problem ze schowaniem segregatora do plecaka, pada: to już koniec, może Pani iść. Wychodzę na trzęsących się nogach, Tomasz przestraszony, idę do recepcji próbując już nie płakać, mówię, że chce rozmawiać z przełożonym tego lekarza. Idę na górę, przyjmuje mnie Pani kierownik, przestraszona moim stanem, opowiadam jej całe zajście, mówi, że przyjmuje moją skargę, porozmawia z lekarzem, mówi, że mogę złożyć skargę na piśmie, ale między nami mówiąc lekarz pracuje na umowę zlecenie, czyli nic mu nie może zrobić a jest dobrym neurologiem, a u nich braki kadrowe, więc w domyśle nie chciałaby żeby się zwolnił. Pyta czego oczekuję? Żeby moja kłótnia z Panem doktorem nie miała wpływu na merytoryczną ocenę mojego stanu zdrowia. To mogę Pani zagwarantować. Zobaczymy. Czy chcę złożyć skargę na piśmie. Poczekam… Idę na dół na spotkanie z pracownikiem socjalnym, miła kobitka uśmiecha się przy wejściu i pyta czy już się uspokoiłam. No trochę tak. No bo słyszała, że była awantura. No była. Nie jest Pani pierwsza, Pan doktor z tego słynie… Uff…nawet opis tego mnie denerwuje… Wyszliśmy stamtąd i poszliśmy na lody. I wiecie, że poczułam coś na kształt ulgi? Oczyszczającą moc wyrzucenia z siebie złości, takie: „heloł, jednak jest jeszcze coś we mnie z tamtej Sylwii. Nie umarła jednak…”. No i teraz czekam na decyzję i zastanawiam się czy i gdzie złożyć skargę na tego lekarza.

C. D. Sanatoryjnie…

Tęsknota mnie zżera… Brak mi przytulenia, dobrze, że choć na chwilę wpadła Martusia, mogłam się do niej spokojnie przytulić (buziaki Słoneczko). Brak mi ciepła skóry, dotyku, zapachu, wsparcia, oparcia, obecności… Przyzwyczaiłam się do Ciebie Skarbie…. Poza tym… Nie jest źle… Okazało się, że wciąż łatwo nawiązuję znajomości i że chyba wciąż wydaję się być dość atrakcyjna… Chyba nie tylko wizualnie skoro nie przeszkadza nikomu moje kulenie… Czy mi to poprawia humor? Oczywiście, że tak! Samolubnie i egoistycznie… Może jednak aż tak bardzo się nie zmieniłam… Próżna jestem wciąż… Więc raz czy dwa wcisnę się w sukienkę i nałożę tapetę i pójdę pobujać się w takt nawet disco polo… Nota bene musimy zacząć tańczyć z Tomaszkiem .. Tak mi brakuje drygu tej lewej nogi, płynności ruchu biodra, głowa i cześć ciała porywa muzyka ale reszta nie nadąża…. A przecież zawsze uwielbiałam tańczyć… Poza tym okazuję się, że zaczynam się stresować ślubem… Śnią mi się jakieś związane z tym wydarzenia, że gdzieś czegoś zapomniałam, że się spóźniłam… Nie mam najmniejszych wątpliwości co do samej decyzji, stresuje mnie samo wydarzenie, ubiór, możliwa pogoda, goście itp… A jeszcze zanim to najpierw rozstrzygnąć się musi kwestia powrotu do pracy, ewentualnej renty, stopnia niepełnosprawności… Czas beztroskiego w sensie zawodowym funkcjonowania właśnie się kończy.. I tym też trochę się stresuję…. Czyli ogólnie robi się nerwowo….

Śmierć nadejdzie jutro….

Zaleciało Bondem… Może dlatego, że dopiero co obejrzałam ponownie Spectre. Błękitnooki Niepokonany Blondyn znów uciekał przed śmiercią właśnie…

Ale nie o filmowy kontekst mi dziś chodzi tylko ten najprostszy, ludzki..  Moja Babcia umiera… Tzn. w przypadku Ziuty nic nie jest pewne. Aktorka, której życiową rolą jest udawanie kogoś innego w innej rzeczywistości, z inną przeszłością…jutro może podnieść się z łóżka i stwierdzić, że to jeszcze nie jej czas. Jednak kruchość i chudość jej ciała, bladość zapadniętych policzków, świszczący ciężki oddech, zamglone nieprzytomny nierozpoznające nas spojrzenie świadczą raczej o powolnym odchodzeniu. Odmawia jedzenia, czasem leków, Woła swoją zmarłą dawno mamę, choć nadal bluźni i przeklina swoją jedyną córkę, która chyba nigdy nie spełniała jej oczekiwań… Że wyrzuciła, porzuciła, okradła… Modliłam się wczoraj o śmierć dla Niej… Leżąc nieprzytomnie w dusznym zaciemnionym pokoju w domu opieki i tak już niczego innego oczekiwać nie może… Smutne to..  Pomimo iż nie ma we mnie miłości do Babci, typowych uczuć wnuczki żadnych, jest niechęć i żal za jej wredny charakter, obrażanie, kłamstwa itp Jednak wizja ostateczności łagodzi te uczucia i nawet przytuliłam Ją wczoraj tak od serca i ze współczuciem. Miała ciężkie życie to prawda.. Utrata bliskich w czasie wojny, roboty w Niemczech, trudne małżeństwo, rozwód, samotne macierzyństwo… Plus lodowate serce, brak macierzyńskich uczuć serdecznych, złośliwe docinki, zazdrość szczęścia innych… Ojcu mojemu już w chorobie powiedziała, że to kara za grzechy… Nawet mnie to do głowy nie przyszło…. Teraz zamknięta w czterech ścianach własnego ciała i umysłu odchodzi przekonana o własnej krzywdzie, zapieczona w złości i może nawet nienawiści… Zatruwając nawet te ostatnie chwile swojej córce i zostawiając ją w świadomości niekochania i niesprawiedliwych oskarżeń…. Nawet Śmierć jej nie potrafi przekonać… Smutne…

Ku większemu optymizmowi…

Mam ostatnio okazję do weryfikowania stanu swojego poudarowego zdrowia z innymi udarowcami. Co prawda głównie wirtualnie ale zawsze. Dziewczyna, którą nazwałam udarową siostrą, sprowokowana naszą wymianą zdań na ten temat napisała genialny tekst, który mną dość mocno wstrząsnął , na tyle mocno, że zebrałam dziś dupę w troki z wyra przed południem ( jest czego gratulować, uwierzcie) z zamiarem zrobienia czegoś pożytecznego. Zaczynam od tego wpisu, żeby mi nie uleciało to co mi się w głowie kłębi, potem będzie odwołanie do Powiatowego Zespołu ds. Orzekania o Niepełnosprawności – dostałam stopień lekki tyle, że nic mi on nie daję więc spróbuję jeszcze powalczyć, potem będzie spacer po przesyłkę do paczkomatu – przyjechały ślubne ozdoby samochodu (!!), potem będzie odkurzanie, obiad już w piekarniku, a potem będę czekać na zaproszenia, które dziś mają dowieźć – a więc niedługo będę wysyłać!! Kręcą mnie te wszystkie drobne przygotowania do ślubu bardzo….

Ale do rzeczy… Oto link do wpisu lewaczki

http://lewaczka.pl/opinia-innych-cie-widza-cie-widza/

Poczytajcie trochę, to bardzo mądra dziewczyna jest…

I w związku z tym – taa… no przecież wiem, że zrobiłam postępy, że jest o niebo lepiej niż było albo mogło być. że w końcu poruszam się sama i choć nadal dość szybko się męczę, to tak naprawdę muszę przyznać, że w tej chwili najbardziej dokucza mi jednak ociężałość umysłowa i jakaś taka wewnętrzna niechęć do jakiegokolwiek działania… Spać mogłabym prawie non stop – co z resztą czynię jak tylko Tomaszek wyjeżdża w delegację, Netflix jest ostatnio jedyną rozrywką, aż się zastanawiam czy jednak się go nie pozbyć…. Chciałabym żeby los po raz kolejny zmusił mnie do jakiegoś wysiłku, marzę o tym, żeby firma jednak nie zakończyła działalności i żebym miała gdzie i do czego wracać. Stać się znów przydatna, pożyć życiem innym, służbowym, wyjechać w jakąś delegację, pójść na służbowe spotkanie w większym gronie, musieć ubrać się w koszulę i umalować…Znów przekonać się, że są rzeczy w których jestem dobra….

Chciałam wkleić filmik z rehabilitacji, jeszcze w szpitalu, krótko po udarze, jeszcze w pampersie, z Olą ćwiczącą trochę za mnie. Ku pamięci i pokrzepieniu…Niestety bezpłatna subskrypcja nie pozwala na udostępnianie filmów więc…

może link do posta na fejsie?

https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=1626910637345765&id=100000805347005

 

 

 

 

Seks po udarze…

Pomysł na ten post  zaczerpnęłam z bloga lewaczki, o którym już wspominałam. Nazwałam ją nawet swoją udarową młodszą siostrą. Żałuję, że na żywo nie mam kontaktu z udarowcami, chciałabym czasem wymienić się doświadczeniami, poradzić lub doradzić. Ktoś, kto przeżywa udar nie wiedząc o nim nic ponad to, co przemknie w tv czy necie jest bardzo zagubiony i takie udarowe rodzeństwo mogłoby bardzo pomóc. Tak myślę… Mnie pomaga…

Ale do rzeczy.. Ci co mnie znają osobiście ale również Ci, co mnie czytają od jakiegoś czasu wiedzą, że seks miał dla mnie zawsze duże znaczenie. Oczywiście wiele lat błądziłam i myliłam pojęcia, drogi, cele… A gdy w końcu odnalazłam sens i właściwy dla siebie sposób nie było mi dane zbyt długo się tym cieszyć. Udar zatrzymał mnie również i na tej drodze. Spotkanie Tomka, o czym już tu nie raz pisałam pokazało mi czym może być seks pomiędzy dwójką dorosłych kochających się i ufających sobie osób. Że nie musi być wyścigiem, manipulacją, środkiem, lecz celem samym w sobie, rozmową, kontynuacją uczucia… Oczywiście to, że może być świetną zabawą wiedziałam już wcześniej. Ale nigdy wcześniej nie czułam takiego luzu i beztroski. Zawsze miałam w głowie to jak wyglądam, czy jestem wystarczająco wydepilowana, czy dane światło odpowiednio mnie rzeźbi, czy bielizna jest wystarczająco seksowna. .. Nawet pierwsze doświadczenia z Michałem pomimo oczywistego zakochania były formą walki i wyścigu. Jak ja potrafiłam się wściekać nie dostając tego, czego chciałam. Nasze seksualne porażki wpłynęły na całe moje późniejsze seksualne życie… Tak samo jak doświadczenie molestowania… Z perspektywy czasu bardzo żałuję straconych lat także w tym obszarze. Tych gigantycznych nerwów, stresu, obaw, kłamstw, gierek… Seks z byłym mężem mimo tego, że zawsze mówiłam, że był udany, też był jakąś formą walki między nami… Szczególnie ten ostatni, akt żebrania o miłość w obliczu końca… Robi mi się cholernie przykro jak pomyślę ile w nim było rozpaczy i przerażenia…

Ale wróćmy do udaru… Ponieważ doznałam udaru podczas seksu jakiekolwiek nasze wyczyny seksualne po przerażały mnie wizją powtórki. Mimo iż ciało domagało się pieszczot i dotyku strasznie bałam się pójść na całość. Dlatego np pierwsza przepustka ze szpitala to była „tylko” jedna wielka czułość. Ale z naszymi temperamentami nie wytrzymalismy długo w zupełnym celibacie. Co prawda lodowate sale i łazienki szpitala w Piaskach nie sprzyjały zbytnio ale postanowiłam, że jakiekolwiek pierwsze seksualne doświadczenia po udarze muszą odbyć się na bezpiecznym gruncie z szybkim i bezpośrednim dostępem do lekarzy i sprzętu, na wszelki wypadek. Potem wspinałam się po schodach na 4 piętro bo ktoś powiedział, że z seksem po udarze jest jak po zawale, jak wejdziesz po schodach na 4 piętro i nie umrzesz to potem już Ci wolno go uprawiać..Weszłam zatem… Hulaj dusza… A właściwie ciało… No i zaczęły się schody ale nieco inne.. Okazało się, że udarowy strzał naruszył nie tylko to co widoczne na zewnątrz. Wszystkie moje mięśnie po lewej stronie zostały osłabione. No i trzeba było się nauczyć innych dróg i sposobów na satysfakcję. Od zawsze byłam kobietą potrzebującą dużo czasu i starań. Po udarze potrzebuje jeszcze więcej. . I cierpliwości… I czułości… Samozaparcia i luzu własnego, akceptacji ograniczeń fizycznych, no bo łóżkowe wygibasy w moim wykonaniu są już niestety mocno ograniczone. Nie zwisnę z żyrandola, noga słabsza dużo niż kiedyś nie pozwala na długodystansowe jeździectwo,  ręka lewa czasem wysiada, brzuch czasem przeszkadza… Ale miłość pomaga wszystko pokonać, odpowiedni partner u boku, którego zakochany wzrok dodaje skrzydeł a pożądliwe ręce pomagają na każdym kroku… Nawet pewnie nie zdaje sobie sprawy jak bardzo pomógł mi i w tym obszarze…

Reasumując… Udarowcu… Przyszykuj się na nowe wyzwania, długą walkę o orgazm, nowe ograniczenia, zaakceptuj zmiany, pokochaj nową/nowego siebie, ufaj i kochaj.. Wszystko w końcu jakoś się ułoży.  Nawet jeśli na innym boku niż dotychczas…

Ból paraliżuje i otępia…

Jestem kompletnie nieodporna na ból. Zarówno fizyczny jak i psychiczny choć dziś raczej o tym pierwszym będzie. Leżę trzeci dzień po wyrwaniu ósemki, w końcu zaaplikowałam sobie przepisany na wszelki wypadek antybiotyk. Łykam apap regularnie co parę godzin i nie wychodzę z wyra. Tomuś znosi to z trudem wydaje mi się… Najchętniej bym przespała ten czas niewygodny. Kompletnie poddaję się w takich chwilach choć może racja w tym, że gdybym nie miała możliwości polegiwania i nicnierobienia to pewnie bym się do kupy zebrała. Potrzebuję powrotu do pracy, choć na ten moment nie wyobrażam sobie wstawania o 7 i ośmiu godzin za biurkiem bez możliwości nawet krótkiej drzemki. Ale znam się na tyle, że wiem, że płynę z prądem i dopóki życie mnie nie zmusi nie stanę w stu procentach samodzielnie na nogi. Odejście Seby też mnie tego nauczyło. Najpierw paniczny, duszący strach, myśli samobójcze, totalna rozpacz a potem powoli krok za krokiem w górę ku własnej samodzielnej przyszłości. No tak, udar to wszystko skutecznie zahamował ale z nim też koniec końców jakoś sobie radzę. W końcu nie skromnie mówiąc sama (oczywiście z pomocą) na te nogi stanęłam. Niech tylko już przestanie boleć….